• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Zbigniew Szwaja - GROŹNY MISZ – MASZ

    Swego czasu odżegnywałem się, i słusznie, od uczestnictwa w akantowej dyskusji pod tytułem „Euroamerykański raj?", gdzie miano dyskutować o aktualnym systemie bankowym („Akant" XII z 2013 r.). Uważałem, i uważam, że debata na temat tej istotnej dziedziny ustrojów systemów zarządzania wymaga poważnych studiów i badań, a nie płytkiej i popularnej „pyskówki". Okazało się jednak, że ten temat to jeden z modnych szyldów, jakie ludzie zwykli rozwieszać, aby przyciągnąć uwagę tłumów. Świetnym zobrazowaniem takiego działania był kiedyś znany dziś wszystkim dowcip rysunkowy, gdzie widać 3 sklepy z takimi nad nimi szyldami: 1. „Tu „biały tydzień!" 2. „Tu obniżka cen!" i 3. „Tu wejście!". Na placu przed sklepami tłoczący się tłum, atakujący jedynie wejście do sklepu z trzecim szyldem. Ludzie „lecą" na atrakcyjne szyldy (reklamy, billboardy i t. p. jak muchy do lepu, a potem narzekają, że zostali odszukani. Tutaj, w „Akancie", można pominąć sprawę oszukiwania kogokolwiek, ale można ze zdziwienia przecierać oczy, czytając artykuł Romana Sidorkiewicza pt. „Wietnam żrący", będący ciekawą wizytówką czy reklamówką tego ciekawego kraju, lecz całkowicie nie pasujący do naczelnego tytułu cyklu dyskusji „o raju". A jednak ten artykuł właśnie ośmielił mnie do zabrania głosu „na łamach" o Unii Europejskiej, która niewątpliwie bardziej od odległego Wietnamu pasuje do ogłoszonej tematyki dyskusji oraz do przysłowiowego już „misz -maszu", dziejącego się na świecie „na naszych oczach".

    Wprawdzie tematyka Unii Europejskiej pasuje „jak pięść do oka" do głównych haseł naszych czasów -o globalizacji - ale stanowi ona jeden z ważnych trzonów proponowanych potęg tej globalizacji. Ma ona przecież obejmować całą Europę ( z Rosją, czy bez Rosji –that Is tne question) bez podziału na narodowe państwa, ale i bez zamachu na ich istnienie, czyli ze zintegrowaną gospodarka, polityką i armią. Jej potencjalnymi i systemowo niezbędnymi konkurentami mają być:
    1. dawno (200 lat temu) zintegrowany bastion demokracji - USA, powstały z nigdy nie istniejących jako samodzielne twory społeczne: państw (?), księstw (?), hrabstw (?) czy też - co też stało się faktem - mylących całkowicie niezrozumiałym wtrętem stanów;
    2. zintegrowane samym ogromem przestrzeni, ale kiedyś już oddzielane od innych potężnym, autentycznym kamiennym murem Chiny, obecnie tytularnie określane jako antykapitalistyczna prokomunistyczna republiką „państwa środka";
    3. scalona orientalnym „nienaruszalnym" cesarstwem, zawsze tajemnicza i choć stale uśmiechająca się, ale niechętnie wiążąca się z innymi nacjami i przez to, pozornie kusząca albo groźna Japonia oraz
    4. Indie, budzące podziw i groźbę niesłychanie społecznie zróżnicowanymi, a nieprzeliczonymi rzeszami stłoczonych, a jednak odseparowanych od siebie ludzi, trudnych do odróżnienia od sąsiadów z Pakistanu czy Bangladeszu, ale summa summarum centrum o atomowej ambicji i o takimż wyposażeniu.
    Reszta świata włączona jest do procesu globalizacji jako narodowe organizacje państwowe, praktycznie nie objęte ruchem integracyjnym, ale powiązane ze sobą niezliczonymi zlepkami różnych unii i stowarzyszeń, no i oczywiście interesów.
    Ta najbardziej interesująca nas, zintegrowana Europa to jeszcze odsesek, bez dostatecznych doświadczeń nawet rzetelnych wzorców i tradycji. Chociaż w zamierzchłej historii pełno było europejskich dowodów różnych integracji pod przeróżnymi hegemoniami: Hellenów, Rzymian, Germanów, Wikingów, Anglosasów czy napoleońskich Francuzów, dyskretnie nie wspominając ani o Lidze Narodów, ani o wojennych integracjach pod faszystowskim pejczem. Aktualna próba europejskiej integracji liczy sobie zaledwie 20 lat i z takim stażem powinna zatem być objęta ochronnym pancerzem przed krytyką, aby mogła być poddawana uzdrawiającym i ulepszającym jej byt zmianom i eksperymentom. Leży to jednak, jak dotąd, w sferze marzeń i gorzkich życzeń, bowiem Unia Europejska od pierwszych dni jej utworzenia znajduje się nieustannie pod obstrzałem narzekań, wybrzydzeń i czasami tylko rzeczowej krytyki, pochodzącej, o dziwo!, głównie z wnętrza Unii, co powoduje, że „nie widać, nie słychać i nie czuć" zdecydowanej poprawy na tym polu.
    Co gorzej, dają się zauważyć cyklicznie powracające fale niezadowoleń i rozczarowań bez ratowniczych odzewów. Uwidacznia się to szczególnie w okresach różnych wyborów i szerszych analiz na temat Unii. Obecnie jesteśmy już niemal w centrum takiego okresu; szykuje się bowiem zmiana składu parlamentu europejskiego, powinniśmy zatem być w oku jakiegoś cyklonu, tak tego roku modnego środka zawirowań i niepokojów. Ale wbrew pozorom, przynajmniej w Polsce nie ma wstrząsających ziemią niespodzianek ani przerażających fal jakiegoś politycznego tsunami. Nie jest to, niestety powód do pociechy, bo taka zastoina w spojrzeniu na Unię pochodzi raczej z niemal szokującego braku zainteresowania w Polsce zarówno przebiegiem, jak i efektami wyborów do Brukseli. Jednak, jak to mówią, coś drgnęło, gdzie trzeba, ale trudno określić, czy jest to poważne zainteresowanie poważnego uczestnika naprawdę ważnych wydarzeń, czy jakiś narodowy lub ogólniejszy nawet kaprys. Chodzi bowiem o wyjątkowe w skali minionych dwudziestu lat istnienia Unii wielokierunkowe, bardziej ożywione i angażujące nawet najwyższe czynniki w państwie, jak np. byłego prezydenta A. Kwaśniewskiego, a nawet, według plotek, i aktualnego premiera, nieoficjalne manewry i podjazdy dotyczące struktury zarządzania w Unii i personalnych w niej zmian o zasadniczym znaczeniu. Jak uczą jednak anonimowi teoretycy i praktycy funkcjonowania świata, pożyjemy to zobaczymy co z tego wyjdzie. Aktualnie wydają się wprawdzie niewzruszone zasadnicze mankamenty i niebezpieczeństwa dotyczące zrozumienia i efektywności w definiowaniu i osiąganiu pryncypalnych celów istnienia Unii Europejskiej i powszechnego zrozumienia drogi dochodzenia czy dojścia do tych celów, ale w zasadzie wszystko jest możliwe. I znowu: podstawowe źródło niepokojów w tym zakresie tkwi w roli człowieka we władzach i strukturze Unii, a na tym odcinku nie widać ruchów do zmian. Brak podstawowego stwierdzenia, że członkowie parlamentu europejskiego tworzą samoistny, zintegrowany z zadaniami Unii twór, nie zaś tylko zlepek polityków z różnych krajów Unii, dbający o własne interesy i myśli przewodnie. Trudno doszukać się jakichkolwiek zabiegów o wytworzenie wśród europosłów poczucia odpowiedzialności za myślenie kategoriami Unii, a nie poszczególnych czy doraźnie połączonych wspólnym celem krajów członkowskich. Przypadki takich unijnych komisarzy jak delegowani z Polski Danuta Huebner czy Janusz Lewandowski to brylantowe wyjątki na matowo - szklanym tle całej rzeszy innych parlamentarzystów.
    Trudno o jednoznaczne ustalenie powodów takiej sytuacji, ale mam wrażenie, że głównej przyczyny tego stanu należy szukać w nagminnym dopuszczaniu czy nawet zachęcaniu europosłów do nieustannego aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym, towarzyskim i celebryckim w ich krajach rodzimych. A nie dotyczy to prywatnej strony tego uczestnictwa, lecz takich chociażby objawów, jak nieustanne niemal wyświetlanie unijnych polityków lub urzędników na ekranach krajowych telewizji. Niemal równolegle z wymienionymi tu powodami braku zharmonizowania zainteresowania delegatów do Unii z unijnymi celami idzie, według mojej wiedzy, całkowite pominięcie funkcji sprawdzających i kontrolnych ze strony Unii co do unijnych obowiązków europosłów. Nie chodzi o wypełnianie urzędniczych czy parlamentarnych funkcji, ale o personalną przydatność krajowych przedstawicieli dla unijnych celów. Wyprowadzam z powyższych stwierdzeń wniosek, że europostowie nie są ani realizatorami ani propagatorami europejskiej integracji a także nie są zainteresowani myśleniem w czasie wykonywania ich funkcji pro bono integrującej się Europy, Krajowa a społeczna dezaprobata, jaka ma rzeczywiście miejsce wobec większości europosłów wzmacniana jest także olbrzymią dysproporcją między apanażami parlamentarzystów z Unii a wynagrodzeniami, jakie otrzymują parlamentarzyści krajowi. Dotyczy to nie tylko jakichś enigmatycznych średnich, ale konkretnych wymiernych dochodów konkretnych ludzi czynnych w polskiej polityce z najwyższymi dostojnikami w kraju włącznie. Nie przytaczam tu żadnych konkretnych danych, bo sprawa jest powszechnie znana z detalami, a tak przygnębiająca, ze aż dziw bierze, dlaczego nie pobudza ona ani wniosków o usunięcie stwierdzonych nieprawidłowości, ani postulatów o wyjaśnienie o przyczyny ich powstania. Dotyczy to zresztą nie tylko tej pieniężnej sprawy, pozostałe mankamenty integracji ludzi z zadaniami Unii także nie budzą należnych wniosków ani sprzeciwów. Taki marazm nie wróży dobrze sprawom naprawy zła.
    Zupełnie inaczej, ale wcale nie lepiej jest z założeniami do wyborów do europejskiego parlamentu. Tu, w przeciwieństwie do bazy informacyjnej o dochodach europosłów, nie ma w ogóle wiedzy na temat kryteriów dla ich wyboru. W praktyce nie wiadomo ani formalnie ani oficjalnie czego się od europosła wymaga. W odniesieniu do tych, którzy byli już w europejskim parlamencie brak natomiast jakiejkolwiek informacji o dotychczasowej skuteczności ich działań. Stąd rodzące się u niezorientowanych, a zainteresowanych personalnymi cechami kandydatów pytania robią wrażenia aktywności naiwnego i głupawego Kazia, jak się kiedyś mówiło o nie w pełni rozwiniętych umysłowo osobnikach. Wybory do parlamentu europejskiego przebiegają w trybie wyborów do polskiego Sejmu, a więc z udziałem całego aparatu komisji wyborczych i poprzez kandydatury zgłaszane do partii uczestniczących w wyborach do Sejmu. W praktyce o personalnym doborze kandydatów na europosłów wiedzą i decydują jedynie ściśle sztaby politycznych decydentów, a więc tych partii, jakie zostały desygnowane do wystawienia list kandydatów na wyborczych słupach. Nie ma list krajowych, środowiskowych, narodowościowych ni żadnych innych. Nie ma też aparatu sprawdzającego kwalifikacje spoza ordynacji wyborczej, stąd znajomość języków obcych nie jest warunkiem sine qua non wyboru na europosła. Jest to wyraz wolności myśli i czynu, a więc czołowych haseł mądrej demokracji. W tymże samym duchu nie stanowi kryterium wyboru na europosła także jego nastawienie do roli i zadań Unii Europejskiej. Nawet najbardziej zagorzały przeciwnik europejskiej integracji może być czołowym kandydatem do Unii Europejskiej. Jest to mankament tych wyborów, podobnie zresztą jak i społeczne poparcie w całych tych wyborach. Jest to poważny problem socjologiczny w Polsce - temat sam w sobie wart rozważań i studiów, tym samym nie do wyjaśniania w takiej jak ta publikacji. Jakkolwiek będzie musiał kiedyś znaleźć swoje miejsce na publicznej debacie. Nie będę w związku z tym bił na alarm, aby, póki czas, zmieniać co uzna się za niesłuszne, w akcji przedwyborczej. Byłoby to przysłowiowe bicie piany, bez szans poważniejszej poprawy czegokolwiek.
    Nie mogę jednak pominąć jednego procederu, który jakby bezwolnie jednak konsekwentnie dzieje się bez należytego oporu „na oczach" milionów Polaków i szydzi niemal z ich naiwności czy głupoty. Chodzi mianowicie o to, że na liście ugrupowania (partii) Palikota figuruje jako numer 1 na Śląsku reżyser filmowy Kazimierz Kutz. Znany to człowiek o poważnym dorobku zawodowym i ustabilizowanej w związku z tym pozycji społecznej. Jednak tenże Kazimierz Kutz wbrew powtarzalnym jak mantra przypomnieniom, że wybory do parlamentu w Brukseli nie mogą być czy stać się jakąkolwiek odskocznią dla załatwienia jakichkolwiek spraw lokalnych, nazwijmy je terenowych i typowo samorządowych, a więc znacznie niższych niż sprawy krajowe, oświadcza oficjalne i arogancko, że nie interesują go jakiekolwiek sprawy Europy czy Polski nawet, bo on staruje w wyborach do parlamentu europejskiego jedynie po to, aby tam załatwić dla polskiego Śląska regionalną odrębność od reszty Polski. Ważne jest dla niego w tych wyborach jedynie to, że de facto on - Kazimierz Kutz - jest reprezentantem Śląska, którego sprawy w ramach polskiego prawa i ustroju nie mogą być uwzględnione, więc muszą być ustanowione na europejskim forum. Takie rozumowanie i postępowanie to jawny szowinizm i pełna nonszalancja dla całego polskiego narodu i polskiego samostanowienia. Znając drogę rozwoju jego zawodowej kariery trudno się dziwić panu K. Kutzowi, że wybrał dla swojej karieru powyżej nakreślony scenariusz. Jest to przecież następstwo zawodowego zboczenia czy uwiądu wynikającego z reżyserskiego dyktatu i tubalnych pohukiwań na podległy mu personel na planie. Trzeba mieć wyrozumiałość dla polskiego senatora nawet mimo jego ostentacyjnego rozgłosu, że walczy, jak zawsze, o prawdę i słuszność, jak uczynił to w swoim prywatnym życiu, gdzie zmienił sobie ojcowskie nazwisko Kuc, na dziadowskie Kutz, dla podkreślenia, że rodzina jego zanim została spolszczona była germańska.
    Nie dziwi zatem nawet ekstrawagancka determinacja Ślązaka, dla którego nic poza Śląskiem nie jest ważne, niezależnie jaka jest rzetelna i prawdziwa racja. Szokuje jednak i budzi uzasadnione oraz olbrzymie zdziwienie, a potem protest, że mimo jawnej deklaracji bycia regionalnym rozrabiaką, znajduje on jednak dla swoich popędów szukania fortuny i być może przyscenicznego poklasku na tyle wpływowych mecenasów, że lokują go na liście kandydatów do parlamentu w Unii Europejskiej. I, chociaż cała ta awantura może mieć cechy nawet groźnego misz - maszu na wyborczej scenie, jest w odpowiedniej dla problemów zintegrowanej Europy zaledwie równa wstydliwemu bąkowi na salonach. Kwestia ogranicza się zatem do pytania: po co nam ten bąk?