Jan Burakowski - Globalizacja i człowiek

Zagrożenia polityczne i militarne są w początkach XXI wieku najłatwiej dostrzegalne i najbardziej ,,widowiskowe". Ale kto wie, czy nie bardziej fatalne w skutkach na dalszą metę są dla ludzkości zagrożenia gospodarcze i społeczne będące pochodnymi szalonego, niekontrolowanego rozwoju cywilizacji technicznej, sprzężonego z prymitywnym utylitaryzmem i lekceważeniem celowości planowej polityki społecznej.

Osiągnięcia nauki i techniki zwielokrotniły wydajność pracy we wszystkich dziedzinach. W ciągu ostatnich stu lat wydajność w najbardziej ,,zacofanej" dziedzinie wytwórczości, tj. rolnictwie, wzrosła w krajach rozwiniętych co najmniej 15-krotnie; w innych dziedzinach wytwórczości postęp jest nieporównywalnie większy. W fabrykach zatrudniających jeszcze 30-40 lat temu dziesiątki tysięcy robotników dziś wystarczają setki wykwalifikowanych pracowników obsługujących, nadzorujących i konserwujących zautomatyzowane linie produkcyjne. Olbrzymie zautomatyzowane fermy hodowlane, także zakłady przetwórcze, super- i hipermarkety ,,pożerają" codziennie w świecie warsztaty pracy milionów robotników, drobnych rolników, rzemieślników, sklepikarzy. Projekty i już realizowane przedsięwzięcia są tyleż wspaniałe co obłędne. Np. na terenie starego portu w Rotterdamie w Holandii, na 40 hektarach buduje się wielokondygnacyjny kombinat rolno-spożywczy. W podziemiach baseny do hodowli łososi, pieczarkarnie i pędzenie cykorii (wszystko na gigantyczna skalę), na wyższych kondygnacjach hodowla świń (300 tys. sztuk rocznie), kur- niosek (250 tys. sztuk) i kurczaków (milion sztuk), na dachach szklarnie do uprawy sałaty i innych warzyw. Wszystko bardziej ekonomiczne, ekologiczne i humanitarne niż przy metodach tradycyjnych. Tyle, że jednocześnie niepotrzebnymi staje się kilkaset ferm z przynależnymi do nich ludźmi (wg ,,Le Nouvelle Obserwateur", 4-10.X.2001r.). Podstawowym dogmatem dzisiejszego neoliberalizmu jest wyścig technologii zmniejszających udział kosztów pracy ludzkiej w finalnych kosztach produktów. W efekcie ocenia się, że już niedługo 20% populacji ludzkiej zdolne będzie wytworzyć produkty i usługi zaspokajające potrzeby całej ludzkości. Inaczej mówiąc 80% ludzi, szczególnie tych najmniej wykwalifikowanych lub mieszkających w regionach bez szans współzawodnictwa, stanie się gospodarczo i społecznie niepotrzebnych, będzie stanowić kłopotliwy balast dla wspaniale rozwijającej się techniki. Przy utrzymaniu obecnych trendów rozwojowych, odsetek ,,ludzi zbędnych" będzie nadal szybko wzrastał. Perspektywy obłędnie wspaniałe, tylko co robić z ludzkim ,,balastem"? Owszem, wytworzonych dóbr wystarczy, by każdemu zapewnić minimum egzystencji: wyżywienie, dach nad głową, nawet oświatę i podstawową opiekę lekarską. Tylko tyle, że – jak przed wiekami skonstatowano - ,,nie tylko chlebem człowiek żyje". Każdy człowiek rozwija się normalnie, jest zdrowy psychicznie tylko wtedy, gdy czuje się potrzebną, produktywną cząstką społeczeństwa. Marginalizowany, zamknięty w getcie niepotrzebnych i wzgardzonych – czuje się nieobliczalny jak pies łańcuchowy (jemu też do pełni szczęścia nie wystarczy buda, barłóg ze słomy i miska strawy dostarczanej regularnie przez pana).

Wydaje się prawdą bezsporną, że na obecnym poziomie rozwoju naszej cywilizacji potrzebą pierwszoplanową  staje się nie forsowanie wydajności i produkcji (ta już na przełomie lat 60-tych i 70-tych przekroczyła poziom zapewniający zaspokojenie potrzeb, nawet tych rozwiniętych, populacji ludzkiej), ale planowa polityka społeczna zmierzająca do produktywnego zagospodarowania potencjału całego społeczeństwa.

 Czy są pola, na których zbędny dziś potencjał może być pożytecznie wykorzystywany? Oczywiście. Miasta, wsie i całe kontynenty można by zamienić w kwitnące ogrody. Można by zmienić środowiska sfrustrowanych slumsów i blokowisk w społeczności wyposażone w użytecznie społeczną pracę, w oświatę, opiekę społeczną, rekreację dosłownie dla wszystkich. Można by ... No tak, ale ...


Zagospodarowanie kolosalnego potencjału energii twórczej ludzkości wymaga nie tylko polityki społecznej, ale i odpowiednich środków. Środków, które mamy już w nadmiarze, ale które w znacznym odsetku marnotrawione są cele nieproduktywne a przeważnie także społecznie szkodliwe. Takie jak: bezsensowne przemieszczanie olbrzymich mas towarów w odległe miejsca globu dla zysku, likwidacja fabryk i urządzeń w pełni sprawnych, by zastąpić je technologiami ,,nowej generacji", destrukcja rolnictwa i przemysłu w miastach, całych regionach i krajach z uwagi na zbyt wysokie dla kapitału międzynarodowego koszty wytwarzania, by je odtwarzać w innych ,,tańszych" regionach globu, forsowanie indywidualnych środków transportu, sztuczne wytwarzanie narzędziami totalnej reklamy zapotrzebowania na towary i usługi zbędne a często i szkodliwe dla ludzi i środowiska itp.

Forsowanie prymatu rozwoju technologii nad polityką społeczną, a interesów ,,inwestorów" (ładne określenie kapitału spekulacyjnego) nad działalnością państwa i w ogóle wszelkich władz administracyjnych, jest pochodną centralizacji i globalizacji kapitału, kontrolującego produkcję i usługi.

    Globalizacja życia w najrozmaitszych dziedzinach to naturalny proces wynikający z rozwoju naszej cywilizacji. Szybkie upowszechnianie wiedzy, odkryć i innowacji, łatwość porozumiewania się w skali globu, to procesy naturalne, sprzyjające postępowi. Całkiem odrębnym zagadnieniem jest natomiast globalizacja życia gospodarczego i kapitału. Postępująca już od połowy XIX wieku centralizacja kapitału, osiągnęła obecnie monstrualne rozmiary. Na pozór bardzo zróżnicowana tkanka tysięcy i milionów istniejących w świecie przedsiębiorstw, spółek, holdingów, trustów, koncernów, jest w gruncie rzeczy ściśle nadzorowana przez bardzo  nieliczne grupy kapitałowe, dysponujące funduszami przekraczającymi budżety dużych, rozwiniętych państw. Te centra kapitałowe są zainteresowane krańcową liberalizacją wszelkich ograniczeń w ruchu kapitału i towarów, a więc i ograniczeniem kontrolnych funkcji państw i samorządów. Ten ,,bankowy rząd światowy", którego jedynym ogólnie widocznym narzędziem działania są giełdy, jest animatorem decydujących procesów i zjawisk gospodarczych i politycznych, których podłoże i sprężyny niewidoczne są dla oka przeciętnego człowieka. Około 80% kapitałów funkcjonujących, obecnie na świecie to ,,wolne" kapitały spekulacyjne, nie związane bezpośrednio z procesami produkcyjnymi. Te miliardy i biliony dolarów przepływające codziennie między giełdami to motor ciągłej ,,restrukturyzacji" gospodarki prowadzącej do ,,niespodziewanych" krociowych zysków lub bankructw firm, rozwoju lub degradacji miast, regionów lub całych państw. Monstrualne grupy kapitałowe, w których postępuje wciąż szybciej koncentracja środków,  zdolne są w razie ,,potrzeby" bez trudu zachwiać podstawami gospodarki nawet wielkich, rozwiniętych państw i całych regionów świata (vide: ostatnie kolejne kryzysy gospodarcze w Meksyku, Brazylii, krajach dalekowschodnich, Rosji). Wszechmoc kapitału po upadku europejsko-azjatyckiego bloku państw socjalistycznych prowadzi do odrzucenia w gospodarce jakichkolwiek osłonek ideowych lub humanitarnych, bo uważa on je już za niepotrzebne. Celnie ujął to pisarz niemiecki, laureat nagrody Nobla, Günter Grass: ,,Kapitalizm nigdy nie był bardziej barbarzyński i zwierzęcy, niż po zwycięstwie nad komunizmem".

    Zygmunt Bauman (w książce: ,,Globalizacja i co z tego dla ludzi wynika" PIW 2000) w sposób następujący rekapituluje polityczne i społeczne skutki globalizacji kapitału: ,,Według obliczeń René Pasata, oparte na czystej spekulacji transakcje walutowe sięgają 1300 miliardów dolarów dziennie. Jest to pięćdziesiąt razy więcej niż wynosi wartość wymiany handlowej i niemal tyle ile suma rezerw wszystkich ,,banków narodowych" świata razem wziętych (…) Żadne państwo świata nie może zatem dłużej niż kilka dni opierać się naciskom ,,rynków". A implikacje polityczne takiego stanu? ,,To co zostało z polityki, jest, jak za dawnych, dobrych czasów, nadal w gestii państwa, nie ma ono jednak prawa wtrącać się w sprawy związane z jego własną ekonomią, każde usiłowanie bądź próba spotkałaby się z natychmiastową reakcją ze strony rynków światowych i podjęciem działań represyjnych". ,,Pęd ku wykrawaniu ciągle nowych i za każdym razem słabszych (…) lecz ,,politycznie niezależnych" jednostek administracyjnych, nie stoi w sprzeczności z tendencjami ekonomicznymi dążącej ku globalizacji (…). Światowe finanse, handel i przemysł informatyczny, ze względu na swobodę ruchu i nieskrępowaną wolność w dążeniu do osiągnięcia własnych celów, są uzależnione od politycznego rozdrobnienia, ,,rozparcelowania" światowej sceny politycznej (…), zainteresowane są istnieniem słabych państw". A skutki społeczne nieskrępowanej działalności globalnych centrów kapitałowych? Tworzenie bogactw jest na dobrej drodze, by w końcu uniezależnić się od odwiecznych, krępujących i dokuczliwych związków z wytwarzaniem rzeczy, przerabianiem surowców, tworzeniem miejsc pracy i zarządzaniem ludźmi. Dawni bogacze potrzebowali biednych, by ci czynili ich bogatymi (…). Nowi bogacze nie potrzebują biednych. Po długim oczekiwaniu zbliżają się rozkosze wolności ostatecznej" (dla kapitału ,,czystego", spekulacyjnego, nie związanego bezpośrednio z produkcją –J.B.). ,,Skutki globalizacji finansów i gospodarki dotkliwie namacalne i prawdziwe: jakościowa depopulacja, zniszczenie gospodarki lokalnej, zdolnej niegdyś do zapewnienia utrzymania miejscowej ludności, wykluczenie milionów ludzi, których globalna ekonomia nie potrzebuje" (podkreślenie moje –J.B.).

    Już w początkach I wojny światowej (1915r.) Karl Kautsky pisał: ,,Z czysto ekonomicznego punktu widzenia  nie jest rzeczą niemożliwą, że kapitał przeżyje jeszcze jedna fazę przeniesienia polityki karteli na politykę zagraniczną, fazę ultraimperializmu (…) wspólnej eksploatacji świata przez międzynarodowy zjednoczony kapitał finansowy". Słowa te Włodzimierz Lenin, przekonany o rychłym upadku imperialistycznego kapitalizmu i zwycięstwie światowej rewolucji socjalistycznej, określił jako ,,całkowicie wyprane z treści ględzenie". (,,Imperializm jako najwyższe studium kapitalizmu"). Niestety, okazały się one prorocze …

    Wielu czołowych ekonomistów, politologów i socjologów zachodnich, uznaje globalizację ekonomiczną za proces nieuchronny, wieszcząc jednocześnie apokaliptyczne skutki nie tylko ekonomiczne ale i społeczne. Lester Thurow, ekonomista amerykański, pisze: ,,W gospodarce przyszłości będzie miejsce tylko dla wielkich przedsiębiorstw globalnych lub dla małych, niszowych. Przedsiębiorstwa średnie zostaną zmiażdżone (…), nie będzie reguł ani praw. Będzie bardzo Dziki Zachód. Oczywiście z wieloma buntami, z wieloma Seattle" (aluzja do manifestacji antyglobalistycznych w związku z kongresem WHO – J.B.). Zdaniem z kolei Erica Habsbawma globalizacja prowadzi do ,,… rozbicia starych wzorców stosunków międzyludzkich (…) zerwania więzi międzypokoleniowej, to znaczy do zerwania więzi między przeszłością a teraźniejszością". Społeczeństwo staje się zbiorowiskiem jednostek bez wzajemnych więzi, nadchodzi okres barbarzyństwa, terroru, masakr, wojen wszczynanych bez poszanowania norm, wypowiadanych i kończonych bez traktatów (,,Wiek skrajności").

    Procesy neoliberalizmu i globalizacji gospodarki, mają horyzont zawężony do drobnego wycinka rzeczywistości. Ich mózgi ,,nowej generacji", nie są w stanie prognozować finalnych skutków społecznych procesów gospodarczo-finansowych w perspektywie choćby najbliższych dziesięcioleci, ani pamiętać o doświadczeniach historycznych. Produktem finalnym żywiołowego rozwoju gospodarczego i koncentracji kapitału w XIX wieku były dwie wojny światowe, faszyzm i komunizm w wersji leninowskiej, wyrodzony później w stalinizm. Co wyłoni się później z aktualnego barbarzyńskiego prymatu zysku nad wartościami ludzkimi?

    Czy aktualne trendy rozwoju globalizacji kapitału i zarządzania produkcją będą postępować bez przeszkód., aż do jakiegoś nieprzewidywalnego, apokaliptycznego końca, gdy światowy kapitał, wespół z robotami, zmieni ludzkość w trzodę niepotrzebnego bydła? Miejmy nadzieję, że nie.

    Do namysłu póki czas wzywa Jan Paweł II: ,,Nie do przyjęcia jest twierdzenie, że po upadku komunizmu jedynym rozwiązaniem jest kapitalizm" (szkoda tylko, że ta refleksja przyszła Papieżowi trochę za późno, gdy kapitał stał się wszechwładny, nie bez osobistego wkładu w to zwycięstwo także Papieża).

    Apeli podobnych i przestróg jest dużo. Głośny ekonomista i socjolog, Edward Luttwak w rozmowie z Dietmarem Lamparterem i Fritzem Vorholzem stawia ,,… zasadnicze pytanie: czy społeczeństwo ma służyć ekonomii, czy ekonomia społeczeństwu? W Ameryce i Anglii za rzecz zrozumiałą samo przez się uchodzi przekonanie, że to społeczeństwo ma się dostosować – jak kawałek plasteliny. – Ale tak być nie musi? – Każdy kraj może decydować. Klasa polityczna może ustalać stopień regulacji każdego sektora gospodarki – w zależności od tego, czy potrzeba większej ochrony czy większej wydajności (…). Polityczne gremia istnieją po to, by zakreślać granice siłom rynku. Dlatego jestem pewien, ze różni Schröderowie i świętoszkowaci Blaire’owie zostaną zastąpieni przez polityków, którzy naprawdę wiedzą, o co chodzi". (,,Die Zeit", 9.XII.1999r.).
    Do nieśmiałej nadziei dają podstawy dwie uchwytne już dziś tendencje: rysująca się już w perspektywie najbliższych dziesięcioleci polityczna wielobiegunowość świata i oddolne ruchy przeciwników globalizacji. Nie można wykluczyć, że niektóre supermocarstwa globalne wyłamią się spod bezapelacyjnego dyktatu ,,niewidzialnego" światowego rządu kapitału matecznikiem którego są Stany Zjednoczone. Że, wraz z kształtowaniem się nowych mocarstw globalnych i regionalnych, nastąpi swoista deglomeracja globalnego kapitału, rodzaj kapitałowo-gospodarczej autarkii samowystarczalnych bloków polityczno- militarno-gospodarczych o nieco odrębnych cechach organizacji społeczeństwa, ograniczająca do ich obrębów przepływ kapitałów. Nie można też wykluczyć, że w którymś z tych bloków (supermocarstwo + skupiona wokół niego otoczka państw satelickich) wykrystalizuje się planowa polityka społeczna – przy zachowaniu sprzyjających postępowi zasad polityki rynkowej i rywalizacji. Najbardziej prawdopodobne jest to w odniesieniu do ośrodka dalekowschodniego (Chiny, Japonia, Korea, Wietnam), gdyż do podstawowych tradycji tamtejszych społeczeństw należy prymat interesów wspólnoty nad indywidualnymi (więc może po raz kolejny ,,lux ex oriente’?).  Nie można wykluczyć także ,,regresu" polityki liberalnej w Rosji, z uwagi na zachowane tu jeszcze szczątki systemu socjalnego z czasów radzieckich i szczególnie dzikie formy liberalizacji gospodarki obnażające bez osłonek jej antyhumanitarność. Taki wyłom oddziaływałby uszlachetniająco na politykę społeczną w strefach wpływów innych mocarstw globalnych i regionalnych i cofnął ,,amerykanizację" świata do jej matecznika na zachodniej półkuli.

    Adam Schaff, czołowy współczesny filozof i politolog polski, też widzi niezbędność przezwyciężania tendencji globalistycznych w ekonomii: ,,… jedyne realne rozwiązanie tej sprawy (przezwyciężenie niekorzystnych tendencji społecznych – J.B.) polega na przejściu od dotychczasowej cywilizacji pracy do cywilizacji zajęć, co jest możliwe tylko w drodze choćby częściowej kolektywizacji dochodu społecznego i wystąpienia instytucji społecznych, wraz z państwem (w sensie aparatu rządzenia nad rzeczami), jako organizatorów i menedżerów społecznie potrzebnych zajęć stanowiących nowe formy pracy. Przy spełnieniu tego warunku, który nie oznacza zmniejszenia dotychczasowego dochodu przez nikogo, problem bezrobocia można zlikwidować do końca i bez reszty". (,,Przegląd" 2.I.2001r.). Ale na gruncie polskim jest to stanowisko raczej odosobnione. Decyzyjne kręgi polityczne i większość ekonomistów w przekazaniu życia gospodarczego w ręce międzynarodowych korporacji i globalizacji widzą panaceum na rozwój Polski. Niestety, ich wypowiedzi świadczą, że nie zdają sobie sprawy z istoty globalizacji. Leszek Miller, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w wywiadzie dla ,,Polityki" (20.I.2001r.) mówi: ,,My w globalizacji widzimy szansę, bo ona daje możliwość wyboru tego, co rozwojowe", a jednocześnie twierdzi: ,,Uznajemy konieczność interwencji państwa i bronienia przez nie systemów socjalnych". Wygląda na to, że nie zdaje on sobie sprawy z tego, że globalizacja wyklucza skuteczną interwencję państwa w gospodarkę a możliwości budowania przez nie systemów socjalnych będą bardzo ograniczone, bo – jak czytaliśmy już wcześniej – międzynarodowemu kapitałowi wystarczają najzupełniej państwa o kompetencjach porządkowo-policyjnych i administracyjnych – ale na pewno nie ekonomicznych.

    Nie bez szans na kosmetyczne choćby zmiany form działania międzynarodowego kapitału są także oddolne ruchy przeciwników globalizacji. Ruchy te już dawno przestały być nic nie znaczącym ,,folklorem" życia politycznego i społecznego. Już obecnie w większości krajów rozwiniętych są one bardzo silne, widoczne są także zaczątki międzynarodowych powiązań antyglobalistycznych. Wyrastają przywódcy antyglobalizmu na skalę międzynarodową, choćby Nomi Klein ze swoją książką ,,No Logo". Lori Wallach, ,,mózg antyglobalistycznej krucjaty" absolwentka Wydziału Prawa Uniwersytetu Harvarda, która świadomie zrezygnowała z błyskotliwej kariery na rzecz walki z niesprawiedliwym handlem międzynarodowym i światem korupcyjnym, również wybitny amerykański prawnik Ralph Nader, niemiecki socjolog i ekonomista szef organizacji ,,Greenpeace" – Thilo Bode, malezyjczyk Martin Khör – wybitny ekspert ONZ, Andrea Durbin – politolog z organizacji ,,Friends of the Earth" (- przywódczyni manifestacji w Seattle) czy też José Bové – charyzmatyczny przywódca już nie tylko francuskich. Nie ulega raczej wątpliwości, że wraz z postępami kapitałowo-gospodarczej globalizacji i związanymi z nimi procesami destrukcji gospodarki i pauperyzacji coraz liczniejszych społeczności, ruchy te będą się nasilać. Wiele zależy od tego, czy w ruchu antyglobalistycznym przewagę uzyskają elementy anarchistyczno -destrukcyjne (jest to opcja w gruncie rzeczy mniej groźna i wygodniejsza dla liberałów), czy też elementy oferujące konstruktywne programy antyglobalistyczne. W przypadku przewagi drugiej opcji być może będą miały miejsce nie tylko korekty liberalnej globalizacji, ale także zaczną się tworzyć od podstaw wspólnoty lokalne – a potem regionalne i krajowe – całkiem nowego typu, udowadniające, że można żyć dobrze i godnie bez udziału kapitałów spekulacyjnych, z ,,pracy własnych rąk", ale z wykorzystaniem wszelkich dobrodziejstw cywilizacji. Rozwój alternatywnych wspólnot chrześcijańskich w obrębie pogańskiej cywilizacji Imperium Rzymskiego byłby tu odległą analogią. Oby tylko ten ewentualny ruch odnowy nie był związany jak ongiś triumf chrześcijaństwa z recydywą średniowiecza lub nie przybrał postaci form sekciarskich w typie amerykańskich amiszów.