Ariana Nagórska - Iluzje wielkiego wyboru

Konsument już od poranka duma, co sobie zje po południu: zgniły banan, spleśniałą gruszkę, sfermentowany bigos, oślizgły klops, zielonkawy baleronik, czy dla zdrowia suche otręby z robakami. Gdybym mówiła tu konkretnie o żywności kierowanej do żołądka, byłoby to bez wątpienia satyryczne przejaskrawienie, bo sama jestem przekonana, że aż takich paskudztw nie jemy. Mówię to jednak metaforycznie o tak zwanej strawie duchowej, a w tym wypadku nie przesadzam ani trochę.
         Każdego dnia nie tylko w metropoliach, ale i w małych ośrodkach odbywa się jednocześnie mnóstwo tak zwanych „imprez kulturalnych": grają, tańczą, deklamują, dręczą i terroryzują. Ktoś powie, że można przecież takich chałtur nie oglądać. Można tylko wtedy, gdy jest się niepodatnym na (bardzo perfidne często) naciski. Nieuczestniczący w bzdurach musi być uodporniony na zarzuty następujące: „Nie zna się na niczym, bo się niczym nie interesuje"; „Co to za poeta, skoro ani razu nie uczestniczył w naszych spotkaniach poetyckich"; „Egoista. Woli nudziarstwa czytać w domu, niż na żywo posłuchać  przyjaciół"; „Śmierdzący leń. Nie chce mu się nigdzie wyjść". W dobie paranoicznego „krzątactwa" i kultu dzikiego aktywizmu najczęstszy jest taki zarzut: „Sam nic nie zorganizuje, a tylko potrafi krytykować". Warto wiedzieć, że dla rozszalałych aktywistów taki, co nic nie zorganizuje, to osoba, która po prostu nic nie robi, bo nic nie umie. Przecież gdyby taki umiał na przykład pisać, malować, recenzować itp., nie siedziałby jak przygłup w domu, tylko z wywieszonym jęzorem (bo nalatać się trzeba solidnie!) biegał po różnych „instytucjach kulturalnych" i naprzykrzał się, że chce wystąpić publicznie. Oczywiste, że większą „karierę artystyczną" zrobił ten, kto wystąpił sto razy, niż taki, co zdołał wystąpić tylko razy dziewięćdziesiąt dziewięć! Trzeba więc „trzymać rękę na pulsie" (sztucznie przyspieszonym) i „mieć oczy z tyłu głowy" (co zapewnia dobrą widoczność tylko przy głowie pustej). Nie ma dziś nic bardziej obraźliwego od często powtarzanego przeze mnie stwierdzenia, że wolę takich piszących, co mają w głowie, niż takich, co mają w nogach!

          Tu dochodzimy do jeszcze jednego „wymogu społecznego", który powstrzymuje zniechęconych od odmowy uczestnictwa w promocjach „dzieł" niskiej jakości. Obowiązuje przecież POPRAWNOŚĆ, którą we wszystkich dziedzinach życia propaguje rządząca nam miłościwie partia. Gdyby wszyscy byli „poprawni", o ileż łatwiej byłoby złodziejom kraść (bo przecież nie wypadałoby nawet wymówić słowa złodziej), oszustom oszukiwać, chuliganom chuliganić, a grafomanom uchodzić za mistrzów pióra. Poprawny powinien być nie tylko prezentujący się „artysta", ale też jego widownia. Na otrzymane zaproszenia ich adresat poprawnie reaguje radością i wdzięcznością (nieważne, czy autentyczną, czy fałszywą), jeśli skorzystać z zaproszenia nie może, rozpacza tak, jakby co najmniej ludobójstwa musiał się dopuścić, mniej nawiedzony też przeprasza, zżyma się i kaja (znów nie ma tu znaczenia prawdziwość lub fałszywość reakcji). Co mi po zaproszeniu, gdy i wiersze, i ich recytacje do d…Jak się mnie zaprasza, trzeba zadbać o lepszych autorów – oto przykład wypowiedzi rażąco niepoprawnej, na którą mogę sobie pozwolić, bo jako wróg Partii Oszustów z jej poprawnościowych nauk nigdy nie raczyłam korzystać.
          Wydaje się obserwatorom naiwnym, że osoby często uczestniczące w spotkaniach literackich znać się muszą na literaturze i czytać książki ambitne. Gdyby tak było, nie chodziliby na spotkania tłumnie, bo tłum nie jest ani ambitny intelektualnie, ani oczytany. Mogąc w domu czytać najwybitniejsze dzieła ludzkości, nie mieliby chęci ani czasu łazikować z placówki do placówki tylko po to, by sobie mózg zasypywać sieczką lub zaklajstrować cudzym słowotokiem. Jest to „sranie w banię" – jak obrazowo mawiają nieintelektualiści.
          Typowy oblatywacz spotkań autorskich raczej nie usiedziałby długo przy lekturze, bo przecież „ruch to zdrowie". Promowaną książkę przejrzy (choć często nie zasługuje ona nawet na to) i już myśli o tym, gdzie pójdzie nazajutrz. Fizycznie dziarski, umysłowo gnuśny. Mogę jedynie przyznać, że chętnie dyskutuje wtedy, gdy poziom prezentowanej na spotkaniu twórczości jest dla niego odpowiedni. – „Och…Ach…jakie te wiersze były piękne…jakie wzruszające…Przemówiły do mnie od razu, bo z utęsknieniem czekam na wiosnę i widzę, że nasza zdolna poetka też".
         Bardzo ciekawą (lecz przerażającą) obserwacją podzieliła się w wywiadzie radiowym gdańska autorka powieści popularnych (z zawodu tłumaczka), której książek w minionym roku sprzedano najwięcej, a w bibliotekach miały też najwięcej wypożyczeń. Przyznała, iż zawsze była przekonana, że z rzeszy czytających wyłącznie literaturę popularną przynajmniej niektórzy dojrzeją z czasem do czytania literatury ambitniejszej. Niezbyt miłe doświadczenia z wydawnictwami spowodowały jednak, że już tak nie sądzi. Zauważyła, że z premedytacją dba się o to, by masowy odbiorca ani na jotę nie rozwinął się duchowo, tylko pozostał przy gustach takich, jakie ma (bo wtedy nie trzeba męczyć się nad jakością tego, co chce mu się sprzedać). Ponieważ tej autorce komercyjne wydawnictwa płacą (bo na niej porządnie zarabiają), mają też określone życzenia. Gdy na przykład użyła w tytule książki słowa „zbyt trudnego", wydawnictwo nie zgodziło się na taki tytuł, jako „niekomercyjny". Choć tego już poprawna i asekurująca się (wciąż powtarzająca, że być może jej obserwacje są niesłuszne) autorka nie powiedziała, z przykładu wynika jasno, że autor popularny i dochodowy choćby i  nie chciał, musi „trzymać poziom" odpowiednio niski, by czytelnik masowy nie potrzebował ani przez chwilę ruszyć głową. Płacimy, ale pod warunkiem, że piszesz dla półgłówków i nie będziesz próbował robić z nich kogoś lepszego!
          Od lat zastanawiałam się, czemu  bez żadnej koordynacji tyle różnych „inicjatyw kulturalnych" oferowanych jest odbiorcom jednocześnie, a także w takiej ilości, że nawet najbardziej zdeterminowany, zmotoryzowany, bądź w nogach najszybszy wszędzie nie zdąży. Propagowanie tego rodzaju „aktywności intelektualnej" w żadnym wypadku nie może przecież sprzyjać ani wnikliwości, ani głębszej refleksji, ani rozwojowi. Wprawdzie jest to wiedza raczej nie do użytku publicznego, ale jako osoba niepoprawna ukrywać się z nią nie pragnę. Otóż ILOŚĆ jest niezwykle skutecznym czynnikiem manipulacyjnym. Wspaniale ogłupia, rozprasza, dezorientuje. Chodzi o to, by obywatel żył iluzją, że ma we wszystkim wielki wybór i jako człowiek wolny (to kolejna kodowana w głowach iluzja) wybiera według własnej woli („wolny" musi jednak wybierać podejrzanie szybko, bo oferta zmienia się jak w kalejdoskopie). Chodzi zaś głównie o to, by w czasie wolnym zbyt wiele nie myślał SAM.
          „(…) zapłać mi, a ja zagospodaruję twój wolny czas" – taką niebezpieczną strategię demaskuje Stefan Pastuszewski w artykule pt. Twórczość produkcyjna i stanie z boku („Akant" 2014, nr 1, s.3). Autor trafnie konkluduje, że jedynym ratunkiem dla chcącej zachować niezależność jednostki byłoby konsekwentne stanie z boku rozpędzonej machiny. Mniej wnikliwi mogliby od razu ripostować, że przy obecnej skali nędzy spora część obywateli nie ma problemu ze staniem z boku, bo po prostu nie stać ich na płacenie za zagospodarowanie im wolnego czasu. Jednak KAŻDY osobnik w swym wolnym czasie stojący z boku, a zwłaszcza oprócz stania także z boku myślący, jest potencjalnie tak strasznym zagrożeniem, że chciwusy same wyłożą kasę, aby go czymś zająć! Przecież większość imprez (zarówno festyny plenerowe z występami dla szerokich mas, jak i kameralne wystawy plastyczne, spektakle teatralne, spotkania autorskie i promocje książek tysięcy osób piszących) jest dla publiczności BEZPŁATNYCH! Z pozoru wypadałoby się tylko cieszyć, podam więc w skrócie mniej radosne cele tego „rozmachu". 1) Tresowanie publiczności, by nie interesowała się niczym oprócz tego, co jest jej podsuwane pod nos. 2) Utwierdzanie w przeciętności i standardowości upodobań, dbanie, by nie następował rozwój gustu indywidualnego. 3) Pobudzanie instynktów stadnych, zawsze sprzyjających socjotechnice. 4) Brak związku głośności i zasięgu reklamy z jakością reklamowanych dóbr (także duchowych), co jest najskuteczniejszą techniką dezorientacyjną. 5) Brak selekcji i hierarchii: każdy może prezentować co zechce, chłam więc zasypuje twórczość wartościowszą, sam oczywiście też nic nie znacząc. 6) Stwarzanie pozorów konkurencji (skłaniających uzależnionych od sławy do marnowania energii na  bezcelowe wyścigi), podczas gdy chodzi właśnie o to, by nic się nie wyróżniało.
          W systemach totalitarnych też starano się odpowiednio zagospodarować ludziom wolny czas w celu ich indoktrynacji, czyli zaszczepienia w umysłach określonej ideologii. Ówczesny propagandysta doskonale wiedział jednak, CO i JAK propaguje (także poprzez kulturę i sztukę). Współczesny badziewiarz „na niwie kulturki" (zarówno organizujący imprezy, jak i w nich występujący jako artysta bądź widz) nawet nie ma świadomości, że prezentując na przykład wszechstronne nieuctwo, mieszając ludziom w głowach swym ćwierkaniem i bełkotaniem, kadząc oszustom i hochsztaplerom, trąbiąc o swych urojonych sukcesach i powarkując na nie dość poprawnych – realizuje właśnie określoną „politykę kulturalną". Konsumując „ukulturalniające" byle co, może też przecież jako człowiek wolny byle co stworzyć i zaprezentować. Lepiej niech czas (razem z tłumami innych) poświęci na bezcelową pogoń za tak zwaną sławą, niż gdyby miał np. krytycznie rozmyślać o sytuacji w państwie. Wentyl bezpieczeństwa to takie urządzenie (cenne dla każdej władzy i każdego ustroju), którego działanie polega właśnie na kierowaniu pary w gwizdek!
 

Również tego autora