Jan Burakowski - Polityczne bieguny świata i zbrojenia.

,,Od początku świata" jednym z głównych motorów napędzających rozwój nauki i techniki były zbrojenia. Ten motor także na przełomie XX-ego i XXI-ego wieku pracuje pełną parą. Przemysł zbrojeniowy i jego laboratoria jest pierwszym poligonem opracowania, wdrażania i wykorzystania praktycznego nowych materiałów, paliw, środków łączności. Znaczną część tych odkryć i technologii wykorzystuje także sfera cywilna – ale to tylko skutek uboczny.

    Dziś postęp w zbrojeniach, z uwagi na sprawność i siłę niszczycielską broni, wiąże się z podstawowymi zagrożeniami dla ludzkości. Szczególnie, gdy postęp ten dostępny jest tylko nielicznym mocarstwom, a w pełnym wymiarze właściwie tylko jednemu supermocarstwu. Mocarstwa te posiadają miażdżącą przewagę nad słabszymi, mniejszymi lub zapóźnionymi w rozwoju krajami. Obecnie, gdy można już dysponując odpowiednią techniką prowadzić wojny bez własnych strat ludzkich, (przynajmniej w wyobrażeniach polityków i wojskowych), wzmaga się pokusa, by w zarodku dławić wszelkie działania zagrażające mocarstwowej pozycji, przywracać niepokornych do ich miejsca w szeregu.

Po bardzo pomyślnym dla amerykańskich neokolonialistów przebiegu testów-jugosłowiańskiego i afgańskiego, dla wszystkich ludzi interesujących się polityką międzynarodową, stało się jasne, że ekspansywne działania polityczno-militarne, mające na celu absolutną dominację USA w skali globalnej, stają się stałym elementem "polityki" tego państwa. Nie trudno też było przewidzieć, że następnym celem ataku będzie Irak.-Z oczywistych powodów. Po pierwsze - nawet pobieżna znajomość realiów gospodarczych i...mapy nasuwa spostrzeżenie, że Irak to jeden z najważniejszych regionów globu. To nie tylko nieprzebrane zasoby ropy naftowej, ale i punkt centralny Bliskiego i Środkowego Wschodu. Z baz w Iraku można łatwo kontrolować naftonośne kraje arabskie, Iran, Turcję a do Pakistanu, republik środkowo azjatyckich a nawet Indii i Chin też niedaleko. Po drugie - był to cel militarnie łatwy do osiągnięcia. Po wojnie 1991 roku, sankcjach i kontrolach ONZ, Irak był państwem osłabionym gospodarczo i na wpół rozbrojonym. Po trzecie - ukształtowanie i zaludnienie kraju-płaska pustynia przecięta doskonałymi drogami, z ludnością skoncentrowaną w kilku wielkich aglomeracjach, jest wymarzonym przez wojskowych poligonem do "blitzkriegu". Po czwarte - wreszcie Saddam Husajn nie był, z uzasadnionych powodów - umiejętnie podkoloryzowanych i wyolbrzymionych przez zachodnią propagandę-lubiany przez nikogo. Więc agresja ta musiała zostać zrealizowana. Formalne uzasadnieni najazdu nie potwierdziło się, bo, mimo tytanicznych wysiłków wywiad amerykańskiego, broni masowego rażenia nie znaleziono, a niechęć Irakijczyków do Husajna nie była większa niż do amerykańskich najeźdźców. Jednak, jak zawsze, ten miał rację, kto miał silniejsze bataliony /Fryderyk Wielki Pruski/. Więc Rada Bezpieczeństwa ONZ amerykańską okupację Iraku zatwierdziła. Irak został nie tylko podbity, został także "zlikwidowany" jako silne, łacińskie państwo. Na jego gruzach Amerykanie chcą powołać całkiem nowy twór państwowy-taki, który nie przeszkodzi międzynarodowym korporacjom w eksploatacji irackiej ropy. A więc zapewne luźną federację szyitów, sunnitów, Kurdów, Asyryjczyków itp. - wzajemnie zwalczających się, bez silnego centralnego rządu i armii. Takiemu państwu nie jest potrzebne ani wspaniałe Muzeum Narodowe, ani naukowe biblioteki. Amerykanie więc pozwolili na ich rozgrabienie, pilnie zabezpieczając irackie Ministerstwo Nafty i pola naftowe.
Wszystko wskazuje na to, że bliskowschodnia krucjata Busha nie skończy się na Iraku. Amerykanom szkoda zgromadzonego astronomicznym kosztem 100 miliardów dolarów potencjału militarnego nad Zatoką Perską. Więc kto następny. Syria? Iran? - Chyba jednak Iran. 14-milionowa Syria, w kleszczach między Izraelem a Irakiem jest łatwym celem i może poczekać na swoją kolej. A podbój Iranu oddał by w ręce Amerykanów całość bliskowschodnich zasobów ropy naftowej. To wszystko można uzyskać ma pozór łatwo z minimalnymi stratami ludzkimi To kuszący miraż i łatwo ulec tej pokusie nie dostrzegając przesłoniętych jego urokiem Czterech Jeźdźców Apokalipsy.
Na marginesie dwie uwagi. Pierwsza - George Bush afiszuje się swoją religijnością, która nakazuje mu cywilizować i umoralniać barbarzyńców-nawet tych mających oparcie w pięciu tysiącach lat własne kultury i moralności. Jest to chyba religijność i moralność bliska mentalności krzyżowców sprzed tysiąca lat, którym głęboka religijność nie przeszkadzała mordować i rabować w Ziemi Świętej. Druga - Europę i świat ciężko doświadczyła w latach 30-tych i 40-tych XX wieku recydywa barbarzyńskiego średniowiecza w wydaniu faszystowskim i bolszewickim. Aż trudno uwierzyć, że mimo tej nauki już po sześćdziesięciu latach obserwujemy próbę powrotu do klasycznego kolonializmu.

Bezkarność ,,małych wojen" skłania polityków i wojskowych do traktowania ich jako doskonałego, niezastąpionego poligonu wypróbowywania nowych broni, materiałów, środków łączności, systemów logistycznych. Ostatnie wojny ,,do jednej bramki", w Jugosławii, Afganistanie, Iraku są tego dobitnym przykładem: czytamy o Iraku bombach niszczących środki łączności i energetykę i przebijających dziesięciometrowe warstwy zbrojonego betonu, o monstrualnych bombach rozrywających się tuż nad ziemią i niszczące wszystko w promieniu kilometrów. A także jako testu na sprawność propagandy, dezinformacji, kształtowania opinii publicznej, reakcji innych mocarstw.

    Ambitni politycy i generałowie znajdą zawsze łatwo istotne przyczyny uzasadniające agresję: przywracanie demokracji, ochrona dyskryminowanych mniejszości, zagrożenie istotnych interesów politycznych i ekonomicznych mocarstwa, zapobieżenie opanowaniu przez ,,barbarzyński" kraj nowych technologii zbrojeniowych, ochrona własnych obywateli zagrożonych przez ,,barbarzyńców". A interesy mocarstwa globalnego rozciągają się przecież na cały glob. Sekretarz stanu rządu prezydenta George’a Busha juniora, Collin Powell, przypomina mocno to, co mówili wcześniej sekretarze wszystkich powojennych administracji amerykańskich: ,,USA mają interesy w każdym zakątku świata". To nic, że interesy te rzadko są zbieżne z interesami krajów leżących w różnych zakątkach świata – interesy silniejszych zawsze były ważniejsze i ,,moralnie słuszniejsze", niż interesy słabszych. Stąd np. zbombardowanie siedziby przywódcy Libii, Muammara Kadafiego lub Saddama Husajna, to coś zupełnie innego niż nalot na Biały Dom w Waszyngtonie, zniszczenie World Trade Center, to coś zupełnie innego, niż zburzenie tysięcy lepianek w Afganistanie lub gmachów publicznych i mieszkalnych w Bagdadzie.

    W warunkach świata wielobiegunowego, przy względnej równowadze potencjałów ekonomicznych i wytyczonych dokładnie strefach wpływów wielkich mocarstw partnerzy wzajemnie kontrolują się a konflikty wybuchają tylko na dalekich peryferiach układów. W warunkach świata ,,jednobiegunowego" ambitni politycy i generałowie mają nieporównywalnie większą swobodę działania. Agresja NATO (a właściwie USA) przeciw Jugosławii, była niewątpliwie pierwszym, wielkim i wszechstronnym testem na sprawdzenie stopnia ograniczenia pozycji Rosji jako mocarstwa globalnego a nawet regionalnego. Ale nie tylko. Był to także test na wielu innych polach. Jak się sprawdzą w centrum Europy, i bezpośrednio w sąsiedztwie Rosji, metody stosowane dotychczas na peryferiach ,,cywilizacji zachodniej" – w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej: dezintegracja państw, łamanie siłą niewygodnych dla USA reżimów, otwieranie zbrojną ręką – przy wsparciu miejscowych sił opozycyjnych – rynków zbytu dla międzynarodowego kapitału, wykorzystywanie totalnej propagandy i dezinformacji jako istotnego, skutecznego środka agresji? Wojna przeciw Jugosławii, była dla USA i NATO także bardzo cennym testem sprawdzającym stopień możliwości manipulowania opiniotwórczymi kręgami Europy. Jak zawsze cenne były też doświadczenia w zakresie praktycznego stosowania nowych broni. Tu po raz pierwszy w Europie użyto w skali strategicznej bomb i pocisków uranowych, mających na celu paraliżowanie przesyłki energii elektrycznej na terytorium wroga i skuteczne zwalczanie broni pancernej. Z powodzeniem: 31 tysięcy wystrzelonych pocisków uranowych spełniło swój cel. Wprawdzie później okazało się, obsługujący tę broń żołnierze NATO prawdopodobnie ponieśli uszczerbek na zdrowiu (najpierw kłopoty z koncentracją, bólami głowy, bezsennością, później białaczka i śmierć), ale to ,,drobiazgi". Zapewne bomby uranowe przyniosły niepomiernie większy uszczerbek zdrowiu Serbów i Albańczyków niż żołnierzy NATO – ale straty ludzkie tubylców kładzie się zawsze na zupełnie innej szali niż straty agresorów, nikt ich zresztą dokładnie nie wylicza. Dotychczas tak było w Wietnamie, Panamie, Iraku – teraz przeniesiono te praktyki do centrum Europy.

    Po pozytywnych dla USA doświadczeniach testu jugosłowiańskiego i irackiego, wszystko w świece, w tym i Europie stało się możliwe, bo na naszym niesłychanie zróżnicowanym etnicznie, religijnie, ekonomicznie i ideologicznie kontynencie o pretekst do interwencji nietrudno. Na niepokornej Białorusi łatwo można, przy niewielkiej pomocy logistycznej i finansowej ,,wolnego świata" wzniecić uzasadniony bunt dyskryminowanych Polaków, a kilka ofiar ,,bojowników o wolność" niezależne media z dziecinną łatwością zmieniają w barbarzyńskie masakry z tysiącami trupów ukazywanych dziesiątki razy dziennie z naturalistycznymi szczegółami. Podobnie łatwo o irredentę Węgrów na Słowacji czy w Rumunii. A gdyby ,,dyskryminowani" Niemcy na Opolszczyźnie zechcieli szerokiej autonomii? Niemcy we włoskim Tyrolu, Baskowie, Katalończycy i Galisyjczycy w Hiszpanii, Turcy w Bułgarii, itd., itd.

    Jugosłowiańska wojna potwierdziła, że świat znajduje się obecnie w bardzo niebezpiecznej sytuacji jednobiegunowości, przy zdecydowanej przewadze militarnej i ekonomicznej USA. Na szczęście jednobiegunowość ta nie jest jednak jeszcze absolutna i chyba będzie zjawiskiem nietrwałym.

    Na Dalekim Wschodzie szybko kształtuje się ośrodek globalny w rejonie północno-wschodniej Azji (Chiny, Japonia, Korea) o olbrzymich potencjalnych możliwościach ekonomicznych, militarnych i demograficznych. Już w najbliższych dziesięcioleciach  zdystansuje on zdecydowanie USA. Samodzielnym biegunem politycznym i militarnym stanie się też zapewne niedługo zjednoczona Europa (zachodnia, południowa i środkowa), której łączny potencjał ekonomiczny już obecnie przekracza amerykański. A wcale nie wszyscy Europejczycy zachwyceni są kowbojskimi praktykami polityczno-militarnymi Amerykanów. Za wcześnie chyba też opublikowano nekrologi dla mocarstwowości Rosji. Rosja, dopóki dysponuje olbrzymim potencjałem terytorialnym i surowcowym, musi być mocarstwem globalnym. – Stąd marzenia Zachodu o destabilizacji tego kraju, podziale go na wiele słabych państewek. Można zrozumieć marzenia Zbigniewa Brzezińskiego, patrioty amerykańskiego i polityka, który swój niepośledni talent i mrówczą pracowitość, poświęcił współtworzeniu imperialnej wielkości Ameryki: ,,Aby – na wzór Niemiec – odkupić własne historyczne grzechy, Rosja będzie musiała raz na zawsze skończyć ze swoją imperialistyczną przeszłością" (oczywiście trochę pechowemu doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji prezydenta Cartera nawet na myśl nie przychodzi, że USA powinny też ,,raz na zawsze skończyć ze swoją imperialistyczną przeszłością"). Raczej powinniśmy wierzyć George’owi Szamuely’emu: ,,Rosja jak mówią nam eksperci, musi zaniechać swych imperialistycznych ambicji. Oznacza to, że Rosjanie powinni przestać się łudzić naiwną nadzieją, że są w stanie bronić swego kraju przed Stanami Zjednoczonymi. Powinni pogodzić się z pozycją ogromnej Holandii – bezwolnej i bez znaczenia. Miejmy nadzieję, że Rosjanie zignorują te rady. W grę wchodzi tu coś więcej niż tylko bezpieczeństwo Rosji. Wiele krajów na świecie spogląda dziś na Rosję jak na jedyną barierę przed globalną tyranią Stanów Zjednoczonych. Jedynie istnienie konkurencyjnego supermocarstwa może sprawić, że małe kraje będą mogły w jakiejś mierze cieszyć się swoją niepodległością" (,,Gdy narody się zderzają", ,,Forum" 23.IX.2000r.).

    Krzepną też mocarstwa regionalne, nie mające wprawdzie ambicji globalnych, ale strzegące swej niezależności i sfer wpływów w pobliskich regionach (Indie, Brazylia, Argentyna, Iran, być może także Meksyk).

    Zagrożenia wynikające z jednobiegunowości dostrzegają nawet najbliżsi sojusznicy USA. Oto głos z Wielkiej Brytanii: ,,NATO (...) pretenduje dziś do roli nie tylko globalnego żandarma, lecz również globalnego sędziego, ławy przysięgłych i kata – do wszystkich tych ról jednocześnie. Koniec zimnej wojny wymaga od nas nowego spojrzenia na świat (...) nowe globalistyczne aspiracje NATO są bowiem aspektem amerykańskiej geopolityki (...) W takiej polityce nie ma miejsca (dla Wielkiej Brytanii – J.B.) na członkostwo w nowym NATO". ,,NATO przestało być przymierzem obronnym, jakim miało być zgodnie z intencją jego założycieli, i stało się zamiast tego organizacją agresywną, prowadzącą krucjaty (...) Zwykła prawda nie może stawać na drodze ,,moralnej prawdy". Jednym z szokujących aspektów wojny o Kosowo było ujawnienie, już po jej zakończeniu, stopnia nieuczciwości, potrzebnej, by rozpocząć tę wojnę i podtrzymywać poparcie dla niej ze strony opinii publicznej. Pojawiły się wątpliwości, czy masakra w Raczaku, której użyto do wzburzenia opinii publicznej na Zachodzie przeciwko Jugosławii, tuż przed interwencją NATO, miała w ogóle miejsce. Wykazano już, że serbski plan pozbycia się ludności albańskiej z Kosowa, tzw. ,,Operacja Podkowa" w ogóle nie istniał. Cyniczny atak na osoby cywilne, zatrudnione w gmachu państwowej telewizji w Belgradzie, pokazał wielu ludziom poziom, do jakiego zniżyło się nowe NATO (...). Nowe NATO zmieniło nie tylko zasady traktowania wroga – ono również zmieniło zasady traktowania prawdy". (Andrew T. Fear ,,Czy czas powiedzieć" good-bye?", ,,The Salisbury Review", XII.2000r.).

    Że jednobiegunowość polityczna świata z dominacją USA jest zjawiskiem przejściowym i raczej krótkotrwałym, dostrzegają sami Amerykanie. Oczywiście ani generałowie ani politolodzy i propagandziści typu Zbigniewa Brzezińskiego, lub Jana Nowaka-Jeziorańskiego, których cała kariera była związana z dążeniem do dominacji USA. Oto opinia bardziej miarodajna: ,,Unia Europejska i Chiny będą najważniejszymi aktorami na scenie geopolitycznej. We właściwym czasie Rosja powróci do czołówki, a Indie mogą się stać wpływowym państwem. Długoterminowa tendencja jest zdecydowanie skierowana na wyrównywanie sił pomiędzy głównymi potęgami i zmniejszenie dominacji USA, których względna potęga osłabnie. USA już nie chcą kierować całym światem, a cały świat coraz mniej cierpliwie znosiłby próby takiego kierownictwa". Mówi to bez osłonek niekwestionowany autorytet – Samuel P. Huntington, profesor i dyrektor Instytutu Studiów Strategicznych Uniwersytetu Harvarda w rozmowie z Nathanem Gardelsem (wg ,,Gazety Wyborczej" z 10-11 lutego 2001r.).

    Prawdopodobnie więc nie później niż w połowie XXI wieku, ale zapewne szybciej, świat – i siebie nawzajem – kontrolować będą trzy ośrodki o podobnym potencjale (Chiny, USA, Unia Europejska) – w mniej lub więcej przyjaznej współpracy z jednym submocarstwem globalnym (Rosja) i 4-5 mocarstwami regionalnymi. I będzie to chyba świat bezpieczniejszy niż obecnie. Problem tylko w tym, by świat dotrwał do połowy XXI wieku ...

    To chyba dobrze, że USA nie są i raczej nie mają szans stać się globalnym Rzymem XXI stulecia. Monopol zawsze prowadzi do wynaturzeń – ale nie tylko w tym rzecz. Stany Zjednoczone są wspaniałym państwem i wspaniałym społeczeństwem, ale państwem i społeczeństwem ciągle bardzo młodym, kształtującym się, dalekim od ostatecznej stabilizacji. Prawie wszystko w tym kraju jest bardzo młode: globalny potencjał, globalne ambicje, demokracja i prawa człowieka. Wprawdzie od samego początku USA były kolebką demokracji – ale demokracji i praw na miarę końca XVIII wieku. Nie wolno zapominać, że większość dziadków obywateli tego kraju nie uważała Indian i innych dzikusów za pełnowartościowych ludzi, a większość ich ojców miała istotne obiekcje przeciw faktycznemu równouprawnieniu Murzynów, Latynosów, Żydów, katolików, itd. Dzisiejsi władcy tego państwa jako młodzi komandosi pacyfikowali Wietnam, Panamę, Dominikanę, a ich synowie z podniebnych wyżyn niszczą Serbów, Afgańczyków, czy też Irakijczyków – z równym zapałem i determinacją jak ich dziadowie i pradziadowie Indian. – Dla przeciętnego Amerykanina ciągłe życie ,,tubylca" nie jest równie cenne jak życie chłopca z Ohio, a jedyne liczące się argumenty moralne to siła i pieniądz. Nie byłoby dobrze, gdyby te amerykańskie ideały i argumenty do końca zdominowały świat. – Faktycznie kraj ten do dziś ściśle realizuje w polityce zagranicznej prostą ale skuteczną receptę prezydenta Teodora Roosevelta z 1901 roku: ,,Mów łagodnie i mniej przy sobie gruby kij a zajdziesz daleko".

    Powinniśmy więc podziwiać kształtowanie się wspaniałej tolerancji wielorasowego społeczeństwa w USA, ale też odnosić się nie tylko z humorem ale i najgłębszą nieufnością do enuncjacji w stylu: ,,Nasz naród jest wybrany przez Boga i wyznaczony przez historię do służenia światu za wzór" (Joseph Liebermann – kandydat Demokratów na wiceprezydenta USA w wyborach 2000 r.).

    Bezkarne tłamszenie słabszych, wszelkich inaczej patrzących na świat, przez ,,naród wybrany przez Boga i historię", to nie jedyne bezpośrednie zagrożenie związane z absolutną jednobiegunowością świata. Bo w warunkach, gdy starcie racji na jakimkolwiek otwartym polu – prawnym, ekonomicznym, militarnym – nie jest możliwe, jedyną bronią słabszych staje się terror – nie tylko ze strony organizacji ekstremistycznych. Zaś postęp technologii, łatwość produkcji środków zniszczenia, triumfujące prawa wolnego rynku, zapewniające każdemu dysponującemu odpowiednimi funduszami dostęp do każdej właściwie broni, służy nie tylko mocarstwom. Także ,,terroryści" mają nieograniczone i bardzo kuszące możliwości. Jeśli polityka USA nie ulegnie radykalnym przekształceniom – a nic nie wskazuje na to by mogło to nastąpić w najbliższym czasie, świat czekają zapewne ciężkie doświadczenia. World Trade Center to tylko przedsmak możliwych wydarzeń. Terroryści nie mogą wygrać z USA w polu, ale mogą destabilizować gospodarkę i zastraszyć społeczność krajów bogatych. A wtedy wszystko jest możliwe.

    Aby wyczerpać problem polityczno- militarnych zagrożeń przyszłości, trzeba przypomnieć, że ciągle wisi nad ludzkością, jak miecz Damoklesa, apokalipsa ,,przypadkowej" wojny nuklearnej – wywołanej przez awarię techniczną, pomyłkę obsługi, lub świadome działanie fanatyka a nawet zwykłego szaleńca dysponującego dojściem do ,,nuklearnego guzika". Fanatyków i szaleńców, marzących o zdobyciu świata lub narzuceniu światu jedynie słusznego porządku społecznego lub religii, nigdy nie brakowało, ale dotychczas nie dysponowali oni tak potężnymi i sprawnymi narzędziami niszczenia jak obecnie.

    Miejmy nadzieję, że nim do totalnej katastrofy dojdzie, ludzkość znajdzie skuteczny sposób kontroli zbrojeń i ... wojskowych. A przede wszystkim kontroli globalnego kapitału generującego samobójcze procesy świata. Choć prawdę mówiąc, bardziej prawdopodobnie jest wynalezienie nowej generacji broni, jeszcze bardziej niszczycielskiej niż nuklearna.