Marian Osada - MOJE CHŁOPIĘCE PRZEŻYCIA

Mija siedemdziesiąty drugi rok od realizacji hitlerowskiego planu „Barbarossa", w którym mój rodzinny Przemyśl grał rolę główną.
Ta rola Przemyśla w tym planie hitlerowskim była oczywista, ponieważ „połknięcie" wschodniej (rosyjskiej) części miasta stanowiło sprawę kluczową. Po prostu resztki dawnej przemyskiej twierdzy musiały być do końca unicestwione.
Strategiczny plan „Barbarossa" był skrupulatnie przygotowywany na zapleczu zachodniej części miasta (niemieckiej), a ściślej mówiąc w rejonie Karpat, a nawet poza granicami Generalnego Gubernatorstwa. Przygotowano do działań bojowych 120 dywizji (w tym 17 pancernych i 12 zmotoryzowanych). Ponadto w pogotowiu czekało 50 dywizji piechoty węgierskiej, rumuńskiej, słowackiej, włoskiej i fińskiej.
Na inwazję czekało również 3 tysiące czołgów, a na dalszym zapleczu niemieckim 2270 samolotów bojowych.
Siły niemieckie podzielone były na 3 grupy armii. Ich zadaniem było szybkie natarcie i otoczenie dużych związków taktycznych i operacyjnych ZSRR. Zdobycie wschodniej części Przemyśla i zajęcie okolicznych miejscowości było pierwszym zadaniem zgromadzonych sił hitlerowskich.
Przygotowania niemieckie sięgały po wypróbowane sposoby również z I wojny światowej, kiedy to korzystano z usług ukraińskich w zamian za obietnice stworzenia samodzielnego państwa ukraińskiego i ukraińskich oddziałów „SS", co rzeczywiście było realizowane w latach 1941 – 1944 w ramach kolaboracji nacjonalistów ukraińskich w walkach z Polakami.
Adolf Hitler przy pomocy znakomitych służb meteorologicznych przewidział dość dokładnie stan pogody na okres czerwca 1941 roku. Po tym prozaicznym wstępie rozpoczyna się moje opowiadanie oparte głównie o chłopięce wspomnienia.
Władza radziecka być może przewidując jakieś działania wojskowe w granicznym Przemyślu postanowiła zakończyć rok szkolny w pierwszych dniach czerwca.
21 czerwca dzień był słoneczny i wszyscy korzystaliśmy z pięknej pogody opalając nasze chude ciała. Wieczór zapadał, jak we wzorcowej powieści lub filmie, który kończył piękny zachód słońca nad przemyskim Zasaniem. Nadeszła rozgwieżdżona noc. Stałem wpatrzony w to cudo natury. Z tego zauroczenia wezwał mnie do domu głos mamy zalecający przygotowanie do snu.
Jeszcze raz spojrzałem na ten piękny nieboskłon i wszedłem do mieszkania gdzie na tzw. „stryszku" ulokowane było moje „harcerskie łoże". Głaszcząc mojego kota, który wgramolił się na moje łóżko zasnąłem wraz z jego mruczeniem. Jeszcze przez sen słyszałem, że obok naszego kolejarskiego domu przejechał ciężki z pociąg cysternami benzynowymi, które ZSRR w ramach umowy Ribbentrop-Mołotow przekazywał regularnie na stronę niemiecką. I był to właśnie historycznie ostatni taki pociąg. Dodać muszę, że Niemcy zachowując pozory normalnej współpracy do ostatnich minut odesłali lokomotywę z maszynistą na godzinę przed rozpoczęciem działań wojennych.
Krótka czerwcowa noc mijała i świt 22 czerwca pobłyskiwał słonecznymi promykami, kiedy nad naszą kamienicą przeleciała z groźnym pomrukiem eskadra niemieckich bombowców. Pierwszy akt napadu na ZSRR był rozpoczęty. Ten warkot niemieckich bombowców obudził wszystkich mieszkańców przy mojej ulicy Czarnieckiego i pewnie całej wschodniej części miasta.
Wszyscy wstaliśmy wcześniej i ok. godziny 6.30 byliśmy już w trakcie spożywania śniadania. Jednak coraz mocniejsze, coraz bliższe detonacje z dział artyleryjskich zmusiły nas do zejścia w lochy piwniczne. Kamienica jest po dzień dzisiejszy usytuowana kilka metrów od głównej linii kolejowej która, nadal przebiega pod tzw. Mostem Kamiennym i wpada na wielki most kolejowy nad Sanem. Jednym słowem byliśmy uwięzieni przy głównym węźle strategicznym. Z minuty na minutę coraz więcej lokatorów schodziło po krzywych schodach w tą piwniczną otchłań, która miała być „naszą tarczą" przeciwko nawale artyleryjskiej. A ilość i wielkość pocisków rosła z każdą chwilą.
Korytarze piwniczne były już wypełnione ludźmi, wśród których stali oficerowie rosyjscy czy jak kto woli radzieccy. Pytaliśmy dlaczego nie walczą z Niemcami? Odpowiedzieli krótko. „Batko" Stalin nie dał rozkazu.
Po prostu, jak później się okazało to ich „bracia" Ukraińcy kilka godzin wcześniej, pewnie w nocy, zdemolowali centralę telefoniczną na dworcu kolejowym i w urzędzie pocztowym.
To właśnie uniemożliwiło połączenie się ze Lwowem i dalej z Moskwą. Tymczasem nawała artyleryjska rosła z minuty na minutę. Stojąca obok mnie sąsiadka rozpoczęła głośną modlitwę „Pod Twoją Obronę, uciekamy się Święta Bożą Rodzicielko… gdy przed okienkiem piwnicznym gruchnął pocisk i wyleciały szyby. Sąsiadka obok mnie jeszcze mocniejszym głosem, chcąc przebić się ponad odgłosy dział, dalej kontynuowała modlitwę… naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych… teraz spadły na domy dalsze pociski i zgasły świeczki. Ojciec mój przeszedł jakby wiedziony intuicją spod jednej ściany, stanowiącej fundament kominowy, z którego wydobyły się sadze, pod przeciwną ścianę. Sąsiadka podjęła znowu modlitwę od słów… ale od wszelakich złych przygód racz nasz zawsze wybawiać Panno chwalebna i błogosławiona. Chór ponad trzydziestu głosów wtórował drżącymi słowami kiedy w ścianę, przed którą kilka sekund temu stał mój ojciec, rąbnął pocisk a z muru wydobył się gaz. Zasłaniając twarze przed sypiącym się gruzem, wszyscy upadli na kolana a sąsiadka z płaczem mówiła: „O Pani nasza! Orędowniczko nasza! Pośredniczko nasza! Pocieszycielko nasza! … i w tym momencie runęła część sklepienia, a wszyscy zasypani gruzem ruszyli poprzez zwały węgla do okienek poszczególnych piwniczek, których to okienka już powyrywała detonacja pocisków artyleryjskich. Każdy z nas kto doczołgał się do piwnicznego okienka, łapał chciwie powietrze, bo usta miał pełne gruzu a w płucach gaz z pocisków zapalających. Oczom naszym ukazała się płonąca ulica Czarnieckiego.
Przebiegając przed frontem domu spojrzeliśmy na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, umieszczony tu w specjalnej wnęce na pierwszym piętrze. Był ocalony.
Mała przerwa w ogniu artyleryjskim pozwoliła stwierdzić, że z naszego mieszkania zrobiła się mieszanina gruzów, szkła i pokawałkowanych mebli.  Kuchnia przestała istnieć. Część lokatorów wróciła do piwnic. My też. Nie było wyboru. Grad kul spadających za domem robił jeszcze gorsze wrażenie niż poprzednio. W piwnicy oficerów rosyjskich już nie było. Zniknęli.
Natomiast wybuchy coraz częstsze spowodowały, że tym razem podjęto modlitwę od słów: Zdrowaś Mario… przerywaną kiedy na dom spadała kolejna seria grantów i kul. Znowu minuty wydawały się wiekami i wszyscy żegnali się ze sobą i życiem, kiedy walił się kolejny fragment domu.
Około godziny 11-tej nastała cisza. My również staliśmy w milczeniu z trwogą oczekując na koniec świata.
Nagle w ciemnym, zawalonym otworze nad schodami piwnicznymi zamajaczyła sylwetka żołnierza hitlerowskiego w hełmie z erkaemem w rękach i skrzyżowanymi na piersi taśmami kul karabinowych. Postać ta ryknęła w naszą stronę: Heraus! Heraus! Ktoś powiedział, że musimy wychodzić! Więc po wyłamanych schodach zaczęliśmy wdrapywać się na parter. Każdemu wychodzącemu z piwnicy ten „człowiek z żelaza" ryczał do ucha: Raus! Raus!
Przeprowadzono nas przez fragment miasta, które płonęło i dymiło aż do placu w rejonie ulicy Kazimierzowskiej. Tu oświadczono nam, po przetłumaczeniu na język polski, że wszyscy mamy wynosić się z miasta, ponieważ tu będą trwały walki uliczne.
Mój ojciec w okresie pokojowym uważany za człowieka nerwowego – teraz był opanowany. Widocznie wróciły doświadczenia z pierwszej wojny światowej. Przeszliśmy z ojcem do tzw. Kapituły Ruskiej, położonej na południowym wzgórzu, nieopodal katedry grecko-katolickiej (obecnie znowu kościół oo Karmelitów). Były tam rzeczywiście potężne mury o grubości do dwóch metrów. Tam siedzieliśmy na gołych posadzkach, jak zresztą wiele innych rodzin. Tymczasem ojciec po nawiązaniu kontaktu z mieszkającym w pobliżu organistą katedralnym i poleceniu nas jego opiece, udał się w drogę powrotną do naszego rozwalonego mieszkania przy ulicy Czarnieckiego. I rzeczywiście powód był słuszny, ponieważ tam już pojawiali się złodziejaszki penetrujący rozbite lokale.
Przez parę dni wysłuchiwaliśmy serie wybuchów z różnego rodzaju dział i moździerzy oraz wybuchy granatów ręcznych co sugerowało, że toczą się walki uliczne i walki wręcz. Czwartego lub piątego dnia, kiedy myśleliśmy, że ojciec już nie żyje, zjawił się nagle, jak duch. Był zarośnięty i wymizerowany. Przyniósł nam woreczek kaszy, cukier i kawę.
Jednak w końcu i tu dotarli żołnierze, ale tym razem rosyjscy, którzy twierdzili, że są to ostatnie chwile obrony miasta i wszyscy musimy przenieść się za miasto. Tym razem odbyliśmy długą wędrówkę na wschodnie rubieże Przemyśla. Wędrując teraz przez wiele ulic Przemyśla mogliśmy zobaczyć jakie zniszczenia poczyniła niemiecka nawała artyleryjska, wielokrotnie powtarzana i na różnych kierunkach. Całe ulice zasłane gruzem i szkłem, płonęły i dymiły. 40% zabudowy miejskiej było w gruzach. Po paru godzinach przeszliśmy okolice Bakończyc, dalej przez Przekopaną aż do okolic Hurka.
Po tygodniowych walkach miasto było opanowane przez oddziały Wehrmachtu. Przemyśl przemierzały teraz olbrzymie kolumny samochodów. Przewoziły one na wschód tysiące żołnierzy niemieckich po wykonaniu na Sanie w okolicy ulicy Wodnej drewnianego mostu.
Pierwszy etap hitlerowskiego planu „Barbarossa" został zrealizowany m. in. Przez Grupę Armii „Południe". Na jej czele stał feldmarszałek Gerd Von Rundstedt.
Po paru następnych dniach wróciliśmy na nasze domowe gruzowisko odtwarzając powoli coś co miało być gospodarstwem domowym.