Paweł Michał Wiśniewski - „Poza siecią też można mieć swój profil"

Facebook,  portal społecznościowy, który swoim zasięgiem obejmuję coraz to większe zasoby ludzkie każdą, niemal, dziedzinę życia. Miliony sylwetek, twarzy, posiadających loginy i hasła myślą, że są, że się znają, pod parasolem kliknięć i stuknięć klawiaturą. Tak jednak nie jest. Perspektywa podobnego rozumowania, pomału, wymyka się z ram codziennej znajomości człowieka, rozmową na żywo, oko w oko, bez ukrytych myśli, słów, bez anonimowości. Stwierdzenie, iż Facebook jest w dzisiejszym świecie potrzebny, gdyż niejako łączy wiele pokoleń ludzkich jest błędne. Pomyślmy przez chwilę. W dawnych czasach, w „erze przed komputerowej", nie było czegoś takiego jak Facebook, a ludziom żyło się całkiem nieźle. Sąsiedzka przyjaźń, okazywana niekiedy w dość niekonwencjonalny sposób, przechodziła z dziada na wnuka. Nie był potrzebny ekran komputera, tabletu, smattfonu, aby porozmawiać o rzeczach ważnych jak i zupełnie błahych.


Na szczęście jest jeszcze w świecie kilka, czy kilkanaście osób, które wyznają zasadę face to face. Jednym z nich jest Laureat Nagrody Literackiej NIKE 2012 Marek Bieńczyk. Autor urodzony w 1956 roku, twórca Kronik wina sam piszę na okładce książki motto, niejako łączące w sobie, całokształt zbioru esejów: „Poza siecią też można mieć swój profil".  Dalej, w pierwszych słowach wstępu do Książki twarzy, zatytułowanym Vita brevis czytamy następujące zdania: „Pisz, ale też trochę żyj. Pisz, ale nie zapomnij o życiu, tak szybko mija. Pisz, lecz korzystaj z życia, nie warto go tracić".  Zawarta myśli ma skłonić czytelnika, pisarza, przyszłego twórcę literatury nie tylko do samego jej tworzenia, gdyż jest to ważne, ale też do życia, spływów kajakowych, spotkań z przyjaciółmi, podróżowania


Książka twarzy jest nie tylko książka twarzy samego Marka Bieńczyka, wręcz przeciwnie. Odnaleźć w niej można portrety młodzieńczych idoli, jak Winetou, czy Deyna, ale też obrazy całych społeczności. Doskonale zobrazowane zachowania mieszkańców, drugiej co do wielkości prowincji Kanady, Quebec, różnorodność kulturowa, językowa. Ale nie to jest głównym tematem rozdziału poświęconego Quebek, lecz spotkanie z Lakisem, greckim przyjacielem, żalącym się na to, iż nie może palić w miejscach publicznych. Tak samo obcym w Kanadzie, jak autor Melancholii.   
Publikacja podzielona na części rozdzielające określone sekcje życia, składające się na spójną całość, nie ujmującą nic z kawałków narracji. Marek Bieńczyk roztacza przed czytelnikiem obraz istnienia, jako człowieka. Młodzieńcza naiwność, mecze piłki nożnej, bezgraniczna miłość syn – ojciec, wyrozumiała na starość, wierne kibicowanie Gwardii Warszawa (nie Legii), gdyż Legia była klubem niedostępnym dla „małego Indianina", fascynacja Andrea Agasim, którego opisuje następującą frazą „Umarł, pożegnał się i poszedł do szatni" Ostatni z wielkich tenisistów umiera, a wraz z nim umiera cząstka pisarza.  
Warto by w tym miejscu wrócić na chwilę do postaci ojca eseisty. Jest on drogowskazem, osobistym ochroniarzem młodzieńca, przy którym nie musi się niczego obawiać, żadne niebezpieczeństwo mu nie grozi. Jest także najlepszym przyjacielem, znawcą sportu, po prostu człowiekiem, ze wszystkimi wadami i zaletami. W książce odnaleźć można wiele opisów ojca. Poniżej przytaczam kilka z nich:

(…) Ojciec wkraczając do sportowej ciszy, uciekał pewnie z domu, z pracy, z małżeństwa, a może i z kraju, wracał do wspomnień sprzed wojny, okazywał wierność dzieciństwu, zapewniając przy okazji synowi rozrywkę i wykonując ojcowski obowiązek, spędzając z nim wspólnie tyle, a nawet więcej czasu, niż dobry ojciec, z synem spędzać powinie.

(…) Rzucałem się: ojciec mówił: nie musisz się aż tak poświęcać.

(…) On i ja. Matka machinalnie robi kolacje, robi kanapki i stawia je na taborecie przed nami, smakują jak nigdy, on i ja w pokoju, w dwóch fotelach, przytulonych do siebie, motocykl z przyczepką, on i ja, zrywających się na baczność, gdy rozlega się polski hymn, choć nikogo wokół nie ma i nikt nas nie widzi, nie dzieli z nami


wzniosłości, po jakimś świętym naszym duchem ze wspólnej emanacji.        


Najistotniejszy, dla charakterystyki ojca pisarza, jest ostatni z przytoczonych fragmentów. Słychać w nim nie tylko brzmienie ojcowsko-synowskiej przyjaźni, niekiedy ważniejszej od tej z kolegami z podwórka, ale także bezwarunkowego patriotyzmu, bez względu na miejsce, w jakim się znajdujemy.  
Płynność z jaką Bieńczyk przeprowadza czytelnika poprzez kolejne strony tekstu jest niebywała. Piszę o sporcie, o doznaniach wieku dziecięcego, wczesnej młodości, a za chwilę rozważa kontekst melancholijnych wampirów w literaturze. Jest miłośnikiem piękna, obrazy Adama Patrzyka, czy panoramę Nicei, ale również biegłym erudytą. Przejawia się to między innymi w szkicach poświęconych wielkim światowym poetom, takich jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, pisarzy światowej klasy (Wiktor Hugo, Francis-Rene de Chateoubriland). Bieńczyk w swych interpretacjach posuwa się dalej, skupiając swoją uwagę nie tylko na rysie historycznym, biograficznym omawianego tematu, ale także, przypuszczalnie dla samego autora ważniejszym, rysie osobowościowym. Relacji międzyludzkich wynikających z braku, lub nadmiaru sławy. Należy stwierdzić, iż nie jest to wyłącznie kwestia osobistego podejścia Marka Bieńczyka do przedmiotu badań, lecz po prostu dowiedzenie się jak największej ilości informacji, poznanie „bliskich nieznajomych".    
Ciekawostką, poruszaną w niewielu esejach, jest omówienie perfum Angel. Pierwsze zetknięcie, wywołuje u młodego Bieńczyka, efekt ekstazy, przypominający pierwsze doznania na tym świecie. Wielokrotnie wraca do tego zapachu, narkotycznie wchłaniając jego woń, umożliwiając przepływ po całym ciele, jak najwięcej, jak najmocniej. Opisując niebiańskość zapachu zrzuca w przepaść inne sportowe-codzienne perfumy, tak dzisiaj promowane przez koncerny perfumiarskie. Błękitny flakonik, w którym znajduje się ukochany aromat ma dodatkowo podkreślać jego niezwykłość.