Ariana Nagórska - Słodkie życie

Pewnego dnia Melisanda z umiarkowaną premedytacją odwiedziła Gochę. Kupiła torbę cukierków i spodziewała się, że łakoma na słodycze Gocha postawi coś do picia. Jej premedytacja była jednak umiarkowana, gdyż na zbyt wiele nie liczyła, bo Gocha po sześćdziesiątce popadła w abstynencję. Kawę też pijała bezkofeinową, mimo to twierdząc, że ma po niej palpitacje serca. Jako że w swe palpitacje wsłuchiwała się non stop, przekonana była, że w równym stopniu szkodzi jej absolutnie wszystko. Dzięki temu nie było ryzyka, że zarzuci komuś, iż poczęstował ją czymś wyjątkowo szkodliwym, choć niejeden chętnie by to zrobił. Melisanda nie miała takich zamiarów. Z anielską cierpliwością swą demoniczną wiedzą oświecała niezdolną do wnikliwszych obserwacji Gochę w kwestiach skomplikowanych reakcji imprezujących organizmów.
          „Malaga, tiki-taki i kasztanki dla zdrowia mojej koleżanki!" – podśpiewywała Melisanda w progu, potrząsając przed nosem Gochy szeleszczącą torbą łakoci. – Dysponuję też Xenną na niestrawność codzienną! – dodała optymistycznie. – To dobrze – jęknęła Gocha – bo zaparcie murowane. – Żeby ten mur rozkruszyć, trzeba słodycze obficie popijać – zmierzała do sedna wizyty Melisanda, lecz Gocha zatarasowała rozłożystą rufą drzwi zabytkowego kredensu, wrzeszcząc z nagła jak wariatka: – Te pół litra mam dla hydraulika, który mi jutro naprawi spłuczkę! Nie dam ci ani kropli! Chcesz, to wyjdź i sobie kup, ale ja się nie dołożę, bo nie piję! – Przynajmniej Mentowal wypij, bo ciszę popołudniową sąsiadom zakłócasz! A skoro spłuczkę masz zepsutą, to ci gratis załatwię, byś się do jutra nie załatwiała. Zawiesinę ze Smecty zrobimy sobie na deser w niegazowanej „Kropli Beskidu". – A umiesz tak zrobić, by to nie smakowało jak cement? – Kwasku cytrynowego się doda z waniliowym cukrem. Nauka jednak w kapitalizmie kosztuje i więcej informacji nie podam bezpłatnie. Masz tu cukierki i katuj kruchy organizm na własne ryzyko. – A co będzie, jak zasłabnę? – O suchym pysku nawet tego nie zauważę – odpaliła Melisanda, aż Gochę odrzuciło. Po tym elektrowstrząsie znacznie jednak złagodniała. – Ja bym ci te pół litra nawet postawiła, ale boję się, że jutro nie będę w stanie pójść do sklepu po nową butelkę. – Przecież powiedziałaś, że nie pijesz! – Nie piję, ale po tych słodyczach mogę dostać tej…no…hiper…hibernacji cukrzycowej. Wtedy człowiek nawet nie pamięta, co robi. – Nie ma czego pamiętać, bo leży nieprzytomny – uściśliła Melisanda. – Naprawdę aż tak źle? No to stawiam ci tę wódkę, bylebyś tylko na mnie uważała. – Jeśli mam uważać, to wódka do tych cukierków jest akurat za mocna. Nie nakręca się zegarka ciosami siekiery. – No to chcesz może piwa? Wina? Nalewki wiśniowej? Bo śliwowica jest chyba nawet od tej zwykłej wódki mocniejsza? – Mocniejsza, ale odpowiednia smakowo. Zwłaszcza, gdy do niej zaparzysz herbatki „White Balance", którą sobie przyniosłam. Gocha zaczęła dygotać jak w febrze. – Bierz śliwowicę, ale tej herbatki nigdy ci w mym domu nie zaparzę! Skąd ją masz? – Z Tesco. – Nie kłam! Tesco to hipermarket familijny. Jak mogliby tam sprzedawać „Białą śmierć"? – Nie „White Death" tylko „White Balance", poliglotko. – Moim zdaniem balans to jeszcze gorzej jak śmierć! W każdym razie mogę zaparzyć tylko herbatę z dzikiej róży. – Nie zapominaj, że spłuczka nie działa! – Myślisz, że dzika róża powoduje biegunkę? – Raczej wymioty z racji nadkwasoty. – No to ja wcale nie muszę popijać. Biorę się za słodycze, a ty pij co chcesz i mnie obserwuj. Ale smakołyki przyniosłaś! Ptasie mleczko, michałki, trufle, krówki, toffi…do rana nie zasnę! Nawet nie wspomniałaś, że jest też mieszanka wedlowska, ale „Bajecznych" w niej nie widzę. – „Bajeczne", jak sama nazwa wskazuje, są przeznaczone dla mnie. Dopiero po ich zjedzeniu mam ochotę dzielić się mieszanką z bliźnimi – bez żenady wyjaśniła Melisanda. – A masz może te kolorowe drażetki, co to w reklamie telewizyjnej „Lecą w kulki"? – Mam, ale na później. Jak teraz „w kulki polecisz", to nie dasz rady degustować Wedla! – Oj, to dobrze, że mojego zdrowia zawsze pilnujesz. Chcesz może dla smaku trochę domowej nalewki wiśniowej do tej śliwowicy? – Dziękuję. To by od razu wymagało Ranigastu, a ten ogranicza wydzielanie soków żołądkowych, spowalniając tym samym wchłanianie śliwowicy do krwiobiegu. Lepiej przynieś z lodówki „Okocim", byle nie Strong. – Mam tylko „Okocim" Strong, bo hydraulik tak sobie zażyczył. Jakby nie był Strong, sama bym chętnie łyka spróbowała. – No to teraz przyda się twoja herbatka z dzikiej róży. Zaparz, to ci nią tego Stronga odpowiednio rozcieńczę. Przy okazji lekko się podgrzeje i będzie zdrowszy na twój żołądek. – Nie lepszy byłby sok malinowy? – Jak ci nim rozcieńczę, skoro jest gęściejszy od piwa?! – Faktycznie. Coś mi się chyba zaczyna od tych słodyczy mieszać. Nie sądzisz? – Właśnie pięć minut temu przyszła mi na myśl sentencja: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Od tego momentu z minuty na minutę sądzę coraz mniej – przyznała uczciwie Melisanda. – To dawaj szybko te cukierki, co to „lecą w kulki", bo potem zapomnisz, gdzie je masz. – Potoczyły się pod szafę. Jeśli masz orientację w przestrzeni, to poszukasz. – A wiesz, Melisanda, która jest godzina? –Orientować się w czasie też nie mam ambicji.
          Czas płynął niepostrzeżenie, aż rozległ się dzwonek. W drzwiach stał dziesięcioletni może syn hydraulika z ogromną torbą narzędzi. – Tata zachorował, ale mi kazał przynieść swoje narządy, bo sam za słaby, żeby je dźwigać. – A co mu się stało? – Nie pamięta. – Na pobudzenie pamięci trzeba mu dać lecytyny. – Mama mu lewatywy dawała, ale nie chciał. Dlatego mama pyta, czy macie Aspirynę? Melisanda roześmiała się sceptycznie: – To mu pomoże jak pogrzebanemu psu kadzidło. Podkręcimy tatę ekologicznie, bez chemii. Najpierw niech mu mama zaparzy „White Balance", to jest herbatka z płatkami bławatka. A jak podasz adres, to za godzinę przyniosę wam Melissen Geist (43%) na uspokojenie oraz Jägermeistera (35%) na ożywienie. Są to zdrowe preparaty ziołowe, po których mniej więcej za dwie godziny tata będzie mógł bez dolegliwości naprawić spłuczkę.
          Gdy chłopak poszedł, zostawiwszy adres, Melisanda pozbierała jeszcze po kątach kilka cukierków „lecących w kulki", jednego łaskawie zostawiła dla Gochy i skierowała się do wyjścia. Wtedy Gocha zaczęła przejmująco zawodzić: – To teraz tego ochlapusa niedbającego o zdrowie będziesz na nogi stawiać, a mnie półżywą porzucasz z jednym cukierkiem i zepsutą spłuczką?! – Nie histeryzuj, umierająca! Chłopak zostawił ci narzędzia, to po tym cukierku sama sobie spłuczkę naprawisz. A jak przyjdzie hydraulik,  zamiast częstować go wódką, zapłacisz mu kulturalnie za wizytę. Nawet pierwszej pomocy w razie czego będzie ci umiał udzielić po mojej edukacji.
          Po wyjściu mistrzyni zaniepokojona swymi palpitacjami Gocha nie miała nawet ochoty „lecieć w kulki". Wrzuciła ostatniego cukierka do muszli i nacisnęła feralną spłuczkę, wyzwalając falę uderzeniową, która wyniosła schorowaną kobiecinę na korytarz. Dzięki temu sąsiad rzucił się na pomoc i zatamował potop narzędziami wypłukanymi z leżącej na schodach torby. Gdy wody opadły, ujrzał pod wanną barwnego cukierka i nie oparł się pokusie. Gocha znów miała pecha, bo sąsiad zapatrzony we własne stopy siedział po turecku na dywanie tak długo, aż przyszedł ożywiony hydraulik, niosąc Biovital z rumem od Melisandy, od siebie zaś piwo „Harde", „Absolwenta" i Rieslinga, a dla pani domu torcik bezowy z truskawkami. Gdy panowie prosperowali coraz lepiej, Gocha zległa miotana czkawką i zgagą. Żyjąca zdrowo abstynentka czuła się jak meliniara. – Zuch dziewczyna, walnij klina! – darli się panowie w salonie, święcie przekonani, że dama pije z nimi. W końcu krzyki w salonie umilkły jak nożem uciął, więc i Gocha przysnęła mimo nadciśnienia. Nie cieszyła się jednak długo swym ożywczym letargiem, bo pod wieczór rozśpiewana Melisanda przyszła z żoną hydraulika i partnerką sąsiada. Panie ucieszyły się, że ich dżentelmeni śpią bezpiecznie pod gościnnym dachem, pozostawiwszy w dodatku na stole sporo dóbr konsumpcyjnych dla następnych imprezowiczów. Próżno Gocha liczyła na zainteresowanie koleżanek swymi palpitacjami. Żona hydraulika była tym tematem śmiertelnie znudzona, a partnerka sąsiada nie na żarty wkurzona. – Wyeliminuj czymkolwiek tę marudę, bo nam całą sjestę spartoli – namawiały zrelaksowaną Melisandę, która błyskawicznie zaordynowała dawkę ekstremalnie zdrowotną. – Masz tu podgrzany Doppel Herz w termosie i trzy pudła „Rafaello". W drugiej reklamówce znajdziesz ciśnieniomierz, glukometr i ołówek z notatnikiem. Zapisuj, a nie gadaj! Nie masz prawa czytać nam tego później, bo karta choroby podlega ochronie danych! Gocha chciała wrzasnąć, by nieliczący się z jej kruchym zdrowiem (czyli wszyscy) goście nareszcie się z  gościnnego domu wynieśli, lecz zaklajstrowała się na amen pochłanianymi chciwie bombami kalorycznymi „Rafaello", których działanie jęła badać glukometrem, popijając gorący Doppel Herz, co z kolei wymagało ciśnieniomierza. Zaabsorbowana obsługą podtrzymującej życie aparatury, coraz gorzej znosiła niemoc oratorską i pisarską.
           Brak publiczności śledzącej postępy jej chorób rozwścieczył  w końcu Gochę do tego stopnia, że  energicznie wtargnęła do salonu, pokazując na migi, że z gębą pełną słodyczy mówić o swym słabym zdrowiu nie może. W tym momencie sąsiad spojrzał na nią i nagle pobladły rzucił się do drzwi, krzycząc: – Uciekajcie i zacierajcie ślady, bo Gocha nam zmarła podczas libacji i na pewno wkroczy prokurator! – Jak to zmarła? Przecież gestykuluje całkiem żywo! – Cokolwiek by robiła, jeśli nie gada o swych chorobach, to znak, że nie żyje! Zaaplikowałaś jej, Melisanda, „złoty strzał". – No cóż, milczenie zawsze jest złotem – odparła filozoficznie mistrzyni. – Odmówmy Wieczny odpoczynek i spływajmy – szepnęła żona hydraulika budząc małżonka, a partnerka sąsiada chciała z blatu stołu ścierać odciski palców, lecz zrezygnowała, nie trafiwszy w obiekt. Sąsiad zdjął jej buty i (by nie zostawiać śladów) sam już w skarpetkach ewakuował się z nią do swego mieszkania. – Zapaść i entropia w jednym – oceniła sytuację Melisanda i poszła sobie w siną dal. Gocha czując, że głos jej wraca i zaraz będzie mogła o swych chorobach mówić, usiłowała bezskutecznie zatrzymać towarzystwo. Na chwilę odważył się wrócić jedynie hydraulik, ale wcale nie po narzędzia, tylko „z ostatnią posługą". Na głowę miotającej się Gochy wciągnął znienacka czarny worek i uciekł.
          Rozpacz Gochy, że mimo sprawnego już organu głosowego  nie ma do kogo gadać o swym słabym zdrowiu, nie trwała jednak długo, bo w drzwiach stanęli policjanci. – Otrzymaliśmy anonimowy telefon, że w tym mieszkaniu nastąpił zgon. Ślady libacji widać wszędzie, proszę więc wyjaśnić, w jakich okolicznościach zmarła właścicielka mieszkania, Małgorzata Delikat. Podejrzewamy przedawkowanie alkoholu lub narkotyków.  – Małgorzata Delikat to właśnie ja! – No więc się wszystko zgadza. –  Jak to, się zgadza?! Moje słabe zdrowie wyklucza korzystanie z jakichkolwiek używek! Sami widzicie, że jestem trzeźwa, choć zmęczona! – Tak mówi każdy nałogowiec, dopóki nie umrze. – Czy w ogóle zdołałabym mówić, gdybym zmarła? – Uprzedzono nas, że przez całe życie była pani na pół nieżywa, po śmierci więc na pewno spróbuje czynić na odwrót. – Takich bzdetów mogła wam nawrzucać tylko ta popieprzona odlotówa! – Proszę uszanować majestat swej śmierci i nie używać wulgarnego slangu. – Dajcie mi panowie jakieś Relanium, bo naprawdę zejdę! – To obraza munduru. Nie jesteśmy dealerami. Niech się pani położy i cierpliwie czeka. Wkrótce przyjedzie limuzyna z zakładu pogrzebowego. Policjanci zasalutowali i wyszli, a Gocha zasiadła przed lustrem, by zrobić sobie ostatni makijaż. Wtedy zadzwonił telefon i usłyszała rozbawiony głos Melisandy: – Cześć terminalna! Kiedy masz termin pogrzebu? – Nie życzę sobie twojej obecności nad grobem! – Wcale się tam nie wybieram. Zdrowo żyłaś, więc do zmartwychwstania wiele nie potrzebujesz, dlatego wskrzeszę cię na odległość, by uniknąć zbędnej sensacji. Dostaniesz taki napęd, że klnąc swe końskie zdrowie ponad sto lat pożyjesz, stanowiąc dla otoczenia klęskę żywiołową.
          Gdy nadjechał karawan, Gocha zaprosiła poważnych panów do salonu i częstując herbatką z dzikiej róży, rzekła: – Mam delikatny organizm skłonny do przeziębień, nie mogę więc spoczywać w lodówce, bo z zimna nie zasnę. Bezsenność zaś może spowodować, że przez cały pogrzeb będę nie do życia. Proszę też o kaftan bezpieczeństwa i ochronę osobistą, bym w momencie wskrzeszenia nie potłukła się lub nie wpadła pod samochód. Zdrowo żyłam, więc wiele do zmartwychwstania nie potrzebuję, ale Melisanda nie przywykła się ograniczać i na pewno ożywi mnie za bardzo. – Proszę pani, zwłoki da się ożywić, gdy są w letargu, a nie w rozkładzie! W pani przypadku nie pomoże nawet Melisanda! – Jestem taka, jak byłam zawsze. Jeśli pan twierdzi, że to rozkład, nie będę się spierać, jednak zapewniam, że Melisanda każdy rozkład potrafi jeszcze bardziej rozłożyć, ale też i złożyć zupełnie na nowo. Tyle że ja nie chcę nic na nowo, tylko dokładnie tak, jak czułam się zawsze, czyli bardzo źle! Muszą panowie wiedzieć, że tak cenię sobie swoje dolegliwości… – Ma pani jakąś gorzałę lub inny dopalacz? – zapytał z nagła jeden z karawaniarzy. – Jestem kierowcą i boję się, że w tym karawanie z nudów zasnę podczas jazdy. Wolę wylecieć z roboty, niż rąbnąć w drzewo. Niech mi pani wierzy: w ciągu trzydziestu lat nienagannej pracy nigdy jeszcze nie wiozłem tak beznadziejnego nieboszczyka!


                                                                                                               14-15 VI 2013
                                                                                                    (U progu przesilenia letniego)

Również tego autora