Owocne powroty Wywiad Anny Błachuckiej z Zofią Korzeńską

Wywiad Anny Błachuckiej z Zofią Korzeńską
z 22 maja 2013 r.
 
Powiedz mi, Zosiu! Od paru tygodni zaczęłaś mówić o dialektologii, o gwarze swojej wsi Mazury. Piszesz jakieś teksty gwarą. Nie masz czasu na nic innego. Odsuwasz na dalszy plan krytykę literacką, którą żyłaś dość intensywnie od wielu lat. Skąd to twoje nagłe przestawienie na problemy gwary?
– Ja się tak nagle nie przestawiłam, bo już od dwóch czy więcej lat historyk z tych moich rodzinnych Mazurów, który pisze monografię tej wsi, prosił mnie i przypominał mi wielokrotnie, żeby przygotować jakieś materiały o mazurskiej gwarze. Dlaczego mnie? Po pierwsze, że jestem obecnie jedną z niewielu chyba osób, które tę gwarę jeszcze pamiętają. Bo ja mówiłam gwarą. Prof. Nitsch, wybitny dialektolog, żartował sobie, że jestem dwujęzyczna. Jest to mój jak gdyby drugi język. Tę gwarę dobrze znałam i nadal nieźle pamiętam. Poza tym znam ją teoretycznie, znam jej system wewnętrzny, jej strukturę. I teraz chodzi o to, żeby ją w jakiś sposób utrwalić, zapisać, ponieważ ludzie w Mazurach przestają mówić gwarą. Młodzi ludzie nie mówią nią wcale, a starsi pół na pół. Młode pokolenie mówi zupełnie innym już językiem, językiem potocznym, ale ogólnonarodowym. Ta gwara zanika. Tak jak w Mazurach niektórzy starają się zapisać i utrwalić wiadomości historyczne o strojach, o obyczajach, zgromadzili potężną Izbę Pamięci – to jest już rodzaj jakiegoś muzeum, jakiś skansen, składający się z wielu izb; mają już tam mnóstwo eksponatów, mnóstwo starych przedmiotów używanych – tak równolegle chcielibyśmy, żeby i w dziedzinie dialektologii to uczynić, w jakiś sposób utrwalić naszą gwarę. A ponieważ ja pisałam pracę magisterską na temat właśnie mojej gwary, opisałam dwa główne jej działy, tzn. fonetykę i fleksję, i te materiały są, mam je, dlatego historyk, który jest z wykształcenia i zawodu rzeźbiarzem, ale równocześnie od czasów szkolnych pasjonuje się historią, zwłaszcza historią regionu i Mazurów, zwrócił się do mnie, żebym włączyła do tej monografii jakiś rozdział na ten temat, przygotowała odpowiedni materiał z tej dziedziny. To był właśnie ten impuls, że ja się ponownie zainteresowałam gwarą i po wielu zresztą prośbach z jego strony, w tę gwarę ponownie weszłam.  
– Dlaczego zatem, skoro dialektologia nie jest żadnym nowym obszarem zainteresowań w Twoim życiu, przez tyle lat nie miałaś z nią nic do czynienia? Przynajmniej nie pisałaś o gwarach, nie mówiłaś nic na ten temat. Może coś bliżej opowiesz o tamtych Twoich doświadczeniach dialektologicznych. Jak to się zaczęło?
– Najpierw muszę odpowiedzieć na początek tego pytania, tzn. dlaczego miałam przerwę? Ano dlatego, że kiedy skończyłam studia, kiedy tę pracę magisterską na temat gwary napisałam, to musiałam wyjechać z tamtego regionu, bo nie mogłam tam dostać pracy. Po prostu za chlebem, zwyczajnie. Wyjechałam, bo pracę dostałam zupełnie gdzie indziej, na drugim końcu Polski, w Szczecinie. I straciłam tym sposobem kontakt nie tylko z moją wsią rodzinną i z gwarą, ale straciłam też kontakt z Polską Akademią Nauk, z Pracownią Dialektologiczną, w której od drugiego roku studiów pracowałam na tzw. godzinach zleconych jeszcze nawet dwa lata po studiach, kiedy się tam koło Krakowa plątałam. Miałam bowiem wtedy prace okresowe to w Krakowie (na zastępstwie podczas czyjegoś urlopu macierzyńskiego), to w Nowej Hucie. Ale kiedy wyjechałam, to kontakty dialektologiczne powoli wygasły.
A jak się to w ogóle zaczęło? Można powiedzieć, że moje zainteresowania językowe zaczęły się jeszcze w szkole średniej. Słusznie prof. Nitsch stwierdził, iż to nie moja zasługa, że miałam naprawdę bardzo dobrych polonistów. Między innymi zainteresowania i zamiłowania literackie rozbudzał w nas, w moich koleżankach, kolegach i we mnie, pierwszy polonista w naszym nowo powstałym gimnazjum – Jan Bolesław Ożóg, znany, wielki pisarz. On się po pewnym czasie przeniósł do Krakowa, a na jego miejsce przyjechał ze Lwowa znakomity polonista, dr Jan Fedyk. I to on w nas z jednej strony rozbudzał zamiłowania literackie i wiedzę o literaturze nam wpajał; przywiązywał wielką wagę do tego, żeby czytać utwory samodzielnie, to znaczy żeby widzieć problemy już podczas czytania (on nas tego nauczył), a z drugiej strony wielki nacisk kładł na gramatykę. Gramatykę opisową języka polskiego musieliśmy znać doskonale. I uczył nas jednocześnie logicznego myślenia na tym materiale gramatycznym, ale także i przy analizie utworów literackich. To była jego podstawowa zasada dydaktyczna – logiczne rozumowanie, logiczne czytanie utworów i „rozumienie" języka, rozwijanie jego poczucia. Na studiach to mi się bardzo przydało.
A ta przygoda z dialektologią zaczęła się właściwie na początku drugiego roku studiów. Prof. Kazimierz Nitsch to była już za jego życia postać-legenda. Opowiadano o nim przeróżne anegdoty, trochę w nich było może i konfabulacji, ale wiele prawdy. Słynął z tego, że był bardzo wymagający, bardzo złośliwy i że potrafił sobie ze studentów-ignorantów zakpić. A ja byłam ciekawa... no, jaki on tak naprawdę jest. I kiedy się ten pierwszy wykład zbliżał, wszyscy mieliśmy tremę. Ja trochę też, ale byłam nastawiona tak... wyczekująco. Prof. wszedł. Kazał studentom powiesić na tablicy wielką mapę Polski, którą przyniósł, a sam skierował się do stojącego w kącie wieszaka zdjąć z siebie okrycie. Ja za ten czas podeszłam do mapy i zaczęłam się jej przyglądać. Profesor przyskoczył nagle do mnie i tonem bardzo energicznym, zapytał: „Czego Pani tu szuka?!" Powiedziałam: „Mojej rodzinnej wsi – Mazury". – „A! Mazury! Które Mazury?!" „No – ja mówię – w województwie rzeszowskim [teraz jest to podkarpackie] powiat kolbuszowski". –„Tak, ja tam byłem. Opisałem to tu i tu" – wymienił nazwę czasopisma. – „Proszę powtórzyć". Jakimś dziwnym trafem, mimo że to był dość długi tytuł i jakieś jego numery, powtórzyłam. A on tak do mnie się zwrócił: „Proszę po wykładzie nie wychodzić, tylko zostać na rozmowę ze mną". No, dobrze. I zaczął wykład. W trakcie tego pierwszego wykładu on coś tam mówił, mówił i nagle zadał pytanie, na które zaczął egzekwować odpowiedź po kolei, wskazując palcem: pan, pani, pan, pani, pan, pani tak szybko, że ludzie nie zdążyli się zorientować, nawet chyba niektórzy nie wiedzieli, o co pyta. Było nas ponad sto osób na sali, siedzieliśmy w dwu potężnych rzędach. Zaczął od rzędu I. No, i tak przetestował te dwa bloki ławek. Skończył na mnie, bo siedziałam w drugim rzędzie w pierwszej ławce, przy oknie. Zdążyłam już jakoś przemyśleć odpowiedź. Przede wszystkim słuchałam wykładu. A jemu chyba o to chodziło. Ja słuchałam i wiedziałam, o co pyta. I odpowiedziałam mu. Wtedy powiedział: „Od tej chwili będę mówił tylko do pani Zofii". A najpierw jeszcze zapytał, jak się nazywam. No, i miał na uwadze, że przed chwilą oglądałam tę mapę. Potem, przed następnym wykładem i dalszymi, wszyscy już sobie ze mnie kpili, że będzie wykład tylko dla pani Zofii. Ale wyjść nie mogli, choćby chcieli, bo obowiązywała dyscyplina co do obecności (to był rok 1951, szczytowy stalinizm).
W każdym razie po tym wykładzie solidnie mnie przeegzaminował. Ponieważ był już stary, mocno stary i niedowidział, więc posadził mnie w futrynie okna, sam też tam usiadł i zadawał mi pytania ponad godzinę.
Ze wszystkich dziedzin: z literatury, z historii, z gramatyki. Ponadto dociekał: Kto uczył? Skąd byli profesorzy w tym liceum? Powiedziałam, że częściowo ze Lwowa, z Poznania, z Rzeszowa, a częściowo miejscowi. Wypytał mnie o wszystko i w końcu orzekł: „No tak, ma Pani dobre przygotowanie. Ale to nie Pani zasługa, że miała pani świetnych profesorów, którzy się znaleźli w tej szkole". I od tej pory ja byłam już tak trochę... na celowniku u niego. Rzeczywiście, na wszystkich wykładach stale się do mnie zwracał z kontrolnymi pytaniami. Musiałam być bez przerwy uważną słuchaczką. Ale to była moja zasada już wcześniej, żeby uważnie słuchać na wykładach, bo wtedy nie było podręczników, nie było się z czego douczać. Wykład i notatki z niego były podstawą. Po pewnym czasie Profesor mi zaproponował, żebym przyszła do Polskiej Akademii Nauk, do Pracowni Dialektologicznej, bo chciałby mi zadać kilka pytań gwarowych, związanych konkretnie z moją wsią Mazury. No, i zatrudnił mnie na tzw. godziny zlecone. Zaczęłam tam chodzić, opracowywałam pewne kwerendy gwarowe. Nawet jakieś tam grosze dostawałam za to. Chodziłam tam już do końca studiów, a nawet i jakiś czas potem.
Ale pracy magisterskiej nie mogłam pisać u prof. Nitscha, bo on w tym czasie odszedł na emeryturę i już nie prowadził na Uniwersytecie Jagiellońskim zajęć ze studentami. Pisałam u prof. Witolda Taszyckiego. A w ogóle to nie było mi łatwo zdecydować, czy z literatury, czy z językoznawstwa – podjąć temat pracy. Nie było mi łatwo dlatego, że cały czas byłam zainteresowana także i literaturą, poezją. Będąc później, na II stopniu studiów, na kierunku językoznawczym – bo trzeba było wybrać kierunek (wtedy był system dwustopniowy) – poprosiłam prof. Kleinera, żebym mogła także uczęszczać na jego seminarium z literatury. Zgodził się, więc chodziłam. Ale również i tam musiałam, jako uczestniczka tego seminarium, napisać pracę kontrolną. To były już takie prace... no, dość ambitne. W każdym razie dużo mi ta praca dała, jeśli chodzi o spojrzenie na analizę literacką. Zresztą w ogóle, całe wcześniejsze seminarium u Kleinera (na I stopniu), potem ta praca seminaryjna na II stopniu dały mi tyle, ile intelektualnych korzyści wyniosłabym z pracy magisterskiej, gdybym u niego wybrała temat. Tak więc równolegle ciągnęłam – i ten kierunek z literatury, i kierunek z dialektologii, który wybrałam jako główny ze względu na te swoje Mazury (opis gwary) i na prof. Nitscha, i na pracownię PAN, i na te językowe inklinacje. Ale zainteresowania literaturą nadal pozostały, tak jak mieli je moi mistrzowie językoznawcy, np. prof. Klemensiewicz, doskonały znawca poezji ówczesnej.
Profesor Nitsch cały czas rozwijał we mnie zainteresowania tą rodzimą gwarą i językoznawstwem. Mało tego. On mnie uczył, jak podchodzić do badań, nauczył mnie metodologii badań dialektologicznych. Uczył mnie tego zresztą nie tylko on, bo potem uczyłam się od wszystkich pracowników Polskiej Akademii Nauk, z którymi się tam stykałam. Jednym słowem – tam zdobyłam jakąś wiedzę i spore doświadczenie przez tych kilka lat. Także, kiedy pisałam pracę magisterską, wielokrotnie się konsultowałam, zwłaszcza w sprawach metodycznych, u prof. Nitscha, w końcu twórcy polskiej dialektologii. Bo owszem, byli przed nim badacze dialektów, jakieś prace badawcze były, ale jeśli chodzi o systematykę, to głównie prof. Nitsch ją wprowadził do dialektologii. Potem się włączyli inni. Takie były moje zamierzchłe związki z dialektologią.
A dziś ze zdziwieniem stwierdzam, że to był cud, iż się tam znalazłam w tym tyglu nauki i miałam możność z bliska się temu przyglądać i uczyć się. Tym bardziej czuję się teraz zobowiązana do jakiejś tam pracy na rzecz dialektologii – ile jeszcze potrafię, choćby w formie opublikowania tego, co mam z dawnych lat i spisania tego, co jest mi dostępne i pozostawienia w postaci materiałów, które może komuś się przydadzą do badań.
– Trochę przewrotne pytanie. Poszłaś na polonistykę z powodu pasji językowej czy literatura Cię pociąga?
– Częściowo już o tym mówiłam.
– Jak szłaś. Ale jak podjęłaś decyzję?
Nie miałam takiego dylematu. Dla mnie jedno z drugim się ściśle wiązało. Problemem okazała się sama polonistyka, i to podwójnym problemem. Wybierałam ten kierunek wbrew całej rodzinie, bo nie tylko moi rodzice byli temu przeciwni, twierdząc, że ja z polonistyki nie wyżyję, że trzeba sobie konkretny zawód obrać. Wszyscy usilnie mnie namawiali, dosłownie zmuszali, żebym poszła na rolnictwo. Moi kuzyni kończyli rolnictwo (jeden się na nie wybierał). Ale ja zupełnie nie byłam tym zainteresowana, no bo cały czas żyłam literaturą. Czytałam wtedy dużo i ta literatura mnie wciągnęła. Równocześnie wiedziałam, że na tych studiach język jest bardzo ważny, bo nasz polonista, dr Fedyk, w szkole średniej wielki kładł na niego nacisk. Cały czas nam mówił: „Nie możecie odżegnać się od języka, bo nawet jeśli będziecie się interesować literaturą i kiedyś może będziecie pisać o niej, to język nadal będzie ważny, zwłaszcza dla nauczycieli, bo wielu z was pewnie nimi zostanie". Rozumienie problemów języka to lepsze rozumienie literatury. Rozwijał w nas tzw. poczucie językowe, zwracał uwagę na różnorodność języka u ludzi, także u bohaterów literackich, na to, że język nie może być schematyczny, szablonowy, suchy. Wiedziałam już wtedy, że styl mówienia i pisania powinien być zindywidualizowany, ma oddawać charakter człowieka, jego temperament, wewnętrzny rytm. Język winien być czysty, poprawny, ale żywy. Z koleżankami podkpiwałyśmy sobie z jednego z uczniów, który pisał tak właśnie sztywno-poprawnie, że ma język ulizany, wybrylantynowany (od brylantyny – nie od brylantów). Tak więc szłam na studia polonistyczne głównie ze względu na literaturę, ale z nastawieniem, że język jest jej integralną częścią. Zresztą bardzo lubiłam lekcje z gramatyki, ten dział nauki mnie zawsze pociągał.
Jakoś w końcu rodzice zaakceptowali mój wybór studiów, bo widzieli moją determinację. Ale zaraz na wstępie cios. Jak grom z jasnego nieba! Czego mi przysłowiowa „cyganka nie wróżyła!" Otóż znalazłam się na liście osób, które zdały egzamin, ale nie zostały przyjęte na studia. Byłam zdruzgotana, tym bardziej że wydawało mi się, iż egzamin mi dobrze poszedł. Okazało się, kiedy się dostałam na rozmowę do tzw. „czynnika społecznego", czyli pełnomocnika partii, który był decydującą osobą w komisji kwalifikacyjnej i miał władzę na Wydziale Humanistycznym UJ aż do końca pierwszego semestru, że nie zostałam przyjęta, bo w moich dokumentach figurowała notatka: „Rodzina klerykalna". Rzeczywiście. Dwóch braci ciotecznych taty było księżmi: Stanisław Sondej (obecnie nie żyje) i Józef Sondej , infułat, który wkrótce, bo 1.03.2014, będzie obchodził stulecie urodzin. Ponadto jeden z moich kuzynów (też Stanisław Sondej) był wtedy w Seminarium Duchownym. Obecnie również już nie żyje.
Pełnomocnik poinformował mnie, że mając zdany egzamin na UJ, mogę dostać zaświadczenie o tym fakcie i albo sobie znajdę inną uczelnię, albo na UJ mogę być od razu przyjęta na rusycystykę. Próbowałam więc szczęścia na Uniwersytecie w Łodzi, ale mi powiedziano, że nie ma miejsc. Inni kandydaci usłyszeli to na pozostałych uniwersytetach polskich. Być może, że na wszystkich uczelniach był zakaz przyjmowania ludzi „niepewnych ideowo", bo taka uwaga figurowała w moich dokumentach już potem do końca mojej pracy zawodowej. (Była w mojej teczce. Widziałam ją.). Inni kandydaci na polonistykę z tej listy nieprzyjętych powiedzieli mi, że w Warszawie też „nie ma miejsc", w Poznaniu „nie ma miejsc", a więc dla nas nie ma żadnych szans. Poszłam do dziekana czy prodziekana do spraw studenckich prosić go o przyjęcie z mnie z jego uprawnień dziekańskich. Powiedział, że dopóki pełnomocnik partii ma władzę na Uczelni (do końca I semestru), to dziekan nic nie może zdziałać. Poradził mi, że jeśli tak mi zależy na dostaniu się na polonistykę, to mogę zacząć studia na filologii rosyjskiej, tam pilnie uzyskiwać zaliczenia – i równocześnie, w miarę wolnych godzin (obowiązywała obecność na wykładach z kierunku, na którym się było wpisanym) uczęszczać na wykłady na polonistyce. Jeśli mi się uda w czasie pierwszej sesji egzaminacyjnej zdać „na piątkę" wymagany egzamin i kolokwia oraz zaliczyć wszystkie ćwiczenia na filologii rosyjskiej i polskiej, to on mnie może przenieść na polonistykę. Egzamin na obydwu kierunkach był ten sam, więc w sumie jeden – z języka starocerkiewno-słowiańskiego. Zawzięłam się i „wkuwałam" dniami i nocami. I udało się. Dziekan dotrzymał słowa, zostałam w lutym 1951 r. studentką polonistyki. Ale w akademiku nadal mieszkałam razem z koleżankami z filologii rosyjskiej. Dopiero od następnego roku akademickiego zamieszkałam wspólnie z polonistkami. To było ważne, bo uczyłyśmy się często razem, zwłaszcza że głównie z notatek z wykładów. Ale też organizowałyśmy sobie czytanie pożyczonych lektur z bibliotek tak, żeby było jak najsprawniej. Jedna określony tytuł pożyczała, a cały pokój korzystał. Zdarzało się, że któraś z tej solidarności się wyłamywała, zamykała pożyczone książki w walizce, ale sama na tym traciła i szybko się wykruszała nie tylko ze wspólnoty, ale i z Uczelni. Samotnie nie nadążała.
Z tą moją rusycystyką też było nietypowo. Kiedy postawiono mnie przed koniecznością wyboru: albo filologia rosyjska, albo nic na UJ, to w końcu powiedziałam dziekanowi, że ja się w szkole nie uczyłam języka rosyjskiego, jak więc mam studiować ten kierunek? Moje liceum było do 1950 r. szkołą prywatną i rzeczywiście nie było w nim języka rosyjskiego. Zostało upaństwowione tuż przed moją maturą. Dziekan mi odrzekł, że takich kandydatów jak ja, którzy nie uczyli się j. rosyjskiego, jest więcej, dlatego Uczelnia zorganizuje dla nich intensywną naukę w postaci lektoratu o dużej liczbie godzin tygodniowo i specjalnych ćwiczeniach językowych. I faktycznie tak było. Bardzo mi pomagało proseminarium języka rosyjskiego, które wspaniale prowadziła pani adiunkt Halina Safarewicz, żona dziekana, Rosjanka z pochodzenia (mówiło się, że to dawna arystokratka rosyjska). Dzięki niej i usilnej mojej pracy szybko jakoś tam zrównałam się ze średnim poziomem pozostałych studentów, a nawet byłam przez panią Adiunkt, można powiedzieć, wyróżniana z powodu, jak mówiła, dobrej znajomości właśnie gramatyki oraz dobrego słuchu językowego, czyli akcentu. (Niestety, obecnie z tym wszystkim już nie jest u mnie najlepiej, bo to nie to samo, co pamiętanie z dzieciństwa). Pani adiunkt Safarewiczowa, później profesor, po pewnym czasie zaproponowała mi studia w Moskwie. Bardzo mnie do tego namawiała, ale ja zdecydowanie powiedziałam, że nie wyjadę, bo rodzice się nie zgodzą, co było prawdą. Wtedy głośno się mówiło o wybuchu kolejnej wojny, bo sytuacja polityczna między ZSRR a Zachodem była napięta i mój ojciec ostrzegał mnie, żebym przypadkiem nie uległa namowom i nie zdecydowała się na ten wyjazd. Ale dla mnie celem była polonistyka.
A propos nauki o języku. Ona mnie coraz bardziej fascynowała, tym bardziej że się miało wokół takich wybitnych profesorów, jacy byli wtedy w Krakowie: Zenon Klemensiewicz, Kazimierz Nitsch, prof. Lehr-Spławiński, prof. Witold Taszycki, prof. Jerzy Kuryłowicz (sława międzynarodowa językoznawstwa indoeuropejskiego), prof. Franciszek Sławski i kilku innych wybitnych językoznawców. Chodziło się na różne sesje naukowe czy zebrania, gdzie oni razem bywali, często z sobą polemizowali. To były głośne nazwiska wtedy. To byli wybitni autorzy książek z językoznawstwa, które zresztą niekiedy dopiero pisali (nam udostępniali te materiały w formie skryptów, bo w tym czasie, kiedy zaczynałam studia, niewiele było podręczników. Trzeba było robić dokładne notatki.
A więc już od szkoły średniej wiedziałam, jaką ważną rolę odgrywa nauka o języku. Zresztą egzaminy językowe na studiach już od samego początku szły mi b. dobrze. Okresami owszem „wkuwałam", ale to mnie po prostu interesowało. Łatwo mi ta wiedza o języku przychodziła. Skutkowało dobre przygotowanie ze szkoły średniej. I ułatwiały mi sprawę te właśnie zainteresowania – także językowe – rozbudzone w szkole średniej. Ale na starszych latach studiów moje koleżanki, z którymi mieszkałam w akademiku, będące na kierunku literackim – wtedy się żartobliwie mówiło: literatki – podkpiwały sobie ze mnie, że zdradziłam literaturę. Nie, nie zdradziłam! Bo to, co one czytały, ja też czytałam, i też chodziłam na te same seminaria z literatury, co one. Tyle tylko, że może więcej czasu musiałam poświęcać językowi, ale literatura była równie ważna dla mnie. Tak, że wtedy nie zdradziłam żadnego z tych działów. Potem, niestety, na długie lata rozstałam się z językoznawstwem.
– Następne pytanie, na które już częściowo odpowiedziałaś. Wiem już, że wyjechałaś z Krakowa „za chlebem". Ciekawa jestem, jak dalej się Twoje losy ułożyły? Siedziałaś głęboko w dialektologii. Ona była całym Twoim życiem. A nie poświęciłaś się jej do końca. Jak kształtowały się potem Twoje zainteresowania?
– No, właśnie! To był mój dramat osobisty. Dlatego, że z tą dialektologią autentycznie się bardzo silnie związałam, już nie tylko przez Pracownię Dialektologiczną. Dlaczego wyjechałam? Ano dlatego, że to były czasy stalinizmu, czasy komuny. Był zakaz meldowania na stałe w Krakowie. W PAN mogłam dostać etat, ale warunkiem było zameldowanie. Oddział krakowski podlegał Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Kraków był wtedy dyskryminowany ze względów ideowych. Mówiło się o nim: „gniazdo wstecznictwa", bo uczelnie, zwłaszcza UJ nie akceptowały stalinizmu. W sprawie mojego etatu w Polskiej Akademii Nauk Warszawa kategorycznie postawiła warunek: zameldowanie stałe w Krakowie. Ja nie miałam możliwości. Nawet miałam w Krakowie krewną, kuzynkę mojego taty. Czasem do niej chodziłam, jak byłam głodna. (Ona była krawcową, ja jej pomagałam w szyciu, a ona mi za to dawała obiady). Ale ona też nie miała możliwości mnie zameldować, bo po prostu nie było wolno. Nie dało się tego przeskoczyć. Plątałam się tam jeszcze rok. To tu, to tam, będąc cały czas związana z tą Polską Akademią Nauk. Wtedy spółdzielni mieszkaniowych jeszcze nie było, powstały dopiero później. No, po prostu byłam zmuszona, tak, zmuszona, wyjechać także ze względu na to, że nie miałam z czego żyć. W Polskiej Akademii Nauk na pracach zleconych zarabiałam grosze. Z tego się nie dało utrzymać. Nie miałam gdzie mieszkać nawet bez zameldowania, bo ta moja daleka krewna miała tylko jeden pokój z kuchnią, a mieszkała tam z mężem. Jednym słowem, to był naprawdę dramat! Wyjechałam dosłownie z płaczem z Krakowa. Wyjechałam za chlebem. Za pracą. Najpierw szukałam jej w Rzeszowie i w jego okolicy – w moich rodzinnych stronach. Ale musiałam wyjechać stamtąd. Wydawało mi się, kiedy wyjeżdżałam „w Polskę", że nadal będę utrzymywać kontakt z Pracownią Dialektologiczną. Owszem, odpisywałam im na listy, jak oni mi przysyłali kwerendy dialektologiczne. Częściowo im zbierałam materiały, ale były pewne działy, których nie mogłam na odległość badać. Byłam na przeciwległym krańcu Polski. Gdzie Rzeszów i moje Mazury, a gdzie Szczecin?! A tym bardziej, że pociągi wtedy nie chodziły szybko. Nawet jeszcze dużo gorzej niż teraz.
Siłą rzeczy od dialektologii powoli się oddalałam. Zaczęłam pracować w szkole. Wiadomo, że jako nauczycielka mało zarabiałam. Wtedy jeden etat nie wystarczył, żeby wyżyć. Trzeba było brać co najmniej półtora albo dwa etaty. Kiedy byłam na dwóch etatach, to musiałam się tak dużo przygotowywać i miałam tak dużo zeszytów do poprawiania, że... Zwłaszcza ta korekta zajmowała mnóstwo czasu. Siłą rzeczy musiałam też czytać coraz to nowe lektury, prowadziłam jakieś tam kółka literackie z młodzieżą. Jednym słowem praca w szkole wciągnęła mnie całkowicie, i to raczej w literaturę. O dialektologii nie było mowy! Tym sposobem – rok po roku coraz bardziej od niej odchodziłam. Odeszłam już na całe 50, a nawet więcej lat.
– To jakże teraz, po upływie 50 lat, po połowie wieku, wchodzisz w tę sferę działalności twórczej? Czy to tak od razu? Czy może trzeba było na to trochę czasu? Byłaś zajęta różnymi problemami z tego, co wiem. Pisałaś o twórczości różnych pisarzy. I tym się zajęłaś naprawdę na szeroką skalę, bym powiedziała. I nagle przestawiłaś się na inne tory. To są inne tory nie tylko działalności, ale przecież i chyba myślenia, postrzegania wszystkiego, jest to inna metodologia pracy, inna metodologia pisania. Powiedz coś, o tym.
– To nie było wcale łatwe. Dlatego, kiedy mi Benek – ten nasz mazurski historyk – ponad rok temu zaproponował, żeby napisać o tej gwarze, to ja zwlekałam. Po prostu bałam się, że po tylu latach, ponad pół wieku, nie będę umiała wejść w tę dialektologię. Bałam się, że może nie będę pamiętać gwary. Okazało się, że jednak ta pamięć z dzieciństwa jest najmocniejsza, a język, brzmienie gwarowe, to wszystko doskonale się pamięta. „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci" – zdumiewająco trafnie mówi o tym stare przysłowie. Przypominają mi się całe zwroty. Przypominają mi się przysłowia. Przypominają mi się różne sceny z życia mazurskiego. Właśnie w gwarze wypowiadane. Ponowne wejście w ten klimat to było najłatwiejsze. Rano, jak się budzę, to do kota, który już mnie szarpie, żeby mu dać jeść, przemawiam, tu w Kielcach, w gwarze. To mi się wydaje takie naturalne.
Bałam się jeszcze innej rzeczy. Bałam się bardzo, żeby właśnie metodologicznie się nie „położyć" teraz. I nadal mam obawę. Ale były i inne trudności. Po pierwsze – pracę magisterską pisałam określonym alfabetem. Był przyjęty przez prof. Nitscha i innych dialektologów fonetyczny alfabet czcionek. Moje teksty gwarowe z Mazurów, zapisane jeszcze w czasach, kiedy byłam studentką, które znalazły się w pracy zbiorowej prof. Nitscha pt. „Wybór tekstów gwarowych", były też tak zapisane (transkrypcją fonetyczną). A teraz nie wiedziałam, jak w tej chwili wygląda sytuacja zapisu gwary. Czy nadal obowiązuje taka sama pisownia fonetyczna, te same czcionki? Czy może jakieś inne? Przede wszystkim na klawiaturze komputerowej wcale nie ma takich czcionek. Byłam przerażona! Ale przypomniałam sobie, że kiedy Ty wydałaś swój tomik opowiadań napisany gwarą, to na promocji Twojej książki był profesor dialektolog – Stanisław Cygan z Uniwersytetu J. Kochanowskiego w Kielcach. Pomyślałam, że to będzie jedyne wyjście zwrócić się do niego, żeby on metodologicznie mi pomógł i po prostu powiedział, jak to się teraz ma do dawnych metod. Wtedy Ty chyba pośredniczyłaś. Wiem, że zadzwoniłam do niego, a on wyznaczył mi termin spotkania. Poszłam. Przyjął mnie nadzwyczaj uprzejmie. Poświęcił mi sporo czasu. Z półtorej godziny chyba. W każdym razie dowiedziałam się, że czcionki obowiązują nadal dokładnie te same, co dawniej. Wtedy wydukałam: „No dobrze, panie profesorze, ale ja nie umiem ich w komputerze wywołać! Co ja mam zrobić? Niech mi pan te czcionki jakoś pomoże nagrać!" On mi odpowiedział: „Zaprowadzę panią do takiej specjalistki w bibliotece, tu na Uniwersytecie Kieleckim, która pani pomoże". I dodał: „To jest najlepsza w Polsce znawczyni czcionek". Rzeczywiście. Pani ta (mgr Iwona Plucner) powiedziała mi nie tylko, jak znaleźć czcionki w Internecie, ale jeszcze mi je ściągnęła i nagrała na nośnik, i poinstruowała, jak je zainstalować, jak je stosować itd. Miałam więc tę sprawę rozwiązaną.
Prof. Cygan jeszcze mi podsunął parę tytułów nowych publikacji dialektologicznych, które powstały po napisaniu mojej pracy magisterskiej, w latach 50-tych, 60-tych, a resztę sobie sama znalazłam w Internecie. W ten sposób bardzo mi pomógł. Kiedy zaczęłam z nim rozmawiać, to się zorientowałam, że znowu tak daleko od tej dialektologii nie odeszłam, że to są wciąż te same problemy. O to samo chodzi. Metodologia jest w zasadzie ta sama. Jest tylko teraz więcej możliwości utrwalania, bo można nagrywać na nośniki elektroniczne, zapisywać w komputerze. Wtedy, w latach pięćdziesiątych, rzadko kto miał możliwość nagrania. W każdym razie ja nie miałam w czasach studenckich takiej możliwości, żeby nagrać. Natomiast te panie, które później badały gwary i które potem napisały prace o regionie, do którego należą moje Mazury, te badaczki, od których pochodzą wzmianki o moich Mazurach, miały już dostęp do sprzętu, może nie do dyktafonu, ale mogły już nagrywać. No, i przekonałam się, rozmawiając z prof. Cyganem, że nie czuję się całkiem obco na gruncie dialektologii. Bo te trudności, które ja widziałam, to on mi dość szybko rozwiązywał. Upewnił mnie, że nie ma się co bać. Trzeba tak samo badać, zapisywać, czytać, co inni zbadali, i tak dalej. Zawdzięczam mu więc dużo i wdzięczna mu też jestem za kontakt z panią Iwoną Plucner, która mi te czcionki „ustawiła". On wtedy jeszcze taką radę mi dał, żebym tej swojej pracy magisterskiej nie wpisywała sama do komputera, bo to zajmie mi dużo czasu, tylko żebym kogoś poprosiła o wpisanie, a sama skupiła się na czytaniu nowych pozycji. Znalezienie takiej osoby nie było łatwe, ale podjęła się tego zaprzyjaźniona ze mną Celina Ślefarska. Napisała to bardzo dobrze. Z małą ilością nie tyle błędów, ile pomyłek w odczycie mojego pisma. Bo moja praca magisterska była pisana ręcznie. Wtedy nawet na maszynie nie mogłam jej napisać, bo także nie było odpowiednich czcionek fonetycznych. Celina sobie z przepisaniem do komputera świetnie poradziła. Sprawdzenie zajęło mi stosunkowo niewiele czasu.
Równocześnie gromadziłam inne swoje materiały. Kiedy odżyła we mnie gwara, zaczęłam pisać tzw. „Scenki obyczajowe". Najpierw notowałam je ręcznie i przepisywała mi je także Celina, a potem już na tyle zdobyłam wprawy, że od razu te miniaturki zapisywałam w komputerze transkrypcją fonetyczną. Przerwałam pracę nad nimi tylko dlatego, że boję się, aby mi tego za wiele nie narosło, bo jakbym chciała to później wydać, to książka by się zbyt rozrosła. A tych scenek jest już wystarczająco dużo (ponad 40), także jeśli chodzi o przykłady cech dialektologicznych. W zasadzie wszystkie najważniejsze cechy mazurskiej gwary są w nich zawarte. Można by teraz tylko mnożyć szczegóły i słownictwo.
Poza tym zbieram przysłowia. To są ogólnopolskie przysłowia czy aforyzmy, ale u nas po swojemu się je stosuje, czasem parafrazując. No więc je zapisuję. Już mam ich sporo. Parę stron. One też są ciekawe ze względu na cechy gwarowe. Chciałabym to wszystko teraz nagrać na sprzęt elektroniczny. I z tym jest pewien problem, dlatego że studio, w którym zamierzałam nagrać te moje materiały – zlikwidowano ze względów finansowych. A mnie zależy na nagraniu właśnie w studio, żeby to było „sterylne językowo", tzn. żeby te gwarowe głoski brzmiały czysto, żeby były słyszalne nawet dla człowieka, który nie ma dobrego słuchu językowego, żeby to było wyraźne. Nie wiem, jak mi się ten zamiar uda. Tak się przedstawiają sprawy z moją aktualną dialektologią.
– Ja też trochę się tą gwarą interesuję. Rozmawiałyśmy o tym i tę twoją fascynację rozumiem, ale jak już kiedyś mówiłyśmy, nas tutaj w Kieleckiem piszących tak, jak potrafimy, słyszymy, można na palcach jednej ręki policzyć. Chciałam Cię zapytać, jak to jest w Twoich stronach? Czy ktoś z Mazurów pisał o gwarze tej wsi?
Szerzej nikt. O gwarze mazurskiej badacze dialektów tego regionu wielokrotnie wspominali. Dawali przykłady z tej gwary. Niektórzy już wcześniej (powołuję się na nich w pracy magisterskiej). A z późniejszych? Głównie są dwie badaczki, które się odwołują do gwary mazurskiej. Nie wiem, skąd one pochodzą. Jedna, Janina Wójtowicz, napisała książkę „Charakterystyka fonetyczna gwar między Wisłą, Sanem, Wisłokiem i Wisłoką" (Wrocław. 1966), a więc dotyczącą regionu, obejmującego wieś Mazury. Są też obszerne szkice z dialektologii pt. „Dialekty i gwary polskie: kompendium internetowe" pod red. Haliny Karaś. Halina Karaś opracowała w tym cyklu szkic pt. „Gwara lasowska – obszar, cechy, zróżnicowanie". Ona opiera się głównie na książce Janiny Wójtowicz. W pracach tych dwóch autorek wielokrotnie wymieniana jest moja wieś i są podawane przykłady na cechy gwarowe z niej, ale niestety, te autorki, zapisują niekiedy takie brzmienie niektórych głosek, którego według mnie w Mazurach nie było, nie ma i nie mogło być ze względu na to, że byłaby to zupełnie inna cecha, nie mazurska, która występuje już za granicą Mazurów.
Trzeba tu zaznaczyć, że moja wieś, Mazury, jest dlatego taka ważna dla dialektologów i dlatego tyle osób się nią zainteresowało, m.in. prof. Nitsch, że leżała kiedyś dokładnie przy granicy państwowej, starej granicy polsko-ruskiej, za którą była Ruś Czerwona, przyłączona w XIV w. przez Kazimierza Wielkiego do Polski. Odtąd przebiegała tu pd.-wsch. granica województwa sandomierskiego, która nadal oddzielała od siebie różne dialekty. Zaraz za naszą wsią płynie rzeczka, teraz nazywana po prostu Potok, a w dokumentach historycznych występuje jako Markowy Potok, która była granicą pomiędzy Rusią a Polską, a później między województwem sandomierskim a województwami wschodnimi z ziemią sanocko-przemyską, z Rzeszowem i Bełzem. (Na marginesie: ze wzmianek wynika, że rzeka Markowy Potok była w dawnych wiekach o wiele głębsza i szersza niż obecnie). Ta granica nie była bez znaczenia dla gwary, bo na naszej wsi kończą się pewne cechy dialektyczne. Za wsią Mazury inaczej się wymawia wiele głosek. Tam nie mówi się np. mlyko, tylko mliko. i zmiękcza się to l?.  Złośliwie to się nawet mówi, że „sokolowcy chljapją", a o nas oni mówią, że mazuroki lypją. Sokolowcami zaś (a nie sokou?owcami) nazywa się ich dlatego, że w gwarze Sokołowa jest ł przedniojęzykowo zębowe (które w wymowie aktorsskiej obowiązywało jeszcze w latach 50. XX w.), a którego w Mazurach nie ma; u nas jest u? niezgłoskotwórcze. Wymawia się: Sokou?uf. Jednym słowem, Mazury leżą na granicy cech gwarowych, przebiegają przez nie lub obok nich liczne izofony („linie na mapie oznaczające granice jakiegoś zjawiska fonetycznego") i dlatego, kiedy wspomniane badaczki podają przykłady, że w Mazurach mówi się tak, jak się wymawia w sąsiedniej wsi, to nie może być prawdą. Owszem, one (czy studenci badający na ich zlecenie) mogły to słyszeć, ale ci informatorzy bądź informatorki musieli pochodzić z sąsiedniej wsi, albo nawet może i byli autochtonami, ale już ulegli wpływowi gwar sąsiednich.
Wracając do moich zadań, to mam teraz dużo do zrobienia, bo muszę przeanalizować te wszystkie przykłady, które badaczki podają jako mazurskie: sprawdzić je i wypisać problematyczne przykłady.
Nikt z Mazurów się naszą gwarą gruntowniej nie zajmuje, bo gdyby się zajmował, to ja bym się czuła zwolniona z tego obowiązku. Nikt szerzej się nie zajmował i przedtem. Nawet do tego stopnia, że profesor z Uniwersytetu Rzeszowskiego, językoznawca, prof. dr hab. Kazimierz Ożóg, autor wielu książek, mieszkający w Górnie, czyli wsi położonej w sąsiedztwie Mazurów, powiedział mi, że jedyne teksty gwarowe, dotyczące tego zespołu gwar, do którego należy nasza wieś, mogące służyć mu na ćwiczeniach ze studentami,
to są właśnie te moje, wydrukowane w Wyborze tekstów gwarowych prof. Nitscha w wyd. 2. z 1960 r. (ja zapisałam je w 1954). Prof. Ożóg szczegółowo opisał gwarę, zapisał teksty, ale ze swojej rodzinnej wsi. Tam jednakże są w większości inne cechy, to jest inna gwara. Tak więc z Mazurów nie było właściwie żadnych zapisów, oprócz moich. Pokazały się jakieś teksty w Internecie, ale zapis ich jest nie zawsze zgodny ze stanem faktycznym naszej gwary. Też muszę niektóre brzmienia zakwestionować.
– Na chwilę wrócę do tego, co powiedziałaś. Stwierdziłaś, że „to bym się czuła zwolniona z tego obowiązku". To dla Ciebie jest tylko obowiązek?!
– W tej chwili to już nie, ale na początku tak to traktowałam. Kiedy przed rokiem Benek mnie poprosił o te materiały na temat gwary, to ja miałam tyle zaczętych książek: jeszcze o Łączkowskim niedokończoną, o Tobie przecież też, i miałam tyle innych planów z historii literatury i krytyki literackiej, że już nawet zdrowotnie nie czułam się na siłach, żeby wchodzić w nowe zadania. Ale kiedy już w końcu się zgodziłam, bo zrozumiałam, że rzeczywiście nie ma kto tego zrobić, kiedy już w to weszłam, to weszłam – jakby to powiedzieć – z pełnym ogniem, tym dawnym. Odżyło we mnie całe to zainteresowanie z lat 50-tych. Teraz to już nie jest obowiązek. Teraz to jest ponowna pasja. Ale był taki czas, że trudno mi się było przestawić na inne tory. No, i bałam się, jak wcześniej mówiłam, że za daleko od dialektologii odeszłam.
– Czy Ty się kiedykolwiek wstydziłaś gwary?
– Nie, ja nie mogłam się wstydzić gwary! To znaczy... owszem, w gimnazjum próbowano nas, tzn. dzieci ze wsi, na początku wyśmiewać. Ja chodziłam do szkoły w małym miasteczku. To było takie dziwne, bo wiele z moich koleżanek z tego miasta Sokołów tak samo po południu musiało paść krowy, jak i my, tak samo żyło z gospodarstwa, ale o nas mówiły: te ze wsi, ta z Mazurów, ta z Nienadówki czy z innej wsi – a one były z miasta. Myśmy sobie z tego zaczęły podkpiwać, kiedy osiągnięcia w nauce nam już na to pozwalały. A było sporo prymusek wśród uczennic ze wsi. Z Mazurów Hanka Dec, Marysia Popek, w matematyce przodowała Zosia Sondej. Ja, ponieważ dużo czytałam, zaczęłam się wysuwać na czoło z języka polskiego. Kolegów było mniej i jakoś nie pamiętam, czy oni mieli problemy z traktowaniem ich jako „ci ze wsi". Co do dziewcząt to dość szybko zaczęłyśmy się przyjaźnić z „tymi z miasta", bo wiadomo, że po paru miesiącach człowiek się zżywa. Oczywiście w szkole się nie mówiło gwarą choćby z tego względu, że byłoby zamieszanie językowe. Bo „sokolowcy", jak się ich nazywało, też niektórzy czasem mówili gwarą. Jednym słowem, jakbyśmy mówili każdy swoją, to byłoby zamieszanie totalne. W szkole nie ma wyjścia. Trzeba przyjąć język ogólnonarodowy. Oczywiście, że się nam trafiały gwarowe powiedzonka. To był raczej problem profesorów, żeby nas korygować. Nasz polonista z gwary sobie nie kpił, tylko nas poprawiał. Staraliśmy się mówić językiem ogólnonarodowym. Polonista ustawiał nas do gwary pozytywnie, ale jako właśnie do języka lokalnego. A kiedy już poszłam na studia, to byłam wyróżniona za to, że znałam gwarę i że się nią interesowałam. „Za to" dostałam godziny zlecone w Polskiej Akademii Nauk. Mogę powiedzieć, że byłam dumna z tego, że znałam gwarć! Zresztŕ ona mi sić naprawdć podoba. To jest pićkna stara mowa. Nie ma u nas sůowa ?drzewiej?, jest ‘dĺwni’, ale ta gwara wůaúnie taki klimat przywoůuje – jakŕú ýywŕ pradawnoúă.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież