Kazimierz Rink - BEZ ZNIECZULENIA

Powiedzieć o czyichś wierszach, że czyta się je z nieukrywaną przyjemnością to jakby świadomie zdeprecjonować, pomniejszyć ich znaczenie i ciężar gatunkowy. Odmówić autorowi prawa do prestiżu, a i stosownych znobilitowań  do jakich zapewne aspiruje. Nawet jeśli cechuje go daleko posunięta dyskrecja i awersja do publicznego z tym obnoszenia.  Szósty w dorobku Mateusza Wabika, poety i krytyka literackiego z Krakowa – tom wierszy „Porażki poety z rynkiem pracy i kobietami"  to mój pierwszy kontakt i spotkanie  z jego lirycznym  żywiołem. A ponieważ poeci zazwyczaj nie pojawiają się znikąd, przyszło mi się sięgnąć do czysto netowych źródeł.
Sporo tam o obiecującym debiucie poety sprzed lat czternastu („Próba głosu"), jeszcze więcej  o kolejnej książce „Przestrzeń lokalna" (2003), także o jego ówczesnej aktywności w krakowskich, często niszowych periodykach (Megalopolis")  i pasjach muzycznych ( jakoby zwolennik niekomercyjnego skrzydła metalu, były wokalista kilku grup tego nurtu; Margath, Anthrax i Vader). Jedni spostrzegali w nim anarchizującego kontestatora, inni niezłomnego poszukiwacza oryginalnego, własnego tonu i poetyckiej dykcji w obrębie pokolenia debiutującego po roku 1989.  I wyrastającego poniekąd z jego społeczno-politycznych uwarunkowań. Sam Wabik najwyraźniej odciął się od tekstu swego kolegi z uniwersyteckiej polonistyki Krystiana Kajewskiego, który pisał   o nim m. innymi; „Już „Próba głosu" była świadectwem wielu rozlicznych rozczarowań Autora. Rozczarowania względem nieszczęśliwie ulokowanego uczucia. Rozczarowania rodzącym się kapitalizmem bez ludzkiej twarzy. Rozczarowania płynącego z rozpoznania fałszywości stosunków międzyludzkich. Wreszcie rozczarowanie to sięgało głębiej, do niemocy języka jako  instrumentu poznawczego względem świata. W indywidualnym głosie Wabika wyczuwało się rozgoryczenie osobnicze właśnie…". Z etykiet i terminologii co rusz przywoływanych na użytek casusu rzeczonej poezji najbardziej uderzyło mnie określenie; „szokowanie bezpośredniością". Na swój sposób wciągnęła mnie też lektura dwu wcześniejszych, poprzedzających  ostatnie wcielenie autora wierszy: „Zaplecze" i „Do reszty". Jeśli zatem postawić się w sytuacji czytelnika obcującego  z materią poetycką Wabika po raz pierwszy, „Porażki poety z rynkiem pracy i kobietami" można by przypisać do nurtu kiedyś określanego mianem „prywatności zastrzeżonej".  Mieści się jednak w nim pewnie całkiem oczywista pułapka, bo gdyby wdać się w poszperanie w synonimach rychło można by ów gatunek utożsamić i pokojarzyć z „małym realizmem", naturalizmem, weryzmem, hołdowaniem w pisaniu optyce „świętej powszedniości". Tymczasem poeta z Krakowa najwyraźniej już samym tytułem książki pragnie w równym stopniu coś nam w ujęciu odautorskim tyleż zamanifestować, co i zasugerować w ramach zawoalowanej czytelniczej prowokacji.  Rzecz jawi się jako zdecydowanie dwudzielna; z trzydziestu kilku wierszy połowa dotyczy nader sensualnie potraktowanych relacji z rozstań z potencjalnymi pracodawcami (bohater wierszy nie ustaje w poszukiwaniu zatrudnienia), druga część to zapis porażek i rozczarowań  w układach męsko-damskich. Już sam język wierszy, stylizowany na maksimum umiaru i semantyczną powściągliwość,  unikający jakiegokolwiek formalnego ozdóbkarstwa, typowy dla najzwyklejszego notatnika, po trosze reporterski, a nawet mailowo-smsowy w swojej konsekwentnej strukturze – stanowi zabieg-ewenement w sferze komunikacji werbalnej. Świat doznań zmysłowych i wyrafinowanej retoryki jaki zazwyczaj towarzyszy próbom spoetyzowania prozy życia idzie tu zdecydowanie w odstawkę. W jego miejsce pojawia się konkret uporczywej codzienności podlegający brutalnym mechanizmom izolacji i jednostkowego wykluczenia. Marginalizacji indywidualnego sposobu zaistnienia i ulokowania się po użytecznej, pragmatycznej stronie tej trącącej Orwellem rzeczywistości. Obwarowanej często anonimowością, parawanami bezdusznych reakcji i zachowań mającymi przesłonić schematyzm i skutki docelowych dążeń, ich przewidywalne fiasko. Jest w tym jakiś rodzaj wsobnie osobnej  determinacji dotykającej podmiotu lirycznego  i   porażającego bezwładu świata programowo odrzucającego pierwiastek ludzki, usiłujący pokonać opór mimikry zaborczo władczego molocha socjotechniki;

                                              było towarzysko miło choć
                                              patrzyły na mnie badawczo
                                              tłumaczyły wyjaśniały słuchałem  
                                              nie zadzwoniły
                                                                         (kolportaż książek medycznych)
W innym wierszu;
                                             (…)  nie dostałem się o tym
                                             wiedziałem jak wychodziłem z budynku zima
                                             przyszła na dobre ja nie miałem pracy nie miałem
                                             nic nicość w nocy mnie przytuliła powiedziała
                                             w dwójkę będzie nam raźniej
                                                                         (rozmowa w empiku po znajomości)
 Jednocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że autor postrzega tę ezoteryczną machinę z iście Mrożkowym  metasarkazmem, z cierpką ironią podszytym sceptycyzmem z jakim wędruje i ogląda owe „panopticum rzeczy niemożliwych". Nie wietrzy w tym jednak ani podstępu ani spiskowej teorii dziejów. Raczej konstatuje ten irracjonalny ładunek grozy dryfujący w kierunku absurdu.       A teraz przeciwległy biegun. Prosta skądinąd współzależność; jeśli mężczyzna i męskość jako takie nie samorealizują się w pracy pozostaje zawsze cień szansy na kompensatę w krainie kobiet.         W „Porażkach poety…" pojawia się ich sygnowana dla niepoznaki inicjałami całkiem pokaźna galeria. I znowu ta opowieść  na wzór „homo faber" zbliża się do konwencji rozpisanego na poszczególne wiersze poematu, jakby blackautowo przecinana kolejnymi przypadkami klęski, uczuciowego rozczarowania mimo braku jakoby winy własnej;
                                             (…) jednak wybrała kogoś
                                             kto pije 10 piw dziennie i miesza ją z tym trunkiem
                                             bo przynajmniej nie był takim problemem dla niej
                                             jak ja był prostym w obsłudze pracownikiem fizycznym
                                                                                          (M.S.)
Jakiś szczególny dystans ad personam pojawia się w tym notorycznym exodusie przez kobiecość     i ku kobiecości u Wabika, bo nawet niespecjalnie nasyca większym ładunkiem dramaturgicznym tę niekończącą się serię rozstań.  Nie analizuje i nie zgłębia ich wersji zracjonalizowanych  przyczyn, oczywistości wynikających stąd skutków takiego obrotu rzeczy. On je taktownie ledwie sygnalizuje. Z nieukrywaną  nostalgią przechodząc nad tym do porządku dziennego, bo jakakolwiek alternatywa  mogłaby naruszyć poczucie równowagi, zachwiać podstawą męskiej wszakże ambicji. Ale zarazem ten kalejdoskop  kobiecych osobliwości utrwalonych metodą stop-klatek w kadrach pospolitości niesie w sobie jakiś urokliwie magnetyczny rezonans. Każe niejako odbiorcy emocjonalnie  jednoczyć  się z losem poety w tej mnogości niespełnień i dojmująco doznawanych za każdym razem zawodów. Może nawet współczuć mu po trosze, ale bardziej bodaj uwierzyć, że ta formuła zwierzenia wiedzie do kathartycznego uwolnienia z potencjalnej obsesji. Z uczuciowej     i psychicznej nieomal  opresji. Kobiety nie tak wcale rzadko zwykły znikać z męskich horyzontów      i przestrzeni, co jedynie potwierdza, że istniały jakże ulotnie tam gdzie lokowała je często męska wyobraźnia sycona wiadomego pochodzenia mitami. Być może wiersze są tu swoistym, fundowanym sobie samemu działaniem autoterapeutycznym. Znieczulając to najtrudniejsze mimo wszystko do znieczulenia. Poezja Mateusza Wabika – co warto zauważyć -  zaleca się w lekturze czymś do bólu bezpośrednim, szczerym i wolnym od  minoderii. Bezpretensjonalnym nade wszystko. Dalekim od poetyckiego pozerstwa i zadęcia na filozoficzno-myślowe jakoby z górnych półek spekulacje. Wiersze te mówią same za siebie. I same siebie precyzyjnie wyrażają. Nie krzyczą. Nie trzepocą wysoko podniesionymi skrzydłami. Nie aspirują w obranych kontekstach do wyważania dawno już wyważonego. Są jakie są. I warto je takimi przyjąć. Zabrać w niejedną podróż i – o co upominał się sam Norwid - „cierpliwie, poufnie i błogo z nimi poobcować". Warto się nad nimi  pochylić.  Choćby dlatego, że odwaga cywilna przyznawania się do porażek i mimowolnych wewnętrznych okaleczeń pozostaje cnotą raczej rzadko dziś światu okazywaną.
                                                                                                                                            
Mateusz Wabik „Porażki poety z rynkiem pracy i kobietami", Wyd. Mamiko Apolonia Maliszewska 2013, str. 39

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież