Barbara Kęcińska-Lempka - Zapiski książkowego mola

Od cmentarnego feminizmu do kastracji

    Książki w domowej bibliotece mają to do siebie, że nigdy nie można znaleźć tej, właśnie teraz, potrzebnej. Szukałam „Szkiców piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego (niedawno minęła setna rocznica jego urodzin), a w ręce wpadła mi książka w obwolucie stylizowanej na stary, pensjonarski zeszyt. To „Kabaret Starszych Panów" Jeremiego Przybory z tekstami niezapomnianych telewizyjnych spektakli. Otworzyłam książkę na chybił trafił i po kilku linijkach tekstu zobaczyłam Irenę Kwiatkowską w czerni. Jako wdowa po doktorze Praszczadku wyśpiewywała swój dramat, któremu początek dała sielanka:
Z narzeczonym, doktorem Praszczadkiem
gdy z bukietem zapukał do drzwi,
zgotowało mi szczęście biesiadkę
dobrobytu, miłości i czci.
Za doktorem Praszczadkiem zamężna
„Śnię ja chyba" mawiałam, „ więc szczyp!"
Więc mnie szczypał, a potem spieniężał
epidemie nieżytów i gryp"

Niestety szczęście doktorowej trwało krótko bo „coś mu się w czymś porobiło, z czego wkrótce Praszczadek mój zgasł". „Lecz nim Dłoń Bezlitosna go trzepła" obiecał ukochanej, że będzie ją odwiedzał jako ptak. Przyrzeczenie wypełnił i odtąd nad mogiłą „trzepoczący i piękny jak miłość dosyć duży pojawił się kruk". Siadał na ramieniu wdowie, koił ból, a gdy krakał poznawała głos swego Praszczadka – „taki jaki przy chrypce on miał". Niestety złowrogie przeznaczenie ponownie zraniło serce doktorowej „do krwi" bowiem pewnej wiosny ujrzała wśród liści swojego kruka „z drugim który, który odmiennej był płci!"
Więc nie koniec cierpienia, choć pieśni
już ostatnich dobiegam ja strof.
O, mężczyźni, za życia obleśni!
Tacy sami jesteście i ....po!

    Tragedia doktorowej i sceneria jej dramatu przypomniały mi rodzinną historię sprzed lat, opisaną w „Opowiadaniu cmentarnym":

    Pod koniec października zmrok zapada bardzo wcześnie, toteż spieszył się bardzo, by zdążyć przed zamknięciem cmentarnej bramy. W głowie jeszcze szumiał alkohol, wypity z kolegami ze zjednoczenia. Tak to już jest na delegacji, wypić trzeba,  ale o rodzinnych zobowiązaniach trzeba pamiętać.
Jak dobrze, że jedziesz do Poznania – powiedziała ciotka, której nieopatrznie przyznał się do delegacji – Udekorujesz na Wszystkich Świętych grób wuja. Nie będziemy wcześnie rano taszczyć się ze świerkiem, przywieziemy tylko chryzantemy w doniczce. Pieniądze ci dam.
Ciotka z blaszanego pudełka po cukierkach wyjęła zwitek banknotów.: - --Będę Ci bardzo wdzięczna, wuja na Tamtym Świecie na pewno też.
Przed bramą kupił świerk, (sekator miał w teczce) i wkroczył na  Cmentarz Junikowski, który, jak zawsze, przeraził go swoim ogromem. Na grób wuja przyjeżdżał co roku, więc po małym kluczeniu między nagrobkami odnalazł ziemną mogiłę. Ciotka, z braku środków, jeszcze nie położyła na wuju kamiennej płyty.  Szybko i zgrabnie poprzycinał świerk, obłożył grób gałązkami, zostawiając na środku wolne miejsce na wkopanie chryzantemy. Do domu wrócił późnym wieczorem, zadowolony ze spełnienia dobrego uczynku, o którym nazajutrz zameldował ciotce.
Jakież było jego zdumienie, gdy pierwszego listopada na cmentarzu zobaczył rodzinę, otaczającą gołą, nie udekorowaną mogiłę. Przywitali go gniewnymi spojrzeniami i wymówkami,  a ciotka nawet krzykiem: - Ty krętaczu i kłamczuchu! A mówiłeś, że wszystko zrobione! Gdzie podziałeś pieniądze? Chyba przepiłeś ze swoimi koleżkami. Łobuz!
Zdumiony, wtulił głowę w ramiona. Gorączkowo szukając w myślach jakiś wyjaśnień,  nie zauważył, kobiety stojącej kilka grobów dalej. Kobieta głośno szlochała, ocierając oczy chusteczką.
- Domyślałam się, że nieboszczyk miał kochankę, ale żeby ta bezczelna krowa śmiała tu przyjść i udekorować jego grób.  Co za wydra. Zostawiła mi tylko miejsce na doniczkę z chryzantemami. A ja mu tak wierzyłam!  - zaniosła się łkaniem.
Stojąca tuż obok starsza pani o wyglądzie sufrażystki pocieszała nieutuloną w żalu jak tylko mogła.
- Nie rycz Zocha! Weź się w garść. Leży w ziemi i już go ta małpa nie dostanie. A swoją drogą dziwię się, że jeszcze miałaś co do mężczyzn jakieś złudzenia. Tyle razy ci powtarzałam – DZIAD I PIES TO JEDNO!

    Porównując obie panie trzeba stwierdzić, że doktorowa Praszczadkowa była bardziej elegancka w wypowiedziach i oceniała mężczyzn w szerszej perspektywie - jej opinie obejmowały również życie pozagrobowe. Psioczące kiedyś na mężczyzn kobiety, w gruncie rzeczy nie umiały bez nich żyć. Gdyby mogły zobaczyć dzisiejsze feministki  na pewno zamarłyby ze zgrozy i powściągnęły języki. Nie przypuszczały, że w niechęci do męskiej płci można posunąć się aż do... kastracji. Na razie tylko lwa, ale kto wie co komu przyjdzie do głowy w przyszłości. Oto co wyczytałam w tygodniku „Do rzeczy". Cytuję ze zgrozą:
    „W 2007 roku żołnierki  (szwedzkie) służące w Nordyckiej Grupie Bojowej zażądały wykastrowania lwa widniejącego na godle jednostki – tak, by stał się <neutralny płciowo>. Groźnie wyglądający, uzbrojony w miecz samiec był w poprzedniej wersji przedstawiony z bardzo dyskretnym penisem, sterczącym między łapami. Po interwencji żołnierek organ został zamalowany. Vladimir Sagerlundt, ekspert od heraldyki ze sztokholmskiego  Archiwum Narodowego, nieśmiało zwrócił uwagę, że w przeszłości godło z lwem bez genitaliów było synonimem zdrajcy i taka modyfikacja jest, mówiąc delikatnie, niezręczna. Odpowiedziało mu jednak gromkie „oj tam, oj tam" i dumny drapieżnik poszedł pod nóż".
    I tu już smutny koniec refleksji, snutych podczas poszukiwań książki Andrzeja Bobkowskiego, na którą nie natrafiłam do tej pory.

Jeremi Przybora  „Kabaret Starszych Panów" Wybór drugi, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik", 1973 rok
Barbara Kęcińska – Lempka  „Reportaże i opowiadania", jak dotąd nie wydane, domowe archiwum
Marek Magierowski „Szwedzki lew wykastrowany" w „Do Rzeczy" Nr 44/044 , 25 listopada – 1 grudnia 20013

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież