Helena Romaszewska - Krupnik na boczku w wazie po krylu

Wszystko ma swój początek. Każdy dzień ma swój początek. Jeszcze wczoraj byłam na ślubie. W welonie białym, w garniturze czarnym. Wielka gala. Patrzyłam z daleka na cudze szczęście. Nie było pożegnania, nie czekam na powitanie. On się zdematerializował. Dziś byłam tam, gdzie on zwykle był, gdzie powinien być, nie było. Obce miejsce, obcy dookoła. Dopytywałam się gdzie jest, co się z nim dzieje, wszyscy uśmiechali się uprzejmie i rozkładali bezradnie ręce, może nawet pukali się w czoło, to dla nich takie oczywiste. Jego już nie ma i ja powinnam to wiedzieć, ale jakoś nie może to do mnie dotrzeć. Jak jestem zawiedziona, smutna i zła, to zaraz dają znać o sobie korzonki i serce boli. Idę się leczyć do podziemia, bo legalnie śmiertelność przewyższa... Chodzę po lochach przepastnych, po piwnicach, wszędzie pełno intratnych skór, przygnębieni ludzie patrzą pod nogi i... błądzą. Pielęgniarka złapała mnie za rękę i zaprowadziła do celi, tu będzie pani spała ze mną, powiedziała. Rozejrzałam się po ciasnym pomieszczeniu, w którym stały dwa łóżka, jedno z rozbabraną pościelą, to jej, pomyślałam. Drugie moje. Położyłam się. Pod ciężkim pledem, nagie druty, złom zardzewiały i inne żelastwo. Wstałam, a właściwie zostałam gwałtownie przez sprężynę wyrzucona na środek sali.

 

 

- Nie będę na tym spała.

 

- To proszę przynieść sobie piernat księżniczko, powiedziała pielęgniarka i wyszła.

 

W piwnicach, w podziemiach, w przepastnych ciemnych korytarzach nie mogłam znaleźć nic. Staruszka z pooraną twarzą zaprowadziła do składziku ze starzyzną pozwoliła wziąć siennik i dogadałyśmy się, że pielęgniarka to jej córka. Cieszę się, że wreszcie będzie miała towarzystwo, bo jak dotąd, jest zdeklarowanym odludkiem, tak powiedziała. Ciągnę siennik za koniec mniej wypchany słomą i nie wiem jak trafić do swego boksu. Mam świadomość, że ze mną jest coś bardzo nie tak, w tych wilgotnych lochach tyle mylących rozwidleń, ślepych zaułków, jednokierunkowych ciasnych przejść i nieprzejść, włazów ciasnych i niewylotów ślepych. Jak iść, którędy, z kim? Labirynt ze strasznego snu i ja w tym wszystkim sama i tak totalnie niezaradna. Chyba się tu uduszę, pomyślałam i zaczęłam tracić resztki przytomności. W głębokiej kieszeni pamięci widziałam siebie jako dziecko rezolutne, lubiące pokonywać wszelkie przeszkody, umiejące chodzić na skróty i... ciasnoty wszelkie nie były mi przeszkodą. Wysportowana, szczupła, zdrowa, zwinna, radosna i mądra. Taka byłam? Nie byłam lękliwa, nieśmiała? Byłam cienka jak Pinokio i ciekawa świata jak on? Niestety nie umiałaś kłamać, nigdy, a to dziś takie niezbędne jak powietrze. Szczerość, twój garb, twój ciężar. Już zemdlałam, już byłam nieprzytomna, a pamięć jeszcze trwała na posterunku, nade mną stała i pastwiła się mną.

 

- Szybko, defibrylator, musimy przywrócić czynność serca.

 

A to dopiero, moje serce bezczynne, pierwszy raz mi się to przydarza, zawsze kochałam, zawsze. Musiałam wejść w jakieś tąpnięcie, zawał serca nie przychodzi sam z siebie, nie mam ochoty leżeć bezczynnie pod tymi kopniakami prądem. Mamy ją, mamy ją słyszę głosy, ale ja sama już tak bardzo siebie nie mam, nie ta ciekawa bezgranicznie ciekawość świata, nie ta odwaga, nie ta przewaga, nie te klocki... Co ty pleciesz? Ta sama szczupłość, nosisz ubrania z lat młodości, własny szmat- land masz w szafach i masz w czym przebierać. Tylko ubrać się nie mam w co. No, witalność w porządku i rozum wraca. Wstałam z łóżka i poszłam, nie nawykłam wylegiwać się. Błądzę zupełnie nieznanymi korytarzami krętymi i myślę jakby tu wyjść na prostą i znaną, topolami wysadzaną aleję. Pustkę widzę. Rozbrat człowieka z człowiekiem? Pustka duchowa rozprzestrzenia się. To do mnie nie dociera, ja szukam kontaktu bliskiego z człowiekiem, braterstwa i miłości z człowiekiem szukam, moje ego domaga się miłosierdzia dla bliźnich i dla mnie samej. Światowość zabija ducha ludzkości, powiedział pierwszy napotkany, światowość jak rak, jak trąd panoszy się i uśmierca sumienia, miłosierdzie, sprawiedliwość, prawdę, zabija człowieka, noc, dzień, cień, cierń bez nas ukrwionych, beznadzieja. Ludźmi manipuluje jakaś psychopatia.

 

Zwątpienie i rozpacz? Na pustyni tylko miłość uobecnia człowieka, tylko życie sumieniem, prawdą przemienione ma sens. Kocham, więc jestem. Miłość wymaga czujności. Miłość wymaga wysiłku. Litość dla siebie miejmy w sercach, pomyślałam, dla siebie samych miłosierdzie miejmy i amen, jeszcze tylko muszę przejść tę pustynię. Psy rozszczekały się całą zgrają. Nie mam czasu wyjrzeć za okno i zobaczyć, co się tam stało. Nie mam czasu, bo chłopcy przyszli na kolację, siedzą przy stole i rozprawiają o ziemi słonych skał, ja tymczasem do twarożku zamiast cukru dosypałam mąki. Będą kluski, czyli pierogi leniwe, to jest serowe kluski. Tylko nie surowe, sprzeciwiają się chłopcy i domagają się kolacji już, natychmiast. Chłopcy są głodni a ja dopiero wyrabiam ciasto. Nic nie mówię, uwijam się jak w ukropie, kątem oka patrzę jak się niecierpliwią. Młodzi są a czasu nie maja, smaczne kluski okraszone smażoną słoninką z cebulką zaraz będą za chwilkę, to tylko moment, angstrem naprzeciw wieczności, myślę o moim życiu, które właśnie mija. Ból przeszywa, trochę rozmasowuję, rozcieram bolące miejsce, ból nie ustępuje, wyrywam świeże pokrzywy i ludowym lekarstwem naparzam kręgi lędźwiowe. Wolę pieczenie pokrzyw, niż nerwobóle niewiadomego pochodzenia, poza tym nie mam czasu. Wstaję, dzień wstaje, jest tyle do zrobienia. Tyle wapna na podłodze. Wszędzie pełno wapna, to sąsiad bieli swój bardzo sześcienny pokój, białkuje sufit, ściany i podłogę. Biała podłoga, nawet w szpitalu nie spotkałam, dziwnie to wygląda. Niech się pani nie dziwi, im bardziej czarne ślady, tym bielsze ręce i nogi, powiedział inny sąsiad też umoczony w wapno sąsiada. To nie jest takie sobie przypadkowe zachlapanie sąsiadów, sam Ktoś osobiście macza w tym palce, widzę jak grudki wapna pięknie rozmazuje, rozciera, zaciera, czyli rozprowadza, rozmalowuje, rozbiela coraz dalsze kręgi swojej kompetencji i rozwiesza nieskazitelnie białe na blejtramach, do całkowitego przyschnięcia. Wyszłaś bezradna, zniesmaczona, bo przestało ci, podobać się tu? Ledwie otworzyłam drzwi na ulicę, ledwie jedną nogą wyszłam, a tu jak nie lunie deszcz. Ta chmura, akurat musiała oberwać się nade mną? Rzadkie wielkie krople krótko na początku, a potem to już nawet nie z wiadra, ale z wielkiej niebieskiej dziury. Ulewa nawałnicza, ale nie zaszkodziła, nie było zimno, nie było wietrznie, ani burzowo. Coś jak kąpiel w biczach wodnych? Niebieski prysznic. Deszcz nawet przyjemny, coś jakby chwilowe oczyszczenie mnie i świata. Nawet ścieżka pod stopami umyta, udeptana łzami nieba. Idę. Sięgam po śliwkę, zrywam i zjadam. Dopiero po rozgryzieniu jest smaczna, przedtem wydawała się taka niepokaźna. Dobrze, że nie sądzisz pochopnie, powiedział, gdy pojawił się nie wiadomo skąd. Dziwne, dopiero teraz spostrzegłam, że nigdy w tej okolicy nie byłam, w te rewiry się nie zapuszczam. Nie znasz mnie, wszyscy mnie znają powiedział. Nie wiem dokąd idę, tak jakoś bez celu... Pójdź za mną moje dziecko. Jeszcze tyle pięknych zadziwień światem przede mną, tyle sukcesów, ekscesów. Zanim drzewa szumiące wiekami cierpliwości legną pod piłą? Siebie pytam? Świat hałasem niepohamowanym przerywa ciszę. Pociąg pośpiesznych myśli zza snów nie może przebić się do światła dnia jasnego. Nie starzeję się, wciąż się rozwijam, wciąż dotwarzam siebie? Nie jestem skromna?

 

Nie mogę się obudzić, a przecież pobiegłam sobie na pomoc. Zostawiłam mieszkanie otwarte i pobiegłam... nie bardzo mogłam pomagać, bo zostawiłam mieszkanie nie zamknięte i musiałam wracać... Przez zaorane pole biegnę, do domu wracam przez świeżo zaorane bruzdy i zagony. Boisz się, że ubrudzisz sobie buciki? Umówiłam się co do minuty z dyrektorem, niestety czekam i czekam, a impreza się nie zaczyna. Przyniosłam półmisek pełen makaronu, trzeba będzie zakonserwować, bo się przeterminuje, zmarnuje, tyle jadła. Przypomniałam sobie o jajkach, szybko poszłam do kurnika a tu ani jednej nioski, tylko kurnik z regałami jak na książki, atrapy ścian, puste grzędy, nie ma gniazd, nie ma jaj, nie ma książek, tylko guana wszędzie, że przejść nie sposób suchą nogą. Gdzieś tu między miękkim znalazłam jajeczko młodej nioski. Rozglądam się. O! jest i jajczysko. Podeszłam bliżej, nie tak duże jak strusie u sąsiada, ale zawsze coś. Ledwie wyszłam z tego brudu już musiałam sadzić ziemniaki. Tyle tej roboty na wsi kiedyś było. Ziemia przygotowana, spulchniona zorana, miękko jak w puch wetknęłam pięć przekrojonych sadzeniaków i kosz pusty. Jutro dokończę, pomyślałam bo po sadzeniaki trzeba iść spory kawał i nie zdążę przed zachodem. Tu zawsze czegoś brakowało, czegoś nie stawało, czegoś zawsze było za mało i nie wystarczało, tu na wsi. Czy coś się zmieniło? Stonka podobno wszystko zjadła. Jakbyś nie była leniwa, to byś dziś dosadziła, krzyczy sąsiad z wozu załadowanego kradzionym drewnem, on tak zawsze, z premedytacją niszczy mnie psychicznie. A co zrobiłaś z tą znalezioną torebką, krzyczy i wygraża pięścią, w której zaciśnięty granat napalmowy. Zostawiłam w kancelarii myślę cicho, tam są pieniądze unijne dla bogaczy, myślę smutno, dla cwaniaków. Myślę ze złością? Myślisz, że komu mają dawać, dla bezdomnych, przecież nie mieliby nawet gdzie ich ulokować, cha, cha, cha, chyba w dziurawych kieszeniach, dokończył gardłowo ha, ha, ha i zostawił mnie na pustej dalekiej drodze samą.

 

Nie wiem już, w którą stronę mam iść, ani gdzie jest mój dom, ani nic. Jak ja ugotuję ten krupnik, myślałam. Rodzina usiądzie za stołem suto zastawionym niczym, przy pustych talerzach, przy pustej wazie po krylu. Przecież tak nie może być, jestem matką, i jak każda matka potrafię w różnych, nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach umiem krupnik ugotować. Nie jakąś tam cienką zupkę na gwoździu, ale najprawdziwszy, smaczny i strawny krupnik na boczku, że nic, tylko palce lizać.

 

Idę, idę, zawsze w drodze. Już, cieszę się, że mnie potrzebują. Pole uprawione, urodzajne, tłumaczę komuś zawiłości agrarne, powołując się przy tym na biegłego, który z włosami w lokach coś mi odkrzykuje ze śmiechem. Nie słyszę, przez szum i warkot silników, przez zagłuszające głosy opozycji, przez tuby lobbystów i deweloperów, cokolwiek to znaczy. Dopiero w domu z telewizorni dowiaduję się, że te pola, to golfowe pola. I łąki golfowe, nie dla krów. Wracam do domu ze spuszczoną głową. Ścieżki bardzo znajome a infrastruktura jakby bardzo różna od zapamiętanej z dzieciństwa, na zagonach, na patykach, na palikach pomarańcze rosną czy może ktoś je ponasadzał do dekoracji, nie wiem, nie mogę odważyć się, żeby je zerwać i tak sobie swobodnie, bez lęku rozkoszować się smakiem. Ktoś je zrywa, konsumuje bez opamiętania, zawsze ten Ktoś korzysta, a my zadłużamy się na pokolenia, przypomniałam słowa znającego się na rzeczy. Nie zrywam pomarańczy, chociaż rosną na moim polu, nie wiem dlaczego boję się być posądzoną o kradzież. Głupia babo, u nas, kradnący posądzani nie są. Idę, idę, chyba udało mi się wyjść ze wsi.

 

A w mieście bez problemu dostanę i krupy i boczek, pomarańcze i sok z węgla udający smak truskawkowy i lekarstwa z węgla i węgiel zza sąsiedniej ściany. A skąd krupy i boczek prasowany i pomarańcze? Zewsząd, ale najprawdopodobniej z Chin. I jabłka z Chin, bo nasze gniją pod jabłonkami, dopowiedział biegły agronom. Nie ściemniam świata. Weszłam do ogrodu po wojnie i nie poznałam jabłek pieczonych na jabłonkach. Wieże pamięci często sięgają chmur, a tylko czasem przebijają je i sięgają nieba. Dobrze, że zawsze pamiętam jak ugotować, choćby z niczego, smaczny krupnik i podać w wazie po krylu. Może dlatego nigdy nie byłam głodna. Ani przejedzona?

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież