Stefan Pastuszewski - Pochylone niebo

Gdy czytam wiersze Jolanty Baziak, to słyszę-widzę świergot pliszki pluszczącej się w kałuży czy piasku. Migotanie czerni i bieli na tle płonącej zieleni i złota upalnego lata. Słyszę-widzę gwałtowną lipcową nawałnicę, a zaraz potem przestwór łąk z cicho parującą wilgocią, sino-szarą wstęgę lasu zapowiadającą wieczorne zasypianie dostępnego zmysłom przestworu.

 

Obrazem tej poezji jest bowiem kalejdoskopowa migotliwość skojarzeń, pozornie przypadkowych, lecz o w istocie spiętych wewnętrzną, nie zawsze objawioną energią myśli, a nawet przemyśli. Autorka Wielbłądzicy wie, ale nie zawsze to objawia. I my, czytelnicy, też wiemy, że ona wie i… wcale tak bardzo nie chcemy dowiedzieć się, co ona wie. Bo, przy zanurzeniu się w jej poezji jest trochę jak w buddyzmie: wystarczy stan wiedzy, stan pozornego bezruchu, pod którym jak pod lodem kłębi się życie Prawdy. Zresztą wystarczy wpatrzyć się w brązowe oczy poetki na fotografiach jej tomików, aby przekonać się, że ona obcuje z Prawdą, choć bez wątpienia – jak każdemu człowiekowi – nie jest ona dana w całości i raz na zawsze. Stąd jej podniebne zapatrzenia, surrealistyczne skojarzenia, burza i tęcza po burzy, ruchliwość myśli i głęboki sen gestów. Nigdy bezruch. Autorka wciąż idzie („dalej, do dnia rozdania ciemności, by wtulić się w istnienie zgłodniałej miłosnej materii”), czasem oczywiście biegnąc, i czasem też gubiąc oddech. Ale czyż nie jest czymś wspaniałym chwytać w ramiona (wyrozumiałego czytelnika) zadyszane dziecko?

 

 

Skąd to dziecko biegło? Gdzie tak szalało? Co z tego wynika?

 

Pytania, pytania, które są zarazem odpowiedziami. Bo Prawda nigdy nie jest skończoną odpowiedzią, tylko bardziej pytaniem.

 

Tańczyło „w takt zderzania się cząsteczek muzyki sfer”, szło „w blask pytania stepową pieśnią nad pieśniami”, balansowało na „promieniu wielkiego koła z nieskuszonym jabłkiem”. A wiec to nie było dziecko-androgyne, tylko Ewa, kobieta pełna.

 

 

 

Znak fenomen – pochylone niebo

 

 

 

Jeśli chodzi o świat odkryty przez poetkę i nam przedstawiony, to można go hasłowo, ale nie tylko, istotowo także, zawrzeć w niezwykłej metaforze pochylonego nieba. Mamy tu bowiem do czynienia z całą kosmogonią świata zewnętrznego i świata wewnętrznego człowieka. Poetka pozostaje „w podróży w materię i w człowieka”. Mamy do czynienia z jednością tych dwóch światów, ale też pewnym porządkiem. Nie jest to jednak porządek statyczny. Porządek Stwórcy, a więc Pana nieba i człowieka, przykutego małością i niedoskonałością do ziemi, lecz dzięki pierwiastkowi Boskiemu wyrywającemu się do nieba. Wyciągającego dłonie w modlitewnym geście, czy nawet pięści w twórczym bądź destrukcyjnym buncie, bo człowiek bywa przecież porażony przez zło. „Stopy w brzegu, włosy w niebie” – pisze poetka. I w obydwu przypadkach niebo pochyla się nad człowiekiem, na pewno w miłosnym geście, ale w zależności od charakteru ludzkiego wołania, czy to z uśmiechem, czy to troską.

 

niebo pochyla się

 

rozumie i dotyka

 

jest taki prześwit-przejście

 

bez rejestru

 

płynie i się dopełnia

 

Ale człowiek pozostaje nadal człowiekiem. I chce być nim:

 

dusza chodzi po zakamarkach

 

i kocha się ze światem (…)

 

dopóki mam ciało

 

mogę przebierać się w chmury

 

nosić kosze chleba

 

do rozmnożenia

 

Będąc tu, jest równocześnie tam:

 

tam skąd przychodzę

 

nie ma szyb

 

życie na dachu świata

 

jest powietrzem samym –

 

mglistym o świcie

 

panującym tym co będzie

 

a będzie krystaliczne

 

wyraźne

 

Pochylone niebo to odkrycie Jolanty Baziak – filozofa o orientacji teologicznej, a ściślej augustiańskiej, która nie traktuje Boga jako pojęcie filozoficzne czy figurę stylistyczną

 

(„Gdyby nie było Boga, to trzeba go wymyślić” – tego Baziak nie mówi), ale jako istotę osobową, wręcz nawet z krwi i kości, co z kolei jest efektem zmysłowego postrzegania świata. Niemniej, jeśli przykładać miarę kobiecej poezji do twórczości autorki Bezdomnych w ciałach, to w wielu, a nawet w większości przypadków, ona nie przystaje. Jest to bowiem poezja bardziej intelektualna niż zmysłowa, choć – jak każda dobra poezja – w słowach bardzo konkretnych, rzeczownikowatych, malowanych, twardych niekiedy, ale bez wątpienia zmysłowych.

 

Tak, bo autorka Strefy pomylonych jest też poezji malarką. Jej słowne obrazy widzi się od razu. Tonacja? Pastelowa, czasem ciemna, cierpka, ale – dla zmysłu dotyku-ciepła, bardzo ciepła.

 

Pochylone niebo w swym myślowo-zmysłowym kształcie ma swój odpowiednik w kulturze chrześcijańskiej. To starożytne, wypracowane przez wieki zadumy staroprawosławne złożenie palców do znaku krzyża. Trzy najmniejsze palce składają się w symbol Trójcy Świętej, a dwa najdłuższe – wskazujący i serdeczny są wyciągnięte, bowiem symbolizują Chrystusa – Zwycięzcę, który ma dwie natury: Boską i ludzką. Palec symbolizujący ludzką naturę zbawiciela lekko się pochyla. Czasem z uśmiechem, czasem z troską.

 

Jolanta Baziak, dokonując swego metafizycznego odkrycia pochylonego nieba, nie znała prawdopodobnie tej symboliki, tak jak większość Polaków jej nie zna. Rozpoznawała ją w swoich obserwacjach świata, rozmyślaniach i badaniach za pomocą instrumentu poezji samodzielnie. A skoro do tego samego odkrycia dochodzi wielu, usytuowanych przecież w różnych miejscach czasu i przestrzeni, to jest to Prawda, Najwyższa Prawda.

 

 

 

Myśli zakryte

 

 

 

Wczesna twórczość autorki Pół szyby światła charakteryzowała się zakrytością myśli (choćby zwrócić uwagę na sam tytuł tomu). Zupełnie jakby żeński podmiot liryczny czegoś się wstydził, nie był pewien tego co ma, albo – co jest najbardziej prawdopodobne zważywszy na żeńskość tego podmiotu – wabił tajemniczością.

 

I zwabił. Stefan Rusin w eseju Rozkosze i niepokoje Jolanty Baziak pomieszczonym w zbiorze W ogrodach wyobraźni (2012) napisał:

 

„Do tej poezji dojrzewałem cierpliwie. Wiele jest w niej trudnych kodów i labiryntów. One mnie właśnie zwabiły” (s. 10).

 

Rozeznanie to potwierdził Zygmunt Dekiert pisząc, że droga poezji J. Baziak „to postrzeganie świata przez pryzmat oczekiwania, błądzenia, ulotnego dotykania prawd, subtelnego, wręcz wyrafinowanego mistycyzmu. Droga jasna i ciemna” (Poezja w wizytowej sukni; „Podwórko z Kulturą” 2013, nr 42, s. 3).

 

Jest taka technika poezjowania, która polega na ukrywaniu tego co istotne, nawet na budowaniu gmachów piętrowych przeróżnych fasad. Wtedy to klasyczne szkolne pytanie: „Co autor miał na myśli?” brzmi w całej swej wyrazistości, ba, nawet w gniewie na autora i…uczuciu, który nie sprosta w swej odpowiedzi pytaniu.

 

Czy można gniewać się na autorkę Strefy pomylonych? Raczej nie, zważywszy, że ona świadomie brnie w to pomylenie, w inność, w sfery cienia, pisząc, że „chmura przykrywa ziemię”, a nawet mak, tak jaskrawy w swej czerwieni „wie jak zakryć przed wzrokiem istotę rzeczy”. „Bo nic co najlepsze nigdy nie jest znane” – mówił Mały Książę (albo jemu to mówiono) i Jolanta Baziak nie zamierza sfalsyfikować tej prawdy. Wręcz przeciwnie – zachęca czytelników, aby tego co najlepsze szukali. W jej wierszach, w świecie, w sobie. Nawet gdy dochodzi do karkołomnych zawikłań, jak na przykład w wierszu o tytule z góry skazanym na nierozszyfrowanie Pieszczota słowa „osoba” z tomu Pół szyby światła (2000). Choć minęło już czternaście lat od ukazania się tego tomu, w którym podmiot liryczny nie był wcale pewien, że można ominąć zło, to jednak owa technika zakrywania myśli, choć już nie w takiej jak niegdyś jaskrawości, stosowana jest nadal przez autorkę Dalekiej Wenus.

 

Myśl w poezji nie jest najważniejsza, a szczególnie logika jej wyrażania. Bo poezja to poznanie całościowe, rozbłysk światła, olśnienie:

 

Odsłania się odkrycie (jeśli trwa)

 

a trwa ponad rozumienie (…)

 

znam odpowiedź

 

I po lekturze wierszy autorki Pół szyby światła, nawet tych najbardziej paradoksalnych, odnosimy wrażenie, że my też znamy odpowiedź. Odnosimy wrażenie… I to właśnie jest poezja. Pewność bez pychy pewności.

 

 

 

Teologia i antropologia ciała

 

 

 

W starych europejskich uniwersytetach, teologia nie bacząc na porządek alfabetyczny, lokowała się przed antropologią. Zresztą u zarania była ona jedyną nauką o człowieku, jako że wszystko bierze się od Boga, a antropologia, mimo że człowiek jest panem stworzenia, jest jednak bardzo świeżej daty.

 

I taki też porządek Jolanta Baziak, w końcu filozof teologizujący z wykształcenia, zachowuje. Jej człowieczeństwo objawia się głównie w tym, że fenomenom ciał poświęca bardzo dużo miejsca, że kwestia ta przewija się przez całą jej twórczość, w mniejszych lub większych nasileniach. Poetka mówi: „Ciało nigdy nie kłamie”. I wbrew pozorom jest to wypowiedź jak najbardziej filozoficzna.

 

 

 

Kobiecość, czyli cielesność?

 

 

 

Analizując poezję kobiet nigdy nie ucieknie się od problemu… kobiecości. Zarówno definiowania jej jak i pogodzeniu się z nią. Problem ten pojawia się zarówno u poetek z mniejszym jak i z większym stażem pisarskim, choć u tych drugich jest on prezentowany mniej dramatycznie (pogodzenie się?).

 

Autorka Bezdomnych w ciałach zaczyna od klasyki odkrycia swojej tożsamości:

 

Moje wczesne fotografie

 

kim jestem się waha

 

co być może

 

czy ciało istnieje

 

jako propozycja

 

kuszenie

 

odpowiedź

 

Potem porównuje się do drugiej części świata, czyli męskości, szukając oczywiście wspólnego mianownika:

 

Mężczyzna smakuje świat

 

kobieta bada sens szczegółu

 

oboje zmierzają w absurdalność

 

Trudno jednak tak do końca zanurzyć się w absurdalności, czyli w abstrakcji, czyli w idei.

 

Rzeczywistość kobieca, czyli ziemska cielesność wciąż daje o sobie znać:

 

mam więc naczynie piękne i kruche by się rozbiło na tysiące istnień

 

Stąd kreacja, makijaż wręcz ciała. Pogańska kreacja z pychy słońca wzięta:

 

Jestem kobietą śródziemnomorską

 

kocham oliwki

 

słońce

 

na wietrznej plaży

 

Niebo jednak pochyla się, przypomina o sobie, o duszy, w rezultacie czego mamy fenomenalną wręcz definicją całości:

 

Kobieta

 

od obłoku pochodzi

 

 

 

może gubić wiersze

 

kwiaty telefony i pantofelki

 

jest przebiśniegiem

 

dłonią wielopalczastą

 

promiennością i żarem

 

i to długie spojrzenie

 

w wirujący kosmos

 

 

 

w kosteczkach dłoni

 

trzyma kruchą siebie

 

raduje twarze anielskie

 

 

 

stara i młoda

 

dotyka przestrzeni

 

ważniejszej od przemijania

 

 

 

to ciało w ruchu niebieskich ciał

 

prapoczątek płodności

 

 

 

zagubiona i odnaleziona

 

 

 

Samotność? Nie, nie ma dla kobiety samotności! Nie ma ucieczki od tego planu:

 

 

 

I tak poruszył Bóg ziemię

 

nie od wichrów a od embrionu

 

 

 

gdy byli jedno

 

bo byli jedno

 

 

 

Nie pamiętam nic

 

i śpiewam

 

 

 

Wymyślił miłosną wolność wyłącznie

 

dla niej – mężu

 

była taka bezbronna

 

stworzona tylko dla ciebie

 

we własnym ciele bezdomna

 

 

 

archetyp

 

 

 

samica

 

kurtyzana

 

madonna

 

 

 

 

 

Collage

 

 

 

Techniką pisarską często, choć nie wyłącznie stosowaną przez autorkę Wyspy, chwili, jest technika collage. Zestawienie różnych słów, a co za tym idzie znaczeń, ale też obrazów, bo jest to poezja bardzo malarska, która chce wydobyć nową jakość z tych skojarzeń. Zestawianie oczywiście nie przypadkowe, ale też nie inżyniersko wyrachowane, tylko poniekąd intuicyjne, bo intuicja w wielkiej sztuce to jeden z głównych instrumentów tworzenia.

 

Jaki efekt? Stefan Rusin pisze:

 

„W wielu wierszach, słowa, niby te same, mienią się różnymi znaczeniami i barwami.

 

Ciche, zgrzebne, szare, gibkie – zmieniają się w dostojne, dojrzałe, głębokie, nasycone treścią” (s. 12).

 

I to nie tylko, że poetka tak zamierzyła, także w efekcie takiego a nie innego sąsiedztwa innych słów. Bo collage, to przecież te same, dobrze znane elementy, ale w innym układzie i sąsiedztwie.

 

Stosowana przez autorkę Wielbłądzicy technika collage zdaje się być nie tylko techniką jako taką, podsycającą ogień twórczy (warsztat jest niezbędnym zapleczem talentu i natchnienia), ale równocześnie umiejętnie dobranym sposobem realizacji zasady… ukrywania myśli. Fenomenalna jedność zamiaru i formy!

 

 

 

Podróże w głąb

 

Czytając ostatnie wiersze J. Baziak widzi się łomy skandynawskich skał lub wielkie grudy tłustej ukraińskiej ziemi odłożone na lewo przez lemiesz pługa. To jakby części wielkich modlitw, których rekonstrukcja, łączenie na powrót słów w pierwotnie zdania, może dać satysfakcję wielu czytelnikom. Innymi słowy: Co autorka najpierw powiedziała, a potem rozłamała na cząsteczki jak tabliczkę czekolady.

 

Zbiór nosi tytuł Wyspa, chwila (2011). Bardzo filozoficzny, sytuujący ludzkie jestestwo w punkcie przestrzeni i czasu, ale też – po przeczytaniu całości – konkretny.

 

Powstał bowiem po kilu pobytach w Islandii. Nie jest jednak poezją podróżną. Nie ma w niej mniej lub bardziej sentymentalnych opisów, uzależniających pióro od obrazów, wręcz zniewolonych owymi obrazami i uczuciami związanymi z ich oglądaniem. Wyspa, chwila jest kolejnym zmaganiem się z istotą rzeczy. Ludzkiej, Boskiej…

 

Małe latarnie morskie do których się układa drogi z sieci

 

buty i wyplute kawałki Syberii

 

domy-klify

 

na porzuconych kościach

 

 

 

Muzyka kosmicznych sfer

 

Przedziwna jest w tej poezji forma. Arytmia. Słowa-dźwięki szarpane, urwana nagle fraza… Tak, tak: słowa i dźwięki, bo jest to muzyka, muzyka jak najbardziej współczesna, hiper-współczesna.

 

Wybierzcie się, Państwo, na koncert Orkiestry XXI wieku, a usłyszycie Jolantę Baziak. Albo lepiej – muzykę sfer niebieskich.

 

Arytmię pliszki kąpiącej się w kałuży lub piasku. Niezwykła jedność (kosmogonicznej) treści i (muzycznej) formy.

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora