Rafał Jaworski - Stare gazety na strychu pod stuletnimi gontami (2)

Wróćmy do roczników mego ulubionego tygodnika. Cytowałem już Antoniego Potockiego przytoczę jeszcze parę zdań z innej rozprawki tego autora „Przesąd piękna”: - „Nikt do dziś dnia nie wie co to jest piękno. Próżno Winkelman mierzył je geometrycznie na zezwłoku sztuki greckiej, ono się z proporcyi szczerze roześmiało w gębach pijackich Browna lub w głowiastej rzeźbie Rodina. Próżno zdrowy rozsądek zmyślał dowcipne przysłowia: nie to piękne, co piękne, lecz co się komu podoba, bo, chociaż niemały zastęp ludzki uspokoił się po tem określeniu, ale inni zakrzyknęli, że to trucizna, zaprotestowali i uciekli. Nastąpiły liczne próby podparcia Chochoła piękna t. zw. atrybutami. W kolejno przybyła w pomoc mu Harmonia, zaprzeczył zaś jej Dysonans. Potem wzniosłość oparła pustą głowę o Niebiosa, potem Prawda poszła w śmiertelny tan z Fikcyą, potem rzewna staruszka Dobro rozrzewniała się nad kopaniem buraków lub powrotem syna marnotrawnego, aż nadciągnął huf Manfredów i Kainów, i staruszka zaniemówiła z przelęknienia.”[i] Cóż ma odpowiedzieć na taki ustęp pochłonięty lekturą człowiek elektroniczny? Chyba tylko skojarzyć z nim frazę z „Elegii duinejskich”: „Albowiem piękno jest tylko/ przerażenia początkiem,  który jeszcze znosimy/ z takim podziwem, gdyż beznamiętnie pogardza/ naszym unicestwieniem.”  Czyste piękno obecnie nie jest kategorią krytyczną stosowaną poważnie.

 

 

          Przenieśmy się do spraw bogoojczyźnianych:

 

 

 

    (…)

 

   „Z nad murów Częstochowy

 

   Bogarodzicy wzrok,

 

   Twej Pani i Królowej,

 

   Twój każdy śledził krok.

 

   I Jej puklerzem zbrojna,

 

   W Jej upowita czar,

 

   Szłaś wielka i dostojna

 

   Pod Chocim, Wiedeń, Bar.

 

 

 

   Gdzie wstęga Wisły płynie

 

   Aż po Bałtyku brzeg,

 

   Tak imię Twoje słynie,

 

   Tak dziejów twoich bieg.

 

   O, wznieś się Orle Biały!

 

   O Boże! spraw ten cud

 

   Niech słońce dawnej chwały

 

   Ogląda polski lud.[ii]

 

 

 

           To fragment tekstu, który proponował Władysław Bełza, (muzykę napisał  Feliks Nowowiejski) na sztandarową pieśń Niepodległej. Obrazuje to spory po odzyskaniu suwerenności w 1918 r., co do dopełnienia państwowości poprzez przyjęcie adekwatnych symboli. Zbiorowy entuzjazm tamtego czasu  jest zupełnie nieprzystawalny do smuty po roku 1989, kreowanej jako zwiastun i jutrzenka  nowej niezawisłości. Tamtą euforię i pozytywne działania (wręcz heroiczne) można jedynie porównać do okresu „Karnawału” Solidarności. Ale tam uczestniczył uciemiężony naród, a tu, po dziesięciu latach po „Karnawale”,  przy zielonym suknie i pejsachówce ustalono za naród granice niepodległości i podległości wobec obcych struktur. Kiedy widzę po latach te „Wyborcze Gazety” z okresu przed kontraktowymi wyborami i po ich wygraniu przez stronę solidarnościową robi mi się mdło, choć sam uczestniczyłem w tej hucpie (a może dlatego). Np. numer GW” 2-3-4 czerwca 1989 r. otwiera wstępniak „Potrzebna jest łaska odwagi” – Rozmowa z ks. Józefem Tischnerem. Słychać w niej strach przed wygraną, przed tymi, z którymi dla wolności kraju trzeba wygrać w sposób demokratyczny. M. in. pada pytanie: „A co budzi Księdza obawy?” Ks. J. T. odpowiada: „Przede wszystkim to, czy będziemy potrafili zjednać ludzi, którzy z Solidarnością przegrali lub przegrają.” Nie zjednali, dali się rozmienić na drobne przywileje powierzchownej, tytularnej władzy, „grubokreskowicze” dali się wyprowadzić w pole. Nie słyszałem o funkcyjnych, ale i zbrodniczych komunistach, którzy by ponieśli jakiś uszczerbek wskutek transformacji. Mają się dobrze, dużo lepiej.

 

            Dla zakończenia akapitu o „GW” – dla polskiej państwowości i świadomości szkodliwej - trzeba jakiegoś podsumowania: „W roku 1977 w wydanej w Paryżu książce Lewica, kościół, dialog  Adam Michnik samokrytycznie bił się w piersi z powodu, iż: Katolicyzm równał się dla nas z antysemityzmem, z faszyzmem i ciemnogrodem i wszelkimi zjawiskami antypostępowoiści ( …) Co znaczy „dla nas”; dla KPP-owców, luksemburgistów, dysydentów PZPR-u?  Za określenie „luksemburgizm” M. J. Rymkiewicz został z pozwu Michnika skazany. Wcześniej guru bił się w piersi, a potem dalej robił swoje, jak świadczy cała linia „Gazety Wyborczej” od roku 1989.”[iii]

 

        Wypadałoby dorzucić jakiś passus okresu PRL-u.  Jest tego dużo. Dużo za dużo. Metoda chybił trafił będzie najlepsza: dwa razy nie więcej. I trafił się na poły intelektualny, szanowany wtedy „Przekrój”. Kazimierz Koźniewski (przypominam, że pisarz to „sumienie narodu”) w artykule „Od nas zależy” tokuje: „ Minął rok 1969. Na początku tego roku, na lutowym plenum KC PZPR, powzięte zostały pewne istotne decyzje ekonomiczne. Nazwano je zmianą zasad inwestycyjnych, ale w państwie socjalistycznym, państwie gospodarki planowej, zasady inwestycji rozstrzygają o modelu życia gospodarczego.” [iv] Przypomnę, że ten Pan pisarz był naczelnym „Tu i teraz”, pierwszego pisma literackiego po odwieszeniu na kołek historii stanu wojennego. Miałem jego numery, ale spaliłem, a byłby żer, że tak wiele szacownych obecnie nazwisk chciało współpracować. Również poetów.

 

          Znowu stosujemy metodę chybił – trafił dla PRL-u: I cóż? otrzymujemy w darze od muzy przypadku:  „Stacja VI” : Piotr, który niedawno wymachiwał mieczem i odgrażał się szedł teraz zbolały, przygnębiony własną zdradą, zajęty sobą. Był i Jan, i Nikodem, którzy zajęli się, już po wszystkim, zwłokami. Ale tylko Ona jedna miała odwagę. Odważyła się wbrew ogólnemu nastrojowi wrogości i strachu. (…) ona jedna wiedziona prostym odruchem serca ulitowała się nad znieważonym Obliczem.”[v]  Tak, teraz już wiem, że chybił  - trafił jest częstokroć uniwersalne – oczywiście dla obszaru refleksji. Postać Weroniki nie jest ściśle historyczna. Apokryfy utożsamiają jej osobę z  cudownie uzdrowioną kobietą cierpiącą na krwotok (Mt 9,20-23, Łk 8, 43-48), natomiast Ewangelie kanoniczne nie zanotowały takiego zdarzenia. Przytoczę początek wiersza z mojej „Drogi krzyżowej” z roku 2009:

 

Jak mówić o postaciach,

 

które tak bardzo nie zaistniały

 

(a są konieczne), że trzeba je 

 

rzeźbić w kruszcu legend?

 

 

 

Żydowska kobieta zwana Weroniką

 

powstała ze strachu wiernych, że w ich sercach

 

dla sprawiedliwego nie ma krztyny litości. (…)

 

 

 

             Mordercy dla idei, ery czasów uprzednich o wiek i dwa więcej, mieli nieco inny „profil charakteru”, niż „nasi terroryści” typu Bader-Mainhof, czy typu państwowego typu „Putin” i jego złote wrota.  Karolina Corday jest najjaśniejszym tego  przykładem.  „… cieszyłaby się może tą samą czcią , co Joanna d’Arc, gdyby nie dwa względy:  zamach nie udał się tym znaczeniu, że nie spełnił nadziei, nie usunął terroru, lecz spotęgował go raczej; następnie miał na celu usunięcie tyranii wewnętrznej, a nie uwolnienie od najazdu zewnętrznego.”[vi] Po wyroku śmierci Karolina pisała: „ceniłam życie tylko o tyle, o ile mogło być pożyteczne,”. Ojcu cytuje wiersz Corneille’a:  „Zbrodnia przynosi hańbę, a nie szafot.” A ona nie popełniła zbrodni. Powiedzmy w tym kontekście, że może nienawiść do zbrodni, ugruntowana czynem, jest wyrazem miłości wyższego rodzaju. Poświęca się swoją osobę, jej prymaty, a poprzez to poświęcenie, likwiduje się nienawiść samą w sobie, jednostkowy symbol zła.

 

        Mógłbym się na tym strychu zamknąć,  przez okienko oglądać Dolinę Przemszy Białej, wsłuchiwać się w turkot pociągów na żelaznym moście i z tej perspektywy oraz widoku wieży ratusza, którego zegar zatrzymał czas, zrozumieć cały świat. Oczywiście moje ograniczenia postrzegania kurczą tę możliwość, ale poznanie cząstkowe i chrome jest nawet mnie zadane. A także zapewne każdemu kto chce być człowiekiem, a nie konsumencką maszynką do wtórnego trawienia byle reklamowanego przedmiotu.

 

          Teraz już nie wiem, po jaką cholerę wnosiłem pod gonty numery „Tygodnika Kulturalnego”, „Odry”, „Życia literackiego”, „Gazety Polskiej” itd., tego teraz sobie nie umiem uzmysłowić. A i teraz myślę, że winien jestem  moim spadkobiercą zostawić te zbiory w nienaruszonym stanie, uporządkować, aby mogli wyrobić sobie świadomość czasu przeszłego i jego korespondencję z teraźniejszym w myśl rekapitulacji  Kierkegarda: „ człowiek jest syntezą skończoności i nieskończoności, czasowości i wieczności, konieczności i wolności.” Liczę się też poważnie z możliwością, że te zbiory tekstów zasilą po mojej śmierci kontenery na pobliskim śmietniku.

 

           Czas płynął. Jan Paweł i Ronald Reagen działali i oddziaływali, i rzeczywiście Oni uprzedzili przechylanie osi planety Ziemi przez „imperium Zła”, sami ją duchowo i energetycznie prostowali. I tak to bywa do kolejnych powtórek. Tylko czy aktualnie istnieją tytani tej formy. Jakby format osobowości przywódców ludzkości mocno się obniżył. Zło w wymiarze metafizyczno-globalnym odradza się jak pospolity perz ogródkowy. Trzeba pielić.

 

           Na starcie nowej rzeczywistości, tej po transformacji, należałoby przytoczyć fragment wiersza poety o obawach tego optymistycznego (w elitach, nie w „masach”) periodu czasu: „Nadejdą czasy demokracji i wiara okaże się/ równie ulotna jak prawa. Wysokość czynszu,/ cła i podatku stanie się właściwą miarą/ wolności. Deficyt podyktuje nowe dogmaty./ Polityczna czujność wyrodzi się w nieznośną, proceduralną nudę.[vii]” W chwili obecnej takie strofy byłby potraktowane jako głęboka publicystyka a nie, jak brzmi ich oficjalny tytuł „Dawna przepowiednia”. Korespondują natomiast zbyt zażyle (jak na me ucho) z Apollinaire’a wierszem „Orfeusz”[viii], w którym Francuz ironizuje, ostrzega przed unifikacją, którą niesie demos. Teoretyczne i pragmatyczne zawirowania na linii poezja gorąca - poezja wyizolowana od przemian społecznych są aktualne, ale bez znaczenia, bo znaczenie realne utraciła sama poezja. „Chłop żywemu nie przepuści” - wiadomo, a intelektualista z „parciem na szkło”, prawdzie o rzeczywistości obiektywizowanej metaforycznie tym bardziej.

 

             Dlatego z mojego strychu do klawiatury komputera zniosłem na drobną chwilkę „Ład” z 1993. Katolicki Tygodnik Społeczny,  który dla walorów intelektualno-społecznych wtedy kupowałem. I czytam na stronie pożółkłej marnego papieru: „Nareszcie publicyści Tygodnika Powszechnego dostrzegli istnienie w Polsce zjawiska, które od dawna budzi w opinii katolickiej rosnący niepokój. Dostrzegli, że podnosi się w naszym  kraju fala nietolerancyjnego i operującego prostymi szablonami antyklerykalnego permisywizmu (Jarosław Gowin, Porażki myślenia, czyli odwet profanum)[ix]”.  Pismo „Ład” dawno padło, jak i ład, który promowało. Ale o ładzie w czasach chaosu nieźle się wspomina lub nieźle się z niego szydzi jako pośledniości w twórczym fermencie. Naprawiaczy Kościoła jest nad Wisłą wielu. Totalnych krytyków mrowie. A Kościoły jednak dość pełne.

 

        „Legalna grabież może być popełniana na nieskończoną ilość sposobów. Mamy nieskończoną ilość planów dla jej zorganizowania: cła, zasiłki dla bezrobotnych i zasiłki macierzyńskie, subwencje, subsydia, dotacje, podatki progresywne, publiczne szkoły, gwarantowane zatrudnienie, gwarantowane zyski, płaca minimalna, prawo do pomocy, prawo do narzędzi pracy, „tani” kredyt itd. itp. Wszystkie te plany jako całość – z ich wspólnym celem legalnej grabieży – stanowią socjalizm.”  Tak napisał Fryderyk Bastitat (1801-1850). Cóż za zharmonizowanie diagnozy z czasem początku „Ery Wodnika.”  Obok widnieje w wertowanej przeze mnie gazecie cytat z Cycerona „Ciągnięcie zysków z państwa to nie tylko rzecz obrzydliwa, lecz ponadto występna i zbrodnicza”. Te cytaty zostały zamieszczone  jako ilustracja artykułu Ryszarda M. Ebelinga „Interes producenta kontra interes ogólny Geneza zdemokratyzowanych przywilejów” zamieszczonym w „Nowym Świecie” 4-5 VII 1992 r. Starszawe czasy, ale czasy kiedy prawdziwy liberalizm był polskiemu społeczeństwu znany marginalnie, a oferowany i przedstawiany jako absolutne objawienie, coś szokującego po real-socjaliźmie. W bogactwie narodów Adam Smith wysunął niektóre z najbardziej  zasadniczych argumentów przeciwko panującemu wówczas systemowi polityki gospodarczej – merkantylizmowi. Praktycznie w każdym z krajów Europy rządy regulowały, kontrolowały i planowały gospodarczą działalność obywateli. We Francji regulacje te były tak szczegółowe, że określały nawet, ile razy należy przeciągnąć nitkę przez dziurkę przyszywając guzik do koszuli.” Tak swój artykuł zaczyna wspomniany wyżej autor. „Bruksela” takie wzory powiela w sposób nachalny i ostentacyjny dlatego, że czuje bezkarność swych uchwał poprzez demokratyczną nominację.

 

                      Mógłbym to moje skakanie z tematu na temat kontynuować, konfrontować czasy aż do własnej śmierci, a przynajmniej rozeznania w rzeczywistości. Ale jak pisał w poincie „Szewców” Witkacy: - „Trzeba mieć duży takt, By skończyć piąty akt”. /To nie złudzenie – to fakt.”

 

          Na koniec moja oziębłość uprzedza: -  nie zapraszam nikogo na mój strych. Każdy winien mieć swój. Niech się  wspina, wyciąga wnioski, weryfikuje tezy, pochłania fakty. Bywa jednak, że „swój” strych trzeba dopiero budować. To trudne, ale nie niemożliwe, choć bardziej zdradliwe wewnętrznie i obciążone skazą egocentryzmu. Strychy zastane podlegają egzekucji własnego wyboru. A jednak pokuszę się o kończący cytat ze starego miesięcznika: „Bóg ukrył pod ziemia skamieliny, aby wystawić na wiarę geologów[x]”. Mogę jako symetryczną odpowiedź napisać: Bóg ukrył na strychach pomieszanie wartości, aby człowiek mógł je destylować, tworzyć ich ingrediencje, odrzucać czynniki skażenia. Trzeba wpatrywać się w znaki czasu i poprzez ich zaprzeczenie, odczytywać uprzednie. 

 

                                                                    marzec - kwiecień  A.D. 2014

 

 

 

 

 



[i] Antoni Potocki „Przesąd piękna”: „Tygodnik Ilustrowany” nr 10 6 marca 1909 roku str. 184

[ii]„ Kalendarz Zorzy na rok 1920”, W-wa 1920; Władysław Bełza „Hymn Polski” str. 106

[iii] Jerzy Robert Nowak „Dzieje grzechów” ; „Nasza Polska” nr 33 z dn. 15.08.1996 str. 8

[iv] Przekrój nr 1291,  4 stycznia 1970 r. str. 4

[v]  Ks. Adam Boniecki: „Tygodnik powszechny” 1989, nr 13 str.1

[vi] „W.”  „Dziewica terroru”, „Tygodnik lustrowany”;  Nr 7 1909 r. str. 132

[vii] Zbigniew Machej „Dawna przepowiednia”; „Tygodnik Literacki” Nr 5 z 21 października 1990, str . 1

[viii] O czasy tyranii/ Demokratycznej / Piękne czasy gdy trzeba będzie kochać się nawzajem/ I nie być kochanym przez nikogo/ Nie zostawiać nic za sobą/ I przygotowywać przyjemność na użytek wszystkich/ Ani zbyt wzniosłą ani zbyt błahą.

 

[ix] Janusz Zabłocki „ Antyklerykalny permisywizm i jego źródła”; ŁAD 10 I 1993 nr 2

[x] Jorge Luis Borches „Stworzenie i P.H. Gosie”, „Odra” nr  7-8 1975 str.55

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora