Ryszard Skwarski - DLACZEGO SKRZYPCE TAK PŁACZĄ

Sucho stuknęły wahadłowe drzwi. W kościele było chłodno. Od strony zakrystii dobiegały stłumione głosy. "Wszędzie ci ludzie" - pomyślał ze złością. Przesunął się w pobliże pustego konfesjonału i natychmiast dopadł go smutek zwisającej u drzwiczek stuły. Na przykre niespodzianki był zawczasu przygotowany. Nie dał się zaskoczyć. Przywołał od razu pierwsze przykazanie - Nie ulegać chwilowym nastrojom! Nie uległ. Uspokojony rozejrzał się ostrożnie.

Kościół był świeżo po remoncie. W kącie stały jeszcze resztki rusztowania. Ściany i sklepienia lśniły wytworną bielą. Dopieszczone złocenia połyskiwały ociężale. Tylko obojętne wobec wystawnego splendoru twarze męczenników i ich oprawców pozostawały na obrazach nieporuszone. Na ten widok zagrała w nim krew. Zbudziła się myśl krytyczna. Gorączkowo, lecz teraz już na próżno przywoływał stosowne przykazanie. Wszystko na nic. Czuł jak przemożną falą ogarnia go refleksja.

 

 

Myślenie oderwane stało się jego nawykiem, hołubionym przyzwyczajeniem, drugą naturą. Gdy był chłopcem zdarzało się, że ścieląc łóżko zastygał z poduszką w ręku. Syrenim wołaniem przyzywały go miasta dalekie. Z obłoku złotego pyłu wyłaniał się świat zaczarowany. Raz był to zachwycający profil donny Dolores w zakratowanym oknie Sewilli, innym razem wynurzające się zza prowansalskich wzgórz postacie królewskich muszkieterów. Tymczasem za szybą płonął od rannej zorzy mur sąsiedniej kamienicy.

 

Trwał bez ruchu dopóki głos matki nie ściągnął go na ziemię. "Znów myślisz o niebieskich migdałach!" - karciła go. Nie lubiła tych jego zamyśleń.

 

Wszystkiemu był winien ból zęba. Gdy bolał go ząb zapominał o Bożym świecie. O Bogu nie zapominał. Musiał do kogoś kierować swe żale podczas bezsennej nocy. Próbował zjednać sobie Boga błaganiem, gdy nie skutkowało silił się na poryw heroiczny. Dziękował Bogu, że go tak doświadcza. Ale fałszywa struna pobrzmiewała tu zbyt silnie. A ból jakby prowokowany wyzwaniem tężał. Słowa modlitwy zastygały na ustach i wszystko, co wyszeptał brzmiało niepoważnie. Modlitewne uniesienia mijały, tabletki nie skutkowały. O świcie pędził na pogotowie. Ból minął, pozostało przygnębiające doznanie, że jest przede wszystkim ciałem. Nie przyszło mu do głowy, że dentysta mógł tego dnia zachorować.

 

Pełne słodyczy twarze męczenników przypomniały mu teraz, że nie sprawdził się w godzinie próby. Poruszony ich udręką doznawał mieszanych uczuć.

 

Męczennicy za wiarę sprawiali mu kłopot od dawna. Pamiętał z lekcji religii u Ojców Jezuitów opowieści o śmierci ich wielkiego patrona. Wybrał męczeństwo, w nagrodę jego skatowane ciało nie ulega rozkładowi. W młodzieńczym okresie, gdy hagiografię między bajki włożył, sprawa kresowego męczennika przestała go zajmować. Odżyła znów, gdy zainteresował się filozofią. Jeśli przekazy z martyrologium są zmyśleniem, to ile są warte materiały źródłowe?

Pewnego razu, pod wpływem Edyty Stein sięgnął do pism Teresy z Avilii.

 

"Męczennicy znosili zadawane im męki bo Pan wspierał ich miłością swoją, i mękę lekką czynił".

 

"A więc wszystko jest łaską" - odetchnął.

 

 

 

Zapadał zmierzch. Zbliżała się pora wieczornego nabożeństwa. Świątynię wypełniało powoli światło. Zrazu łagodne, obmacując nieśmiało boczne ołtarze wydobywało z półmroku postacie świętych. Za chwilę rozjarzyły się żyrandole. Boczne nawy zapełniały się kobietami. Złapał kilka przelotnych spojrzeń, i nagle poczuł się intruzem. Przeżegnał się tylko i spiesznie opuścił kościół.

 

 

 

Miejskiego nigdy znosił. Szybkim krokiem mijał uliczne Zgromadzone tu słowa i rzeczy przyprawiały o mdłości. Zmieszane ze sobą napierały z każdej strony. Wypełzały z pojemników, kłębiły się w przejściach. Tryumfalnie obnosiły swoją nędzę. Cuchnęły w słońcu. Powietrze drgało od nadmiaru istnienia.

 

Na Krakowskim Przedmieściu, odetchnął z ulgą. W królestwie pomników odpływał w "rajską krainę ułudy". Zaglądał do księgarni, wstępował do antykwariatów, przesiadywał w bibliotekach.

 

Tam jednego razu doznał nie dającej się opisać radości. Siedział w rogu bokiem zwrócony do okna. Z dalekiej gwiazdy nadbiegła smuga światła. Wcisnęła się pomiędzy stół i zawalony gazetami regał. W przelocie musnęła wyblakłą tapetę i spłynęła po poręczy krzesła. Krótkim pocałunkiem ożywiła zastygłą w bezruchu ciemność. Nadała kształt rzeczom i odfrunęła.

 

 

 

Urzeczony nagłym odkryciem wstrzymał oddech bojąc się spłoszyć chwilę. Poezja nie jest z tego świata. Jest pieśnią dobiegającą zza siedmiu, gór, zza siedmiu rzek!

 

 

 

Było to dawno temu, gdy zapach świeżo skoszonej trawy mieszał się z wonią tataraku. Woda pluskała nieśmiało o deski pomostu. Księżycowa poświata spływała po gałęziach świerków. W tej aurze sennych widziadeł toczyła się rozmowa - o naturze rzeczy, o ładzie utajonym, o rękach wyciągniętych nad światem.

 

 

 

Długo tak rozmawiano aż pokładły się na wodę ranne mgły. Tysiące zdarzeń zapada się w niebyt, a jedno pamięć pielęgnuje. Ten krótki tryumf poezji zdawał się być zwiastunem nieoczekiwanego.

 

 

 

Zwykle zaczynał dzień przy kawiarnianym stoliku. Tamże roztrząsał przyczyny wtóre lub czytał. W ów poranek nawet i to nie było mu dane.

 

 

 

"Co czytamy?" - usłyszał nad sobą czyjś głos. Najpierw zobaczył wymięty kołnierzyk koszuli i dziwacznie poplątany krawat. Zgięty wpół pochylał się nad nim mężczyzna w podeszłym wieku. Uderzające były jego oczy - koloru wyblakłego błękitu. Nie pasowały do przymilnego uśmiechu. "Oczy umarłego" -pomyślał.

 

 

 

Uprzedzając odmowę, Nieznajomy pospiesznie usprawiedliwiał swoje najście. "Wybaczy pan, że przeszkadzam, ale pańska fizjonomia ośmieliła mnie, żeby zwrócić się do pana z pewnym pytaniem" - tłumaczył się gorączkowo.

 

 

 

Poczuł jak opuszcza go dobry nastrój. Bywalcy kawiarniani znają na pamięć tę śpiewkę. "Słucham" - powiedział oschle. "Po co ja żyję?" - jakby ze studni wydobyło się pytanie. Zaskoczony ani się spostrzegł jak odeszła go złość. "Myślę, że pan sam musi znaleźć odpowiedź". "Tego się spodziewałem!" - ożywił się. Przysunął sobie krzesło, filiżankę postawił na stoliku. Widać było, że zamierzył zostać dłużej.

 

 

 

"Ma pan przed sobą człowieka, któremu, objawiła się wielka prawda" -zaczął ze śmiertelną powagą. "Niedobry początek" - pomyślał. Postanowił słuchać ostentacyjnie nie okazując zainteresowania.

 

 

 

Na dworze rozpadało się na dobre. Wiatr siekł strugami deszczu o szybę. "Pieski los" - pomyślał. "Już mój ojciec nie miał szczęścia, już mój dziadek nie miał szczęścia, jużeśmy Konfederację Barską przegrali" - przywołując satyrę na malkontentów uśmiechnął się do siebie. Nieznajomy wziął to za dobrą monetę. Upił łyk kawy. "Zapali pan?" Nierozważnie przyjął papierosa. "Teraz już nie wywinę się" - przebiegło mu przez głowę. "Pojąłem wreszcie, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie" - obwieścił. "Kiedy pan to odkrył?" - spytał z ledwie maskowaną ironią. "Zdziwi się pan, ale właśnie teraz, kiedy tyle się zmieniło. Przedtem raz mocniej, raz słabiej wierzyłem, że nadejdzie godzina prawdy. Miałem powody, nie byłem w partii choć mogłem"- oświadczył z godnością. "Zaraz po wojnie należałem do PSL-u. Prawdziwego!" - podkreślił. "Co pan tam robił?" "Zdzierałem gardło na cześć Mikołajczyka. Nie miałem nawet dwudziestu lat. Mogłem sobie pozwolić. Wiwatowałem, skandowałem, śpiewałem!". "Jednym słowem wznosił pan okrzyki". "Zgrabnie pan to ujął, choć niekompletnie. Transparenty nosiłem też. Zmieszany z tłumem miałem poczucie, że jestem cząstką nieuległego narodu. Samo słowo naród przyprawiało mnie o drżenie. Społeczeństwa jakoś nie czułem. Społeczeństwo to codzienność. Naród jest od święta. A ja zawsze kochałem święta. Codzienność była okropna. Mieszkałem w jakiejś klitce, na górze pijacka melina, wokół gruzy i nieodmienny smród moczu w bramie. Stosunki międzyludzkie parszywe. Później, kiedy już wszystko się skończyło, wyemigrowałem - wewnętrznie. Ulice nadal zapełniały tłumy, ale to już było bydło w zagrodzie."

 

 

 

Nieznajomy zasępił się i milczał chwilę. Nieruchomo wpatrywał się w kościół po drugiej stronie ulicy. "Podać coś jeszcze?" - spytała kelnerka. „To samo" - powiedział.

 

 

 

"Słyszał pan o cudzie w Lublinie?" "Nie, kiedy to było?" Roześmiał się -"Dawno temu. W lipcu 1949 roku. Matka Boska na obrazie w katedrze płakała krwawymi łzami. Tłumy ludzi ciągnęły z całej Polski. Byłem tam, ścisk panował nieopisany. W tłoku zadeptano dziewczynę, do dziś pamiętam jej nazwisko -Helena Rabczuk. Komuniści zrobili z tego polityczną hecę. Grzmieli na religijny fanatyzm i zabobon. Wydali ustawy zabraniające zgromadzeń. Deklamowali coś o wolności sumienia." "A co na to wszystko biskupi?" Nieznajomy milczał przez chwilę. "Biskup lubelski, nazywał się Chałwa czy Kałwa, powiedział, że cudu nie było. To znaczy nie wprost, ale jakoś tak dyplomatycznie, na okrągło." "A może rzeczywiście cudu nie było?" "Wielu ludzi widziało." "Pan widział?" "Nie mogłem się docisnąć. Wróciłem do Warszawy bardzo przygnębiony śmiercią tej dziewczyny, a jeszcze bardziej oświadczeniem biskupa."

 

 

 

"Przeminęło życie" - zakończył cicho. Chciał go pocieszyć jakimś frazesem lecz urwał w pół słowa. Oczy Nieznajomego pełne były nie dającego się opisać bólu.

 

 

 

Wyjrzało słońce i twarz Nieznajomego rozjaśniła się. Nie wierzył własnym oczom. Był pewien, że widział tę twarz na jakimś fresku z włoskiego quattrocento. To była ta sama twarz.

 

 

 

"Zanim odejdę" - przerwał milczenie Nieznajomy - "Chciałbym coś panu wyznać. Postanowiłem kiedyś skończyć z tym wszystkim. Poczyniłem już pewne przygotowania. Przedtem jednak zaszedłem do kościoła. Zawsze to robię na życiowym zakręcie. Ukląkłem i zacząłem się modlić. Gdy zamierzałem wyjść usłyszałem - "Nie bój się. Idziesz po czyichś śladach". -Wróciłem odmieniony.

 

 

 

"No, czas na mnie". Widząc, że Nieznajomy wstaje zapragnął nagle go zatrzymać. "Niech pan jeszcze zostanie. Napijemy się koniaku. Zapraszam". Jedną ręką przywoływał kelnerkę, drugą sięgał do kieszeni. "Nie, nie - zaprotestował -Muszę iść. Mój czas dobiegł końca".

 

Wypatrzył go jeszcze po drugiej stronie ulicy. Jakby czując na sobie jego spojrzenie, Nieznajomy odwrócił się. Stał w słońcu i uśmiechał się. Przesłonił go autobus. Gdy odjechał, na chodniku nie było nikogo.

 

Któregoś dnia ta sama kelnerka stawiając przed nim kawę powiedziała: "Ten starszy pan który się wtedy tu przysiadł nie żyje. Umarł w tym kościele. Widziałam, bo akurat przechodziłam kiedy go wynosili. Był uśmiechnięty jakby się z czegoś cieszył".

 

Odwrócił głowę. Uliczny skrzypek grał Adagio. Matka trzyma go za rękę. Stoją oboje zasłuchani. "Mamo, dlaczego skrzypce tak płaczą?" Nie odpowiadała. Ciężka kropa spadła na jego policzek. "Chodźmy - usłyszał jej głos - zbiera się na deszcz".

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież