Marek Słowiaczek - Narodziny

Wyłączyłem telefon. Zamknąłem za sobą drzwi. Muszę ochłonąć na świeżym powietrzu... Nie mam zamiaru wysłuchiwać nieznośnych obelg. Nie lubię anonimowych krzykaczy, którzy obrażają mnie bez przerwy. Mam dość kłótni i bezpodstawnych oskarżeń. Ktoś powinien zakończyć zbędną wymianę zdań... W pośpiechu włożyłem ręce do kieszeni, by ostatecznie zapomnieć o tegorocznym mrozie. Nie jest łatwo. Zresztą nikt nie obiecywał, że w tak podniosłej chwili będzie szansa na osiągnięcie kompromisu. Tego dnia człowiek chce być lepszym. Kładzie na stole pusty talerz na wypadek, gdyby niespodziewanie odwiedził go chory, głodny, bezdomny.... Migające diody led rozświetlają wymarłe ulice. Po zmroku świat jest pusty. Nastał czas prawdziwej miłości. Wigilia.

 

 

 

 

W mroźną, styczniową noc krzycząc po raz pierwszy oddałem się światu. Mam wrażenie, że zima mnie prześladuje. Wyznacza odpowiednie ścieżki. Zakreśla refleks, który ustala kierunek… Przypominam sobie, gdy jako niesforny berbeć celowo dawałem nura w zaspy obok domu, choć zawsze wtedy już od samego rana tata próbował usunąć grubą warstwę śniegu. Eksplozje radości rozpierały małe dziecięce ciało zapakowane prawie we wszystko, co można było znaleźć w ogromnej szafie z zimowymi ubraniami: grube majtki, rajstopy, getry, dwie pary skarpetek, podkoszulek, bluzę, sweter, puchowy kombinezon, szalik, czapkę z pomponem, futrzane rękawiczki. Dziś nie pojmuję  jak można było w ogóle zrobić choć jeden krok mając na sobie tak wiele rzeczy. A jednak, po wyjściu na dwór wpadałem w szał. Bęc! Z gracją godną modelki na wybiegu wskakiwałem w pierwszą napotkaną górę śniegu i od razu porcja mroźnego puchu trafiała nie tylko do mych uszu ale i skarpetek, bo przykrótki kombinezon  uparcie wychodził z butów. Na drugiej stronie podwórka, oblany potem ojciec odrywał wzrok od szufli. Spoglądał na mnie, a ja rozumiałem, że powinienem znaleźć sobie inną zabawę. Po takich wyczynach spałem wyjątkowo dobrze.

 

 

 

Gdy nie mogę zasnąć podchodzę do okna i obserwuję rytm świata po drugiej stronie. Na szybie szukam pustego miejsca - fragmentu szklanej przesłony bez zimowego tatuażu. Przykładam policzek do okna, a później oparty czubkiem nosa o szybę rozważam ile czasu potrzeba, by poczuć chłód w całej głowie.

 

 

 

Do szkoły często chodziłem bez czapki. Zaledwie po pięciu minutach od wyjścia z domu odczuwałem przerażający ból w uszach. Wkładałem ją wyłącznie podczas zimowych wypraw w góry. Z ciężkim plecakiem i nartami na ramionach brnąłem wraz z kumplami przez zaspy i leśne zarośla, by pokonać kilka kilometrów do wyciągu. Szliśmy na skróty. Nie było łatwiej, ale za to ciekawiej. Po wyczerpującym marszu stawaliśmy u podnóża szczytu. Bez chwili namysłu wyjmowałem z plecaka olbrzymie buty i znikałem w tłumie czekającym do wyciągu. Paraliżował mnie strach gdy przychodziła kolej na mnie. Byłem zbyt słaby, by przytrzymać aluminiowy pręt, podciągnąć się i utrzymać na nartach. Chciałem je zaklinować, zblokować, związać. Lecz wszelkie próby szły na marne, a wystarczyło podrosnąć. Rok później opanowałem tę sztukę do perfekcji. Gdy jednak czas wjazdu na szczyt postanowiłem wykorzystać na doskonalenie technik narciarskich, jedną nartą zawadziłem o ukryty pod śniegiem konar. Szarpnęło mną. Z impetem potoczyłem się po stoku. Wpadłem w głąb lasu, a narty zniknęły gdzieś w gęstwinie… Tej nocy znów nie mogłem spać. 

 

 

 

Nocą drzewa targane wiatrem rozdzierają horyzont. Świeży śnieg jak magiczny pył zamienia szarość dnia w lśniący łuną kobierzec. Kominy oddają  resztki ciepła, a wigilijna cisza wciska się każdy kąt. Księżyc podgląda ulice. Pieści swym blaskiem załamania kształtów i ślad odśnieżonej drogi. Słońce otuliło srebrną tarczę. Ta, ciska w me oczy sztucznym światłem: niepulsującym, białym, martwym. Dostrzegam szklisty obraz wypełnionego odbiciem świata. Oto prawdziwa magia.

 

 

 

Miałem piętnaście lat, a ona spojrzała na mnie po raz pierwszy. Tańczyliśmy. Utwór Senza una donna pozwolił zapomnieć o strachu. Przytuliłem ją. Nieśmiało dotknąłem jej warg. Czułem jej zapach i delikatność sutków… Po szkolnej dyskotece poszliśmy na podbój zasypiających ulic. Nawet siarczysty mróz nie zdołał jej powstrzymać. Nie miała rękawiczek. W ogóle nie przeszkadzały mi jej zimne palce. Rozpaliło nas nieznane. To musiało nastąpić… Włożyła dłonie do kieszeni mojej kurtki. Później trzymaliśmy się za ręce. Byłem sobą. Naturalny i szczęśliwy. Byłem głupi.

 

 

 

Jako chłopiec, którego umysł postrzegał świat wyłącznie w kategorii szeroko rozumianej rozrywki, często brałem udział w śnieżnych bitwach. Korzystając z okazji ściągałem rękawiczki i rozpoczynałem przygotowania do walki. Najlepsze śnieżki można było ulepić gołymi rękami. W ciepłych dłoniach taki pocisk nabiera kształtu, i co ważne, ma odpowiednią twardość. Wśród nastolatków dochodziło często do regularnych walk. Każde miejsce było odpowiednie: dworzec, park, ulica, drzwi wejściowe do szkoły, szatnia, a nawet klasa. Najczęściej jednak śnieżne bitwy odbywały  się na dworcach. Stojący tam ludzie stanowili naturalne przeszkody. Walkę kończyliśmy w chwili, gdy nadjeżdżał autobus. Wtedy należało czym prędzej opuścić stanowiska i posłusznie wrócić do domu... często bez rękawiczek. Znowu zostały na ławce w poczekalni. 

 

 

 

Kilka lat później zrozumiałem, że miasto królów jest piękne. Na Brackiej nie zawsze pada deszcz, a smok nie jest taki straszny jak uczono nas w szkole. Wtedy, symbolem wielkiej przemiany stały się moje wytarte, z klamrą na zatrzask, mocno zużyte rękawice.

 

Tuż przed andrzejkowym szaleństwem rozmawiałem z nią. Jej czerwone policzki nie dawały mi spokoju. Jej uśmiech i łza na wietrze odmieniły każde moje słowo. Chłód przenikał pod ubranie, ale obejrzany wspólnie film Don Juan de Marco rozbudził, rozgrzał i ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Można przypuszczać, że planty stworzono specjalnie dla ludzi, którzy po wyjściu z kina nie mają dokąd pójść. Otuliła nas cisza. Śnieg sypał bez przerwy. Mróz studził podniecenie. Nie mogłem wrócić do domu, chciałem mieć pewność, że ona nie odejdzie. Zdjąłem swe rękawiczki na dobre. Została.

 

 

 

Nerwowo spoglądam na telefon. Jeszcze nie teraz. Nie działają przyciski. Nie ma zasięgu, a koniecznie muszę zadzwonić! Na świeżo wyremontowanym peronie nie spotkałem nikogo, kto mógłby mi pomóc. W ogóle nikogo tu nie ma... Moje oczekiwania wobec natury nie są wygórowane, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie lubię zimy. Nie mam potrzeby budowania śnieżnych warowni ani głębokich tuneli, ale w wigilijny wieczór mroźna sceneria porywa. Na  koronach drzew mieni się lodowy diadem ogarnięty mahoniową poświatą. Każdy z płatków śniegu zachwyca swym kształtem. Wyciągam dłoń by dotknąć i poczuć ich chłód… Nieopodal opalizuje roztrzaskana butelka po wódce, którą przed chwilą ktoś wyrzucił z okna nadjeżdżającego pociągu. Dokładnie w tym miejscu stałem kilka minut wcześniej. Poczułem świst nadlatującego pocisku. Rozbudził on we mnie świadomość życia… Dopadł mnie przerażający śmiech. Podniosłem głowę. Obcy nie zwlekając uderzył słowem. Chwilę później zatrzasnął okno. Zza szyby przesłał upokarzający gest. Zastygłem. Nie miałem już sił by wykrzyczeć odpowiednią ripostę. Dałem za wygraną. Zrozumiałem, że warto poczekać na ten moment, w którym pociąg zniknie za zakrętem.

 

 

Muszę usiąść. Przymykam zmęczone oczy. Powoli zapominam o całym zajściu... Czuję paraliżujący chłód w okolicach kostek. Posiniałe dłonie toną w bieli. Śniegowy całun pokrywa moje nogi... Kłębiaste chmury przesłoniły widnokrąg. W dali nikną skrzydła ptaków. Cisza wypełnia rozedrgane powietrze... Jest Wigilia. Rozdałem wszystko. Sięgając śladów zamarłych na niebie… ponownie oddałem się światom

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież