Mariola Kruszewska - Trawa

August - stał w progu i odprowadzał wzrokiem konny wóz, który wywoził rodzinę Kugelgenów w głąb nieznanej ojczyzny. Jedyne oko przesłoniła mgła. Słyszał płacz małej Gretchen Kügelgen i pochlipywanie stojącej tuż za nim żony. Wczepiona w matczyną spódnicę dziewczynka machała w kierunku odjeżdżających. Z Bogiem - dobiegł go głos ojca - i do rychłego powrotu.

 

 

Stary Gunter splunął, odwrócił się i podpierając laską, zniknął w drzwiach. Po chwili dało się słyszeć jego chrapliwe śpiewanie wysławiające Boga i Jego nieskończone miłosierdzie. August unikał wzroku żony.

 

Na co czekamy? - spytała Marie, przełykając łzy - Wyrżną nas, wymordują! Niech tu sobie siedzi, niech go zastrzelą, ja dzieci nie dam na zatracenie - i odwróciwszy się gwałtownie aż spódnica zafurkotała, wróciła do codziennego trzaskania garnkami.

 

Dokąd, Marie, dokąd? - pytanie, zawieszone kilka tygodni temu, ciągle czekało na dobrą odpowiedź.

 

August nadal stał w progu, żegnając w duchu sąsiadów, którzy porzucili płot, dym z komina, biel śniegu na gałęzi uśpionej papierówki, zapach zboża i świeżo koszonej trawy, groby rodziców, groby dziadków. Nie miał złudzeń, że kiedykolwiek ich jeszcze zobaczy. W oddali dobiegało go artyleryjskie dudnienie nieubłaganie zbliżających się zmian.

 

*

 

Kolejne dni podszyte lękiem mijały na wyczekiwaniu nieuchronnego. W końcu nadjechało zielonym pickupem w porze obiadu. Miało postać czterech żołnierzy i jednego cywila. August otworzył im drzwi zanim zaczęli w nie łomotać.

 

- Ruki wwierch! Wy, esesmani! - wrzasnął na powitanie jeden z sołdatów o skośnych oczach

 

- Bystriej, bystriej. Co, starik, ty nie ponimajesz, a? - podbił lufą automatu łokieć Guntera. Wytrącona laska poturlała się po podłodze. Córka Augusta krzyknęła i zaniosła się płaczem. -Orużic u was jest? Ra ta ta ta?

 

- Nie mamy żadnej broni - cicho odezwał się August, kręcąc przecząco głową. -No, sprawdzimy. Dawaj, Pietia.

 

Wyciągnięte gwałtownie szuflady wylądowały z trzaskiem, rozsypując sztućce. Zadzwoniły pokrywy garnków, kufrów, skrzyń. Obraz z wizerunkiem Ukrzyżowanego modlącego się w Ogrójcu głucho uderzył o podłogę. Fruwały ubrania, ręczniki, pościel wydobywane bez ceregieli z szały. Rozpruta pierzyna uwolniła puch, który wyleciał oknem i miękko osiadł na trawniku. W przepastnych kieszeniach podniszczonych mundurów zniknął zegarek i kilka srebrnych monet. Gdy w ślad za nimi powędrował złoty łańcuszek z krzyżykiem, Gunter syknął przez zaciśnięte zęby:

 

- Złodzieje! Bandyci!

 

Rosjanin w cywilnym ubraniu rozsiadł się bezceremonialnie na krześle. Spokojnie skręcił papierosa.

 

- Oj, starik, starik, my nie bandyci. To wy bandyci. I wojna wasza bandycka. A my tiepier nauczymy was, żeby ruki nie podnosić więcej na rodinu naszu. No, popamiętacie wy nas. -zaciągnął się dymem, zakaszlał. - Ty - wskazał palcem na Marie i bulgocący garnek - dawaj jeść.

 

Wystraszona kobieta podbiegła do kuchni. Odkręcona tyłem czuła na sobie wzrok wygłodniałych żołnierzy. Drżącymi rękami posłusznie nalała gorącego kapuśniaku do pięciu talerzy. Odkroiła sążniste pajdy chleba i położyła je na stole, czym prędzej usuwając się pod ścianę. Trzęsąc się ze strachu, na próżno starała się uspokoić szlochająca córkę. Mijały ciężkie minuty przerywane głośnym siorbaniem.

 

- Co macie na górze? - beknął na koniec sołdat o azjatyckich rysach, wskazując schody lufą karabinu. - Ty prowadź! - pchnął Marie, nie czekając na odpowiedź. Za nimi poszedł drugi z żołnierzy, rozwiązując sznurek podtrzymujący w miejsce pasa spodnie. Pozostali rozparci na ławie niespiesznie palili papierosy.

 

Znajesz ty, starik, wy ubijać nas, wy mi brata ubili i jego żonę, i jego rebionka, taki maleńki był. A potem spalili dom. I inne domy, całą wieś. A tiepier ja tu kamandir. Ty i ty - cywil wskazał nogą na Augusta i jego syna - do samochodu! August złożył dłonie jak do modlitwy.

 

- Panie oficerze, błagam, to jeszcze dziecko! Karabinu nigdy w ręku nie miał, on niewinny. Nie zabierajcie go, panie oficerze. Pozwólcie mi na chwilę wyjść, ja tylko do spiżarni, zaraz coś przyniosę.

 

August wrócił po chwili, niosąc dwie butelki bimbru i pęto kiełbasy, które zostały przyjęte z uznaniem.

 

- Dobre, wszystko przynieś. Ty chłopak poszoł won. Nu, a ty dawaj, dawaj, pojedziesz z nami pchnął lufą plecy Augusta. Na górze krzyk Marie mieszał się ze śpiewną, rosyjską mową.

 

*

 

Myła się długo, dokładnie. Już nie płakała. Potem pozbierała porozrzucane ubrania, składając je z niezwykłą starannością. Gunter nie patrzył na synową. Zbijał połamane szuflady i krzesła, mamrocząc przekleństwa. Kiedy w mieszkaniu zapanował jako taki ład, wyjął z kuchennego kredensu pudełko z herbatą. Włożył weń swą kościstą dłoń i po chwili triumfalnie pokazał zwitek banknotów.

 

- Trzeba lepiej ukryć - rzekł, wpychając rulon do aptecznego słoja. Kiedy wychodził stukając laską, Marie obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem.

 

Czekała na męża, nie mogła bez niego wyjechać. Tygodnie upływały jej na ciągłym wypatrywaniu i strachu. Nie pozwalała dzieciom opuszczać domu, gotowa w każdej chwili uciec do lasu. Każdego wieczoru modliła się żarliwie przed obrazem Najświętszej Panienki o cud. I pewnego dnia cud nastąpił. August wrócił, wychudły, przybity wieściami o nowym ładzie świata. Z robót wróciło także kilku innych gospodarzy. Nie wszystkie jednak modlitwy zostały wysłuchane.

 

- Musimy wyjechać, tato - tłumaczył łagodnie, przeżuwając chleb - Tu nie możemy zostać. Wysiedlają całe wsie, całe miasta. Wszystko zabierają. Ruskie tu wrócą, wrócą i zostaną. Musimy wyjechać, póki jeszcze pora. Trzeba wziąć, co można, resztę ukryć gdzie na ten czas.

 

- Zamilcz! Chcesz zostawić ojcowiznę to jedź, ale beze mnie. Ja tej ziemi i tego domu nie oddam. Przypilnuję. Nie pójdzie na zmarnowanie! - Gunter z mocą stukał laską w drewnianą podłogę, aż pojawiły się wgłębienia. Czerwony z gniewu wyszedł na podwórko i pogłaskał płot, jakby chciał go upewnić, że jest w dobrych rękach.

 

Kiedy August z żoną i dziećmi popchnął objuczony wózek, nie wyszedł przed próg. Widok był dość komiczny. Kilku uzbrojonych żołnierzy ciągnęło na sznurku dorodnego wieprzka, który stawiał tęgi opór. Silne kopniaki dodawały mu animuszu. Kwiczał i próbował iść własną drogą jakby przeczuwając, że ta będzie jego ostatnią. Kiedy zamknęły się za nim wrota stodoły, rozległ się strzał i kwik umilkł. Po pewnym czasie wierzeje wypuściły kłąb dymu i żołnierza, który niespiesznie podszedł do sąsiedniego ogrodzenia. Czerwonoarmista przerzucił pepeszę na plecy i zaczął wyłamywać płot. Równy rząd sztachet zaskrzypiał, zachwiał się. Dumne, proste deski wyheblowane i wygładzone ręką ojca Guntera pochyliły się ku niechybnemu upadkowi. Kilka silnych kopnięć dopełniło dzieła. Płot pokłonił się w pożegnalnym geście wybiegającemu z domu gospodarzowi.

 

- Ty złodzieju, ty draniu - wołał trzęsącym się z oburzenia głosem - zostaw to! Kuśtykając i wymachując laską szedł dziarsko w kierunku żołnierza. W połowie drogi zatrzymał się, rozwarł szeroko ramiona i runął na trawę, barwiąc ją na czerwono. Sołdat niespiesznie ponownie zarzucił pepeszę na plecy, podniósł wyłamane ogrodzenie i splunąwszy poszedł w swoją stronę.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież