Piotr Niemirski - Buty dziadka

Powiesił nam się dziadek, nawet nie dopił herbaty. Wylać trzeba było, matka jak wylewała – cmokała, kręciła głową, że takie marnotrawstwo; chlapała wodą, jak szklankę myła, na nos mi kilka kropel i na czoło spadło. Wytarłem i poszedłem do salonu.

 

Czy raczej saloniku.

 

U babci był salonik, nie salon. Mieszkanie małe, z przydziału, i babcia zawsze kazała mówić, że salonik. I w saloniku się dziadek powiesił. Jakoś nigdy mamy nie pytałem, czemu to zrobił, a babcia, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć – poszła za dziadkiem. „Co to, że nasz dziadek się powiesił?”, pytałem, a ona nic, tylko kręciła głową, jak mama, kiedy tę szklankę myła; cmokała i pluła sobie pod nogi (nie wiem, czemu pluła, o to akurat nie pytałem), i też parę kropel śliny mi na nos i czoło spadało. I je też ścierałem, chociaż ta babcina ślina była jakaś taka gorsza, bardziej się skóry trzymała i nie chciała odejść, dłużej musiałem trzeć, żeby ją zetrzeć.

 

 

A potem babcia umarła, z dnia na dzień; zaledwie parę tygodni po dziadku. Matka znalazła ją w łóżku, mówiła, że babcia we śnie zmarła; ale nie od razu zrozumiałem, co do mnie mówi, bo nie mogła przestać płakać – płakała, jak babcię z mieszkania wynosili ci panowie bez twarzy; ci, którym sprzączki u pasków tak jakoś na czarno błyszczały; płakała przy trumnie w kaplicy, a najbardziej płakała, gdy na cmentarzu babcię obok dziadka chowali.

 

Pamiętam jak na pogrzebie stanąłem na dziadkowym nagrobku, żeby lepiej widzieć babciną trumnę i mamę, co z przodu, przed tłumem stała (ja miałem czekać z tyłu, żeby tej właśnie trumny nie widzieć, bo jeszcze po nocach koszmary mogłyby mi się przyśnić). Później dopiero jakaś kobiecina z krzyżykiem na długim łańcuszku, co jej się od brzucha odbijał, złapała mnie za ramię, coś tam syknęła i ściągnęła z nagrobka; prawie nogą znicz na ziemię zwaliłem.

 

 

 

Dziadek powiesił się parę dni po Wszystkich Świętych.

 

Z babcią i z matką szliśmy przez rynek i szukaliśmy dla mnie nowej kurtki. Babcia znalazła dla mnie jakąś różową, puszystą (czy puchatą, jak trafnie udało jej się kurtkę tę opisać); wyśmiałbym może babcię, gdyby mi to wtedy przyszło do głowy i gdyby matka nie zrobiła tego za mnie. Szczęśliwie – parę sklepów dalej znaleźliśmy kurteczkę w moro, wymarzoną, taką, jaką mieli wszyscy chłopcy w tej bajce, której tytuł wypadł mi już z głowy.

 

Tym razem to babcia wyśmiała mnie.

 

Kurtki w moro nie dostałem.

 

Kupiły mi jakąś przydługą, szarawą, ze ściągaczami. Ale dobra była, bo ciepła, to wzięły. I chodziłem.

 

Z kurtką wsiedliśmy do samochodu, siatka z zakupem leżała obok na siedzeniu, a ja czekałem, aż za szybą pojawią się te budynki, które już niedługo miały zamienić się w choinki, a na czubku każdego z nich miała pojawić się ogromna gwiazda. Choinki pojawiały się nagle i co roku nagle – znikały. Magia obu tych chwil do dziś mnie chyba nie opuściła.

 

Przyjechaliśmy do mieszkania babci, wchodzimy, patrzymy, a w saloniku – dziadek wisi.

 

Babcia zrzuca buty, ustawia pod ścianą, mama to samo, ja siadam na podłodze i męczę się z zasupłanymi na amen sznurówkami, chwytam jedną sznurówkę paznokciami, drugą biorę w zęby, ciągnę… supeł jeszcze ciaśniejszy.

 

– I nawet herbaty nie dopił – powiedziała mama. Przeszła koło mnie ze szklanką niedopitej herbaty.

 

Rozsupływałem dalej, wreszcie supeł puścił i w skarpetkach pobiegłem do kuchni, za mamą. Zerknąłem jeszcze za plecy, babcia siedziała na krześle w saloniku i patrzyła na dziadka z przekrzywioną głową, szukając czegoś w torebce. Wyciągnęła z niej chusteczkę, naśliniła rożek i wytarła dziadkowi czubek czarnego lakierka.

 

– I coś zrobił, Zdzisiek? Kto teraz z Michasiem zostawać będzie, kto przypilnuje? – mruczała, a potem do mamy: – Lakierki ubrał, jakby na jakie święto szedł! Wystroił się!

 

Poszedłem do saloniku, usiadłem na podłodze. Dziadek, ruszony babciną ręką, kołysał się nad ziemią; w czerni jego butów odbijał się salonik: kanapa, dwa fotele, telewizor, ława…

 

– Na ławę chyba wszedł – mówiła babcia.

 

– W butach? Na ławę? – krzyczała z kuchni mama. – Nie porysował, nie poobijał?

 

Babcia przyjrzała się ławie, naśliniła palec, starła ryskę z blatu.

 

– Nic nie zrobił! To i tyle dobrze! – odparła.

 

Siedziałem na tej podłodze, ogromne dziadkowe buty – wydawało mi się – to się do mnie przybliżały, to oddalały; przysłaniały mi cały salonik, cały świat; i była tylko ta czerń, którą się wtedy dusiłem. Czyste podeszwy lakierków – takie miałem wrażenie – przygniatały mnie do podłogi. Próbowałem dojrzeć twarz dziadka, mrugnąć do niego na pocieszenie, szepnąć, że nic się nie stało, że babcia się wcale nie zdenerwowała, i że mama też przestanie się na niego gniewać, że tak naprawdę nic złego nie zrobił, przecież nie porysował ławy – ale twarzy dziadka nie widziałem. Widziałem tylko buty.

 

Matka wróciła z kuchni, usiadła na kanapie.

 

– Wstań z podłogi, bo tu w butach się chodzi, spodnie zabrudzisz – powiedziała i od razu straciła mną zainteresowanie.

 

– I kto teraz z Michasiem zostanie? – powtórzyła babcia i może nawet na mnie spojrzała. Nie wiem.

 

– Sąsiadkę się poprosi – odparła matka. – I co, może w tych lakierkach do sklepu jeszcze poszedł?

 

Babcia wychynęła zza butów i pingwinim krokiem poszła do kuchni. Zaraz wróciła, rozłożyła ręce.

 

– Nie był w sklepie – westchnęła. – Będzie trzeba jeszcze pójść.

 

Matka wyszła do przedpokoju, zerknęła jeszcze na dziadka. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Matka otworzyła, do mieszkania wpadła sąsiadka. Bez słowa usiadła na kanapie, założyła ręce na piersi, przyjrzała się lakierkom.

 

– Co to wam Zdzisiek wymyślił? – spytała.

 

– Powiesił się – powiedziały babcia i matka.

 

– Na kawę do sąsiadek przyszłam, a ten tu wisi?

 

– No wisi. Co zrobić…

 

– Ale żeby w lakierkach?

 

– Może i w lakierkach.

 

– Widzę przecież, że w lakierkach!

 

– I co, że w lakierkach? – rzuciła babcia.

 

– Do kościoła w nich chodził, a teraz się w nich wiesza? Widział to kto?!

 

– Idź przygotuj kawę – powiedziała babcia do matki i usiadła przy sąsiadce.

 

Po paru minutach w kuchni zapiszczał czajnik i matka przyszła do saloniku z tacą z filiżankami. Postawiła tacę na ławie, filiżanki odbiły się w lakierkach.

 

Matka usiadła obok babci i sąsiadki. We trójkę przyglądały się dziadkowi: babcia przyciskała dłoń do ust, matka do oczu, sąsiadka do uszu.

 

Siedziałem i przyglądałem się lakierkom.

 

Matka, babcia, sąsiadka – popijały kawę.

 

Kiedy sąsiadka poszła do domu, babcia zdjęła dziadkowi lakierki z nóg. Schowała do szafy. I zadzwoniła gdzie trzeba, żeby przyjechali po dziadka.

 

O nic nie pytałem, ale zastanawiałem się, w czym dziadek wyjdzie teraz z domu. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić, że mógłby wyjść tak po prostu – na bosaka. Ale tak właśnie go zabrali – na bosaka.