Aleksander Puszkin - Cyganie, przeł. Andrzej Lewandowski

Cyganów wielobarwny rój
Przemierza Besarabii drogi.
Dzisiaj nad rzeką obóz swój
Na noc rozkładają ubogi.
Swobodne te noclegi są,
Spokojny sen pod niebiosami,
Gdy pośród swoich wozów śpią
Pod podartymi namiotami.   
Ognisko płonie. Siadła w krąg
Rodzina do skromnej wieczerzy;

Konie się pasą pośród łąk,
Niedźwiadek za namiotem leży.
W obozie krzątanina trwa
Wokół spraw powszedniego dnia,
By wciąż do drogi być gotowym.
Kobieta śpiewa, dziecię łka
I słychać młota stuk miarowy.
Lecz wkrótce cichnie tabor ów,
Senne zapada w nim milczenie,
Tylko szczekanie słychać psów
I koni pasących się rżenie.
Ostatnich ognisk żar już zgasł,
Ogarnia mrok obozowisko,
Już tylko księżycowy blask
Spływa tam poświatą srebrzystą.
Choć wszyscy dookoła śpią,
Starzec przy węglach zgasłych tkwiąc,
Ostatnim ich ciepłem ogrzany,
Oczy ku polom zwraca wciąż
Spowitym w nocnych mgieł tumany.
Córeczka jego tam, pod las,
Na spacer dziś się oddaliła;
Zawsze posłuszną jemu była,
Z pewnością wróci, lecz już czas.
Księżyc do kresu drogi zmierza,
Zemfiry ciągle nie ma tu,
A starca uboga wieczerza
Od dawna już wystygła mu.

Lecz oto ona. Nieznajomy
Młodzieniec idzie obok niej.
Spogląda Cygan zaskoczony,
A ona mówi: „Przyjąć chciej
Gościa, którego za kurhanem
Spotkała dzisiaj córka twa.
Do Ciebie go przywiodłam ja,
Bo chce być tak jak my Cyganem.
Przed prawem musi zbiec z tych stron,
On moim przyjacielem będzie.
Na imię ma Aleko, on
Chciałby podążać za mną wszędzie.”

                    Starzec
Rad jestem. Wejdź w namiotu cień,
Schroń się nim nowy wstanie dzień
I zostań z nami, wedle woli.
Ja ofiarować mogę ci
Dar mego chleba i dar krwi,
Bądź nasz, wędrowców zaznaj doli
I biedy – ale bez niewoli!
A jutro rano, gościu mój,
Ty naszym wozem stąd odjedziesz.
Musisz mieć jakiś zawód swój:
Graj, śpiewaj czy żelazo kuj,
Lub po miasteczkach chodź z niedźwiedziem.

                    Aleko
Zostaję tu.

                    Zemfira
On będzie mój!
Nikt go ode mnie nie odwiedzie!
Późno jest, gwiazd jaśnieje rój,
Już księżyc się za lasem schował,
Sennie się chyli moja głowa…

                    * * *
          
Starzec wokół namiotu chodzi,
Czeka na pierwszej zorzy blask.
„Wstawaj Zemfiro, słońce wschodzi!
Zbudź się mój gościu, czas już czas!
Na ciepłe łoże już nie pora.”
Krząta się cały obóz rad,
Namioty schowano w taborach,
Wszyscy gotowi ruszyć w świat.
Skrzypnęły wozy, świsnął bat,
Tabor w step ruszył niezmierzony.
W koszach przez osiołki niesionych,
Dzieci się rozigrały już;
Mężowie, żony, bracia, dziewy
Za nimi postępują tuż.
Hałas, krzyk i cygańskie śpiewy,
Niedźwiadek niecierpliwi się
Łańcuchem głośno podzwaniając,
Skrzą się łachmanów barwy pstre
I psy zawzięcie ujadają.
Wozy się chwieją, kobza gra;
Dzikie to, biedne, hałaśliwe,
Lecz jak swobodne, jakie żywe!
To, za czym świat uparcie gna
Jest martwe dla tych koczowników,
Jak smętne pieśni niewolników.

Młodzieniec pełen żalu był
Gdy patrzył na pustą równinę,
Lecz smutku tajemną przyczynę
Wyjawić brakowało sił.
Piękna Zemfira z nim wędruje,
On się człowiekiem wolnym czuje.
Wesoło słońce w górze lśni
I świat zachwyca swą urodą;
Cóż niepokoi duszę młodą,
Cierń jakiej troski w sercu tkwi?

Boży ptak bez pracy żyje,
Obce mu są troski złe.
Gniazda trwałego nie wije
By w nim spędzać noce swe.
On się łatwo zdrzemnąć może
Nocą na gałązkach drzew,
Aby według woli Bożej
Rankiem swój rozpocząć śpiew.
Wiosna cieszy swą urodą,
Znojny bywa lata czas,
Potem mgłą i niepogodą
Późna jesień gnębi nas.
Źle jest ludziom, coraz gorzej;
Ptak do ciepłych krajów mknie,
Aby czekać gdzieś, za morzem,
Aż wiosenne wrócą dnie.

Podobnie jak przelotne ptaki
Wędrowiec swe przemierzał szlaki,
Stałego gniazda nie miał on,
Do żadnych nie przywykał stron.
Dobrą mu była każda droga,
Wszędzie noclegu czekał cień.
Budząc się rano, woli Boga
On pozostawiał nowy dzień
I w jego życiu żadna trwoga
W sercu nie wywołała drżeń.
Kiedyś go obietnicą sławy
Pragnęła skusić jedna z gwiazd,
Także na rozkosz i zabawy
Znienacka kiedyś przyszedł czas.
I nad samotną jego głową
Nie rzadko grom potężny grzmiał,
Lecz w burzy czasie jednakowo,
Jak w ciszy on spokojnie spał.
Żył tak, w pogardzie dla zwierzchności
I dla podstępów losów złych,
Lecz już targały namiętności
Młodzieńczą duszą w latach tych!
Jakie to wzruszenia kipiały
Kiedyś w znużonym sercu tym?
Lecz one tylko zadrzemały,
Kiedyś się zbudzą. W czasie swym.
                                                                                                 
                    * * *
              
                    Zemfira
Czy ty żałujesz miły tego,
Coś rzucił już na wieczny czas?

                    Aleko
Czego żałować?

                    Zemfira
Jak to czego?
Ludzi, ojczyzny, wielkich miast.

                    Aleko
Gdybyś Zemfiro je ujrzała,
Gdybyś się sama przekonała
Jak straszne owe miasta są!
Tam ludzie jak w murach więzienia,
Nie znają wczesnej wiosny tchnienia
Ani widoku kwietnych łąk;
Miłość skrywają, myśl precz gonią,
Towarem bywa wolność ich,
Przed bożyszczami głowy kłonią
Dla złota i kajdanów swych.
Rzuciłem tam zdrady nikczemne
I zasądzony wyrok mój,
Gawiedzi pogonie daremne,
Lichych pozorów barwny strój.

                    Zemfira
Lecz tam, we wspaniałych komnatach,
Jedwabie i brokaty lśnią;
Tam uczty  i zabawy są
I wiele dziewcząt w pięknych szatach.

                    Aleko
I cóż mi po uciechach miast?
Gdzie brak miłości – brak radości;
 Milszy mi oczu twoich blask
Od pereł i od kosztowności.
Bądź dalej sobą miła ma,
Niech się marzeniu zadość stanie,
Z tobą chcę miłość dzielić ja
I dobrowolne me wygnanie.

                    Starzec
Ty lubisz nas, chociaż twój ród
Z wielkiego narodu pochodzi;
Trudno się ze swobodą godzi
Ten, który łatwe życie wiódł.
Takie wśród nas krąży podanie:
Przed laty przybył tu wygnaniec
Z dalekich, południowych stron.
(Powiedzieć ci nie jestem w stanie
Jakie to imię nosił on).
Wiekiem już dosyć stary był,
Lecz duchem jeszcze całkiem młody,
Wielki dar pieśni w sobie krył
I głos miał miły jak szmer wody.
Polubił go miejscowy lud,
Gdy żył spokojnie nad Dunajem
Zgodnie z tamtejszym obyczajem.
Lecz nic nie umiał on, jak wprzód
Tak niezaradny jako dzieci.
Dziką zwierzynę, ryby z wód
Obcy łowili jemu w sieci.
Gdy zamarzała rzeczna toń
I sroga zamieć tam szalała,
Ciepłym kożuchem okrywała
Starca jakaś życzliwa dłoń.
Ale do życia ubogiego
Ciągle mu brakowało sił;
Nędzny i blady był od niego,
Skarżył się, że zbyt srogo był
Skazany za swe przewinienia
I oczekiwał wybawienia.
Z wiecznego żalu chyba sczezł
Snując się smutno nad Dunajem,
Wylewał strugi gorzkich łez
I tęsknił za rodzinnym krajem,
Marząc, aby po śmierci tam
Spokój znalazły jego kości,
Którego tu nie zaznał sam
Pomimo ludzkiej gościnności.

                    Aleko
Taki ci los zgotował Rzym
W samym rozkwicie swej świetności!
Czym więc jest sława, powiedz, czym –
O piewco bogów i miłości!
Czy jest to może pochwał głos,
Które przetrwają pokolenia,
Czy to, że w stepie, pośród cienia
Cygan twój smutny wspomni los?
  
                    * * *
     
Drugi rok minął. Wciąż równinę
Tabor przemierza wzdłuż i wszerz,
Życzliwą znajdując gościnę
I miejsce dla noclegu też.
Wzgardziwszy swymi naukami,
Swobodny zawsze i bez trosk,
Aleko razem z Cyganami
Wciąż dzieli koczowniczy los.
Wędruje on – wraz z nim rodzina.
Już prawie przeszłość zapomina,
Przywykł cygańskie życie wieść,
Polubił noclegi ubogie,
Lenistwo towarzyszy błogie
I dźwięcznej mowy prostą treść.
Niedźwiedź rzuciwszy swe barłogi
W jego namiocie teraz śpi.
Wędrując przez stepowe drogi
W każdej się zatrzymują wsi.
Niedźwiedź na tylnych łapach staje
I taniec niezdarnie udaje.
Jego ryk i łańcucha szczęk,
W zebranym tłumie budzą lęk.
Aleko pieśni swoje śpiewa,
Starzec oparty o pień drzewa
Na bębnie takt wybija mu
I hojnych datków się spodziewa,
Które Zemfira zbierze tu.
Zapada noc. Ognisko płonie,
Oni gotują kaszę swą,
Wkrótce w łagodnej ciszy tonie
Namiot, w którym już wszyscy śpią.

                    * * *

Starzec na słońcu się wygrzewa,
Córka kołysze dziecię swe,
Cygańską pieśń zaśpiewać chce,
Lecz się Aleko na nią gniewa.

                    Zemfira
Stary mąż, groźny mąż,
Kłuj mnie nożem, ogniem pal,
Możesz tak mnie dręczyć wciąż,
Cóż mi ogień albo stal.

Nienawidzę cię ja,
Gardzę tobą co dnia,
Inny wziął serce me,
Ja z miłości tej schnę.

                    Aleko
Ucichnij! Przestań już zawodzić,
Dzikie cygańskie pieśni są!

                    Zemfira
Dzikie? A cóż to mnie obchodzi!
Tylko dla siebie śpiewam ją.

Kłuj mnie nożem, ogniem pal,
Wcale nie przeraża to.
Stary mąż, groźny mąż,
Ale ty nie ujrzysz go.

Jest wiosennej urody
I gorący jak lato,
Taki śmiały i młody,
Jakże kocham go za to.

Pieściłam go w noc ciemną
Kiedy blisko mnie był,
Jakże wtedy wraz ze mną
Z twej siwizny on drwił.

                    Aleko
Milcz! Dość już pieśń mnie ubawiła.

                    Zemfira
A więc ty tak pojąłeś ją?
Wszak ona przeciw tobie była,
Nie czułeś gniewu słysząc ją?
(Odchodzi i śpiewa: Stary mąż itd.)
       
                    Starzec
Gdy byłem jeszcze młody, żwawy,
Ułożono kiedyś słowa te;
Jeszcze do dzisiaj dla zabawy,
Czasami ktoś zaśpiewa je.
Przed laty, na stepach Kahula,
Pieśnią tą zabawiała mnie
Moja kochana Mariula,
Do snu kołysząc dziecię me.
Pamięci z latami ubywa,
Przeszłość z niej ulatuje gdzieś,
Lecz ciągle pozostaje żywa
Śpiewana przez Mariulę pieśń.
       
                    * * *

Już późna noc, na niebios tle
Księżyc roztoczył blaski swoje,
Zemfira starca zbudzić chce:
„Ojcze, ja się Aleko boję!
Proszę, posłuchaj tylko sam,
Jak we śnie łka i jęczy tam.”

                    Starzec
Nie budź go, nie mów nic do niego.
Posłuchaj wierzenia starego:
Mówią, gdy północ minie już,
Czasami dławi pierś śpiącego
Domowy duch, lecz w porze zórz
On znika. Usiądź przy mnie tuż.

                    Zemfira
Ojcze, on imię me wymawia!
                               
                    Starzec
On ciebie szuka i we śnie
I ponad wszystko ciebie stawia.

                    Zemfira
Lecz jego miłość nudzi mnie,
Serce swobody jest spragnione,
Już ja… lecz cyt! znów jakiś dźwięk –
Wymówił imię nieznajome…

                    Starzec
Czyje?

                    Zemfira
Słyszysz ochrypły jęk?
Jak zgrzyta zębami straszliwie!
Muszę go zbudzić!

                    Starzec
Niecierpliwie
Nie można złego ducha gnać,
Odejdzie sam.

                    Zemfira
Oczy otwiera!
Budzi się, na łoże spoziera.
Wzywa mnie. Idę, ty idź spać.

                    Aleko
Gdzie byłaś?

                    Zemfira
Przy ojcu siedziałam;
Jakiś zły duch tak dręczył cię,
We śnie okropnie tak cierpiała
Twa dusza, przestraszyłam się.
Wzywałeś mnie.

                    Aleko
Byłaś w mym śnie
I były także między nami
Jakieś niejasne myśli złe.

                    Zemfira
Ty nie wierz w senne przywidzenia!

                    Aleko
Nic nie zostało z wiary mej
I w sny i w słodkie zapewnienia,
Nie ufam też miłości twej.

                    * * *                

                    Starzec  
Czemu tak wciąż młodzieńcze wzdychasz
I czemu w twoich oczach mrok?
Każdy swobodą tu oddycha,
Uroda kobiet cieszy wzrok.
Nie płacz, ten smutek ciebie zgubi.

                    Aleko
Ojcze, ona mnie już nie lubi!

                    Starzec
Dzieckiem jest jeszcze córka ma,
Wierz mi, ty smucisz się przedwcześnie.
Kochasz zbyt trudno i boleśnie –
Dla kobiet, miłość to jest gra.
Popatrz na niebo ponad głową:
Księżyc tam płynie cały czas
I na świat cały jednakowo
Pada srebrzysty jego blask.
Za małym skryje się obłokiem,
Jakże ten zajaśnieje sam!
Za drugi wnet się wsunie bokiem,
Lecz długo nie zabawi tam.
I który w niebie go zaprosi,
Tego odwiedzi wkrótce rad.
Któż serce dziewczęce poprosi:
Kochaj jednego – i bez zdrad.
Pociesz się.

                    Aleko
Jak ona kochała!
Jak słodko do mnie tuląc się,
Ona w stepowej, mglistej ćmie
Swe nocne godziny spędzała;
Jak łatwo wesołością swą
I dziecięcymi szczebiotami,
Lub słodkich ust pocałunkami,
Nawet największą troskę mą
Gasiła w mig we wzroku smętnym.
Lecz cóż? Zemfira mną wzgardziła,
Już jestem dla niej obojętny…

                    Starzec
Wysłuchać zechciej wspomnień mych,
O sobie ci opowiem w nich.
Przed laty, kiedy to Moskale
Nie zagrażali jeszcze nam,
(Widzisz Aleko, jak ja stale
W pamięci tamte czasy mam) –
Wroga widzieliśmy w sułtanie.
Pasza Budżaku władcą był
Sprawując rządy w Akermanie.
Jam młody był i pełen sił
I dusza radością kipiała,
Jeszcze się żadna w czarny włos
Siwizny nić nie zaplątała.
I właśnie wtedy sprawił los,
Że piękną dziewczynę ujrzałem.
Od chwili tej przez długie dnie,
Jak słońca blask cieszyła mnie,
Aż żoną wreszcie ją nazwałem.

Szybko młodości minął czas,
Lecz miłość tylko mgnienie trwała
Niby lot spadających gwiazd;
Rok mnie Mariula ma kochała.

Zdarzyło się tak w letni czas,
Że się nad rzeką obok nas
Cyganie obcy zatrzymali.
Spali tam tylko noce dwie
A trzeciej nocy odjechali
Przed świtem, niewiadomo gdzie.
I porzuciwszy dziecię swe,
Mariula z nimi odjechała.
Ja spałem. Zorza zajaśniała,
Budzę się, szukam żony mej –
Daremnie, ani śladu jej!
Żałośnie płakała dziecina,
Ja też płakałem razem z nią
I żadna na świecie dziewczyna
Odtąd nie zawładnęła mną.
I żadnej z nich nie poślubiłem,
Z nikim swej doli nie dzieliłem.

                    Aleko
Więc wtedy nie pognałeś tuż
Za Cyganami nieznanymi,
Aby drapieżcy i zdrajczyni
W serce cygański wrazić nóż!

                    Starzec
Cóż, młodość to swobodny ptak,
Siłą nie zdławi się miłości.
Każdy ma chwilę swej radości,
Co było – nie wróci i tak.

                    Aleko
Ja jestem inny. Ja w pokorze
Nie zgodzę się na taki cios,
Zemstą swój osładzając los.
O, gdybym nad bezdennym morzem
Śpiącego wroga spotkał gdzieś,
To wtedy – klnę się na mą cześć –
Ja bym litości nie miał cienia
I go spokojnie, bez wzburzenia
W otchłań ze stromych strącił skał.
I patrząc na fal morskich grzywy,
Okrutnie bym się wtedy śmiał,
A jego krzyk tak rozpaczliwy
Słodko by w moich uszach brzmiał.
    
                    * * *
      
                    Młody Cygan
Pocałuj jeszcze raz, kochanie.

                    Zemfira
Mój mąż zazdrosny jest, nie czas!

                    Cygan
Choć jeden raz, na pożegnanie!

                    Zemfira
Odejdź stąd, nim on ujrzy nas.

                    Cygan
Kiedy cię ujrzę choć na chwilę?

                    Zemfira
Jeszcze dziś, kiedy wzejdzie nów,
Tam za kurhanem, przy mogile.

                    Cygan
Obiecasz – i nie przyjdziesz znów!

                    Zemfira
Ja przyjdę. Chcę byś też tam był.
To on, uciekaj ile sił!

                    * * *
  
Aleko śpi, lecz i we śnie
Coś nie przestaje być udręką.
On z krzykiem ze snu budzi się,
Przygarnąć swoją żonę chce,
Lecz chłodną pościel chwyta ręką…
Zemfira znikła w nocnej ćmie.
Wstaje i z drżeniem nasłuchuje,
Lecz cisza lękiem go przejmuje.
Czuje na przemian żar i chłód,
Wychodzi z namiotu w ciemności,
Krąży dokoła pełen złości.
Spokojnie śpi cygański lud.
Niepewnym blaskiem gwiazdy lśnią
I księżyc przez mgliste tumany.
Wśród rosy nikłe ślady są,
Prowadzą w pola, za kurhany.
On tam skierował kroki swe
Gdzie ślad złowieszczy ginie w mgle.
Jakaś mogiła obok drogi
W oddali ukazała się.
Choć od złych przeczuć słabną nogi,
On tam podąża w nocnej ćmie.
Czując i warg i kolan drżenie
Przyśpiesza  kroku… Czy to sen?
Przed sobą ujrzał już dwa cienie
I szept usłyszał cichy ten,
Płynący od strony mogiły:

                    Pierwszy głos
Już czas.

                    Drugi głos
Zaczekaj.
         
                    Pierwszy głos
Czas mój miły!

                    Drugi głos
Zostań tu jeszcze miła ma.

                    Pierwszy głos
Odchodzę.

                    Drugi głos
Kochasz tylko tyle?

                    Pierwszy głos
Ty zgubisz mnie! Już blisko dnia,
Gdy mąż się zbudzi zanim ja…

                    Aleko
Już zbudził się. Zostańcie sobie,
Wam dobrze nawet tu, przy grobie.

                    Zemfira
Uciekaj miły szybko!

                    Aleko
Stój!
Dokąd młodzieńcze piękny mój?
Umieraj!
(przebija go nożem)

                    Zemfira
Ty go zabić chcesz!
Spójrz, jesteś krwią zbroczony jego!
Cóż ty zrobiłeś!

                    Aleko
Ja? Nic złego.
Teraz miłością swą się ciesz.

                    Zemfira
Od dawna tobą pogardzając,
Przeklinam teraz zbrodnię twą,
Nie straszne dla mnie groźby są.

                    Aleko
Więc giń!
(przebija ją)

                    Zemfira
Ja umieram kochając.

                    * * *

Snuły się rannych mgieł tumany,
Jaśniały blaski pierwszych zórz,
Aleko siedział zadumany,
Trzymając w dłoni krwawy nóż.
Dwa ciała leżały wśród trawy,
Zabójca straszny wygląd miał.
Ze zgrozą i pełen obawy,
Cygański lud dokoła stał.
Kobiety na martwych powiekach
Składały pocałunki swe;
Kopano już mogiły dwie.
Starzec usiadłszy gdzieś, z daleka,
Z rozpaczą patrzył w stronę ciał
I w niemej bezsilności trwał.
Wkrótce ofiary przeniesiono
Tam, gdzie je chłodne ziemi łono
Na wieczny miało przyjąć czas.
Aleko wzrokiem nieprzytomnym
Spoglądał na ten pogrzeb skromny,
Niemy, bez ruchu niby głaz.
A gdy już ziemią zasypano
Jego Zemfirę ukochaną,
Spojrzał w jej stronę jeszcze raz
I coraz niżej chyląc głowę,
Upadł na twarz w pyły stepowe.

Starzec się zbliżył i tak rzecze:
„Zostaw nas, nazbyt dumny człecze!
My ludzie dzicy, wiesz to sam,
Zakony prawa obce nam.
Twej krwi i jęków nie pragniemy,
Lecz żyć z zabójcą nie możemy.
Dotąd dzieliłeś z nami los.
Cóż, życie takie nie dla ciebie,
Wolności chcesz tylko dla siebie;
Strasznie by wśród nas brzmiał twój głos.
Łagodni są Cyganie prości,
Tyś dumny jest i pełen złości.
Żegnaj, rozstania nadszedł czas.
Idź, pokój z tobą. Zostaw nas!”
 
I wkrótce z miejsca nocnej grozy,
Gdzie smutny jej pozostał ślad,
Cygańskie wyruszyły wozy
Przez stepy, gdzieś w nieznany świat.
A chociaż kurz dalekiej drogi
Dawno czeredę barwną skrył,
W fatalnym miejscu wóz ubogi
Samotnie pośród stepu tkwił.
Tak, kiedy późna jesień sprawi,
Że rankiem bieli ziemię szron
I gdy ostatni klucz żurawi,
Z tych niegościnnych odtąd stron,
W cieplejsze odlatuje kraje
By tam przeczekać zimę złą,
Jeden zraniony pozostaje,
Z bezwładnym skrzydłem, sam wśród łąk.
Zapadła noc, błysnęły gwiazdy,
Lecz ogień nie zapłonął tu,
Ani pod namiotem przyjaznym
Nikt nie ułożył się do snu.

                    E P I L O G
Poezji czarodziejska siła,
Ukryte w mej pamięci mgle,
Oto na świat znów wydobyła
I smutne i radosne dnie.

Gdzie długo w pustkowiu stepowym
Niejeden bój zacięty wrzał
I gdzie napaściom Stambułowym,
Rosjanin twardy odpór dał,
Gdzie nasz dwugłowy orzeł stale
O dawnej przypomina chwale,
Której wciąż jeszcze echa brzmią,
Tam spotykałem wśród kurhanów
Spokojne tabory Cyganów,
Którzy wolności dziećmi są.
I z gromadami leniwymi
Szedłem by wspólne życie wieść,
Ubogą strawę także jeść
I spać przy ogniu razem z nimi.
Cygańskie pieśni polubiłem,
Często śpiewałem także ja
I piosnkę Mariuli nuciłem,
Która wciąż w mej pamięci trwa.

Choć dziećmi jesteście natury,
Też szczęścia nie ma pośród was
I pod namiotem sen ponury
Może was dręczyć w nocny czas.
Pośród pustkowia, ktoś w taborze
Usłyszy namiętności głos;
Odtąd już biedzie ujść nie może,
Bo wszędzie go dosięgnie los.

                                                  Z rosyjskiego przełożył Andrzej Lewandowski 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora