Dziś skupię się na tekstach  ks. Jerzego Steckiewicza Historia pojawienia się chrześcijaństwa na terenie Sambii w świetle literatury rosyjskojęzycznej oraz  Wacława  Hojszyka Dzieje Kaliningradu i jego mieszkańców widziane z Olsztyna.

Ks. Jerzy Steckiewicz to ciekawa postać. Był kapłanem diecezji kamieńsko – szczecińskiej.  W roku 1991 opuścił macierzystą diecezję i ruszył na Wschód. Przeniósł się do Królewca. Brakowało tam i kościołów i księży. Ks. Jerzy został proboszczem parafii pw. św. Wojciecha – Adalberta. Wybudował duży, nowoczesny budynek kościoła a zaczynał od posadowienia  trzech kontenerów. Katolicy mogą dziś swobodnie praktykować swoją religię.

Aleksy i żołnierze dziwili się słuchając: - Palić się dobrowolnie! Skąd się biorą tacy ludzie?

- To proste - mówił Jakim. - Uciekają do niego chłopi czynszowi, pańszczyźniani, czeladź, opuszczają zagrody i gadzinę: spod Nowogrodu i Tweru, moskiewscy, wołogdzcy. Boże kochany! Ileż tu po lasach kości ludzkich... Zbierają się w pustelni tysiące - jak ich wyżywić? Nie ma tu własnego zboża. Zaczynają stękać, upadać na duchu. Mają po próżnicy grzeszyć - Nektariusz wyprawia ich do raju najkrótszą drogą.
- No, teraz to już łżesz.
- Aleksy Iwanyczu, nigdy nie łżę. Ludzie żywcem kładą się do grobu - są i tacy... Niedaleko od Morza Białego jeden staruszek komunikuje rodzynkiem; komu włoży w usta rodzynek, to znaczy, że błogosławił na pogrzebanie żywcem...
- Pal cię licho - przed nocą takie gadki... - Aleksy przy ognisku owinął się na gałęziach kożuchem. W chwilę potem rzekł:
- Jakimie, musimy dostać w ręce tego starca Nektariusza...” (t. II-III, s. 111-112).
Oddział wojska otoczył więc pustelnię.

„Andriuszka Golikow dzwonił na jutrznię. Był w niepokrytej, lisiej starej szubinie, lecz boso. Przestępując parzonymi przez śnieg, posiniałymi stopami, powtarzał śpiewnie słowa Awwakuma:

- W urzędzie męczeńskim, w pułku apostolskim, w obliczu świętych pańskich - i raz po raz uderzał kołatką w blachę zawieszoną zamiast dzwonu na słupie pod daszkiem, na wprost bramy pustelni. Starzec zadał mu taką pokutę za to, że wczoraj, w dzień postu, zapragnął i napił się kwasu.

Na dzwonienie zaczęła się gromadzić brać. Wychodzili z cel: mężczyźni - osobno, kobiety - osobno. Pustelnia, ogrodzona częstokołem, była niewielka. Wielu mieszkało opodal, na brzegu strumienia, na skraju bagnistej kępy. Stamtąd przychodzili ścieżynami leśnymi. Dalsi śpieszyli bojąc się spóźnić: starzec był wielce surowy.

W środku pustelni, między ścisło ułożonymi wałami słomy, stała kaplica, niska, ciosowa chata z szerokim, pochylonym na cztery strony dachem, ze stożkowatą wieżyczką pośrodku na ośmiościennym zrębie.

Brać wstąpiwszy w bramę szła w bojaźni, zwiesiwszy głowy, przycisnąwszy do piersi ręce: mężczyźni niestarzy i średnich lat, niewiasty - w płóciennych całunach na kożuszkach, w chustach spuszczonych na twarz. Głucho, z pojękiem - żalem cielesnego bytu - w księżycowej poświacie dźwięczało żelazne brzękadło i skrzypiał śnieg pod łapciami.

Przed drzwiami ludzie żegnali się dwoma palcami, kornie wchodzili do kaplicy z bierwionowymi, oszroniałymi ścianami. Przed obrazami malowanymi wedle dawnego obyczaju paliły się groszowe świeczki. Zdawało się to cudem - świeca w takiej puszczy. Klękali; mężczyźni - po prawej stronie, kobiety - po lewej. Dzieliła ich szyta z gałganów zasłona, zawieszona na powrozie z łyka.

Owi dwaj na nartach, dysząc ciężko, wpadli do bramy pustelni i - głośno do Andrzeja:

- Przestać kołatać - biada!
- Czym prędzej powiedz starcowi, niech wyjdzie do nas...

Dusza Andrzeja była napięta jak ścięgno - z postu, z bezsennego czuwania, wiecznego strachu. Przeraził się, upuścił kołatkę, zadygotał, jął dyszeć. Nie na próżno Nektariusz uczył go zwyciężać biesy (a jest ich niezliczona mnogość: ile myśli, tyle biesów), w myśli wykrzyknął spiesznie: „Wrogu, szatanie, odstąp ode mnie...” Podniósł kołatkę, uderzył w żelazo pod daszkiem, szarpnął głową: nie przeszkadzajcie, idźcie precz...

- Andrzeju, gadają ci: tam oficer z żołnierzami - o pięć wiorst stąd...
- Dzwoń choć ciszej, usłyszą... Jest z nimi Jakim... Przyprowa­dzi ich tu za głosem.

Andrzej - poprzez szybko szczękające zęby:

- Starzec jeszcze w celi, idźcie wprost do niego.

Zdjęli narty, poszli. Obaj, Stiopka Barmin i Pietruszka Kożewnikow, byli z powienieckiej osady, łowili ryby, polowali na zwierza... Za żegnanie się dwoma palcami powieniecki wojewoda nieraz ich grabił i tłukł, zabrał bydło z zagrody, aż im to obmierzło. Już ze dwa lata ich żony i dzieci mieszkały potajemnie w Wygowskiej Pustelni, a oni sami w różnych miejscach - gdzie dalej i łatwiej o zwierza. Gdy przyszła wieść, że do pustelni przybywa oficer z żołnierzami (ogoleni, mięsożerni, tytoń „taguntrawa” śmierdzi o wiorstę), Nektariusz nakazał Stiopce i Pietruszce śledzić ich, wodzić po manowcach i jeśli się nadarzy sposobność, bez grzechu zgładzić antychrystowe sługi.

Wprost do ojca Nektariusza nie można się było dostać. Do zimnej sieni wyszedł probant - dwu ich miał starzec: Andrzeja i tego oto, kuternogę Porfirija, wątłego młodziana z wywróconymi oczyma. Opowiedzieli mu się szeptem. Porfirij skłonił głowę na bok, przemówił samym jeno westchnieniem: - Wejdźcie... - Leśni chłopi, zerwawszy czapki, wchodząc z sieni do celi starali się jakoś zmaleć - byli nad miarę zdrowi i tędzy. Starzec nie cierpiał bujności cielesnej.

Stojąc przed ołtarzykiem - malutki, zgarbiony, w starego kroju czarnej szacie domowego wyrobu - Nektariusz spojrzał zezem na Stiopkę i Pietruszkę. Klinowata, wąska broda sięgała niemal kolan, pod czarnymi brwiami - węgle, nie oczy. Świeca, przylepiona do stoczonej przez robaki oprawy książki, skwierczała cicho - widać na mocniejszy mróz. Piec zrobiony z nadjeziornych głazów zionął gorącem. Bierwionowe ściany dokładnie wygładzone. Pod sufitem na łyku pęczki suchego ziela.

Z wąsów Stiopki i Pietruszki zsuwały się lodowate sople, ale bali się wytrzeć, poruszyć, póki starzec nie skończy. On zaś modlił się groźnym głosem. Z ciemnego kąta patrzył na niego leżąc na boku opętany chłop, przykuty łańcuchem w poprzek tułowia do żelaznego haka w ścianie. Przy piecu rosło ciasto w dzieży nakrytej starym habitem.

- No, czego chcecie? - Nektariusz odwrócił się do chłopów, ruszył na nich siwą brodą. Chadzali na niedźwiedzia, łosia bili w pojedynkę - przed nim przecie truchleli. Stiopka jął zawile opowiadać, co się zdarzyło, Pietruszka przytakiwał z miną winowajcy.
- A więc - rzekł Nektariusz miękkim głosem - więc ty, Pie­truszka, chciałeś tego żołnierza zadźgać rohatyną, a ty, Stiopa, grzechu się uląkłeś?
Stiepan mu na to - gorąco:
- Ojcze, już dwa tygodnie, jak za nimi chodzimy. Przeklęty Jakim zna te miejsca, prowadzi prosto tutaj. Myśleliśmy i tak, i siak... Tamci strzegą się, a byłaby dobra rzecz: podeprzeć drzwi do zimownika i - ogieniek. Ochrzcilibyśmy ich z modlitwą... Im byłoby dobrze i nam... Ale jakoś się nie udało... A zabijać - uchowaj, Chryste... Dziś tylko bies nam przeszkodził...
- Czym ja was błogosławił na to spalenie? - zapytał starzec. (Chłopi spojrzeli na niego ze zdziwieniem, nie odpowiedzieli.) A więc twoja modlitwa, Stiopa, dość jest gorąca, by dziesięciu ochrzcić w ogniu? Och! och! Któż ci dał taką władzę? Patrzcie go, bies podkusił Pietruszę, a tyś zmógł nawet biesa. Ach, świętość! Ach, władza!

Stiepan zasępił się. Pietruszka patrzył na starca mrugając, bo nie rozumiał.

- Porfirij rybeńko, włóż węgielek w kadzidło, rozdmuchaj z modlitewką - wyrzekł starzec.

Kulawy Porfirij zdjął z drewnianego gwoździa kadzidło, pokuśtykał do pieca, rozdmuchał węgielek świerkowej żywicy i podał starcowi, całując dłoń jego. Nektariusz drugą ręką, omal że szurając kadzielnicą po podłodze, jął ze szczękiem dymić na chłopów w twarz i z boków - obchodził ich z tyłu, szepcząc, bijąc pokłony. Oddał kadzidło Porfirijowi; wyjąwszy spoza rzemiennego pasa różaniec, boleśnie chlasnął po twarzy Stiopkę, potem Pietruszę. Chłopi uklękli. On z szeptem posiniałych warg: - Pycha, pycha potępiona - zapalając się bił ich po twarzach. Opętany chłop zarżał nagle na całą izbę, począł targać łańcuch, rzucając się jak pies.

- Bij, ich, bij, staruszku, wypędzaj czarta!

Starzec zmęczył się, odszedł, ciężko dyszał.

- Za co, zrozumiecie później sami - rzekł krztusząc się. - Idźcie w imię Jezusa...

Chłopi ostrożnie wyszli z celi. Księżycowe światło pobladło; za kaplicą, za czarnym lasem występowała zorza. Przejmował mróz. Chłopi rozłożyli ręce: czym zawinili? Dlaczego? Co teraz począć?

- Dużośmy chodzili, a mało jedli - przemówił z cicha Pietruszka.
- Jak teraz go prosić?
- Może choć chleba da?...
- Już lepiej mu się nie pokazywać. Chodźmy tak -  znowu do tamtych. Zabijemy wiewiórkę, zjemy...

Andriuszka Golikow wlazł na piec, dygotał całym ciałem. (Starzec idąc do kaplicy kazał mu przestać dzwonić, nie dopuścił do nabożeństwa: - Idź, sadzaj chleby do pieca.) Odziębione nogi bolały dotkliwie na gorących kamieniach, z głodu mąciło się w głowie. Leżał twarzą do polepy, wpiwszy zęby w podściółkę. Aby nie krzyczeć, powtarzał w myśli z pisma Awwakuma: „Człecze, jesteś gnojem i kałem... Przystało mi żyć z psami i świńmi, śmierdzą one równie obrzydłym smrodem, jako cała moja dusza. Cuchnę od grzechów jako pies padły...”

Opętany chłop, kręcąc się w kącie na łańcuchu, zagadał:

- Dziś nocą znowu ojczulek żarł miód.

Tym razem Andrzej nie krzyknął na niego: - Nie szczekaj - mocniej zagryzł podściółkę. Już brakło mu sił, by dłużej dławić w sobie strasznego biesa zwątpienia. Wlazł ów bies w Andriuszka z błahego powodu. Pościli we trzech - Nektariusz z nowicjuszami - czterdzieści dni, nie przyjmując żadnego pokarmu prócz małego łyka wody. Aby Andrzej i Porfirij nie chwiali się przy czytaniu zasad wiary, pozwolił im zwilżać usta kwasem i pierś rozgrzewać parą. O sobie powiadał: - Mnie tego nie potrza, mnie anioł rajską rosą usta odświeża. - I dziw: Andriuszka i Porfirij ledwie zipali z osłabienia, w twarzy zostały im same jeno oczy, a ów - czerstwy.

Raz jeno Andrzej dojrzał nocą, jak starzec cichutko zlazł z pieca, zaczerpnął z garnka łyżkę miodu i spożył z niepoświęconą proskurą. Andrzej zesztywniał: zda się, lepiej by już widzieć, jak zarzynają człeka, niźli to, co teraz. I nie wiedział - zataić, co widział, czy rzec? Rano przecie zapłakawszy powiedział; Nektariusza aż zatknęło.

- Psie, głupcze! Bies to był, nie ja! A tyś się uradował! Oto ono, cielsko potępione! Ty byś za łyżkę miodu królestwo niebieskie sprzedał!
Począł bić Andrzeja ożogiem, którym wsadzają do pieca garnki, wypchnął go z celi na śnieg w samej koszuli. Myśli uspokoiły się na pewien czas. Ale gdy w celi nikogo nie było, opętany chłopek (siedzący tu na łańcuchu od jesieni, w cieple, z łaski Bożej) rzekł do Andriuszki:

- Popatrz no, łyżka umazana miodem, a wieczorem była umyta. Obliż.

Andrzej zwymyślał chłopa. Następnej nocy starzec znów jadł miód po kryjomu, mlaskał wargami drobno jak zając. O świcie, gdy wszyscy jeszcze spali, Andriuszka obejrzał łyżkę - umazana miodem! I nawet siwy włos przylgnął...

 

Pisało się o nim poeta, pisarz, działacz społeczny, samorządowiec. Wszystko to prawda, jednak Stefan Pastuszewski to przede wszystkim człowiek nauki, a używając prostych synonimów, Pastuszewski to naukowiec (jest autorem kilkunastu książek naukowych i ponad 70 artykułów), uczony zajmujący się historią najnowszą, w tym historią i kulturą mniejszości chrześcijańskich (już w 1988 roku otrzymał nagrodę imienia Andrzeja Frycza Modrzewskiego za całokształt publikacji poświęconych mniejszością religijnym).

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org