Lesław Czapliński - Który skrzywdziłeś człowieka prostego….



    Do pewnego stopnia „Twarz”, najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej można nazwać sowieckim, a to z uwagi na tendencyjność w sposobie ukazania świata przedstawionego, w przeważającej mierze zaludnionego przez ludzi brzydkich i złych– odwrócenie antycznej kalokagatii, łączącej piękno z dobrem –  a przede wszystkim prymitywnych, przypominających ujęcie Rosjan w „Łagodnej” Siergieja Łoźnicy.

Jakby postacie z obrazów Hieronima Boscha ożyły i przywdziały współczesne kostiumy. Większość z nich w założeniu autorki budzić ma nieomal odruch wymiotny już samym swym odpychającym wyglądem, w czym dostrzec można odwołanie się do typażu, znanego z utworów Siergieja Ejzensztejna czy Fridricha Ermlera (skądinąd o rodowodzie czekistowskim), kształtujących nastawienie wobec wrogów politycznych, ale też i westernów, gdzie starano się skierowywać niechęć widza wobec barbarzyńskich dzikusów, jakimi jawili się w nich Indianie.
    Ta przesada w doborze realiów lub ich tendencyjnym ukazywaniu być może by tak nie raziła, gdyby akcja rozgrywała się w bliżej nieokreślonej scenerii, gdzieś w Europie…
    Co prawda niektóre szczegóły w odniesieniu do strojów (marmurkowe dżinsy czy chustka na głowie wiejskiej kobiety), a także samochodów, lub zwyczajów (drastyczna scena świniobicia) wskazywałyby na czasy późnego PRL-u lub wczesnej transformacji. Z kolei ceremoniał pogrzebowy z kobietami w czarnych chustach, zgromadzonych wokół otwartej trumny z nieboszczykiem, mógłby sugerować, że mamy do czynienia ze środowiskiem prawosławnym, czemu przeczy wszakże występowanie katolickiego duchowieństwa.
    Większość postaci sprowadzona została zatem do rzędu alegorii, zwłaszcza Matka w farsowym wręcz ujęciu Anny Tomaszewskiej.
    Mój największy sprzeciw budzi wszak prostactwo z jakim przywołuje się i gra karykaturalnymi stereotypami, wśród których nie mogło zabraknąć wigilii zredukowanej do pijaństwa. To także scena egzorcyzmów, rozładowana przez bohatera, który, jak się okaże, zabawił się kosztem jego uczestników, czy z biskupem uważającym Cyganów za muzułmanów, a przecież skądinąd właśnie kościół w sprawie uchodźców opowiedział się za ich przyjmowaniem przez poszczególne parafie. To wreszcie awantura, wybuchająca pomiędzy żałobnikami zaraz po pogrzebie, nad grobem dopiero co pochowanego dziadka, a dotycząca działki pod budowę domu, w której skądinąd uczestniczy siostra bohatera, kiedy indziej najbardziej empatyczna z rodziny i wspierająca go w nowej dla niego sytuacji. Na marginesie warto wspomnieć, że zmarły był jednym z nielicznych, który zaakceptował wnuka po przeszczepie twarzy.
    Może sytuacje te byłyby bardziej do przyjęcia, gdyby przydano im więcej pierwiastka humorystycznego jak to jest w przypadku stawania bohatera przed komisją orzekającą jego zdolność do pracy czy jedynej sceny o nadprzyrodzonym charakterze, gdy jego matka za pomocą packi poluje na muchy przysiadające na ciele nieboszczyka, a ten na moment ożywa, by soczyście zakląć.
    Można, rzecz jasna, powiedzieć, że wszystko to artystyczna fikcja, choć z drugiej strony trudno wyzbyć się podejrzeń, że powstała ona pod określoną, oczekiwaną tezę.
     Zasadnicza część filmu rozgrywa się pod znakiem tworu Frankensteina, który  współcześnie nie nosi bynajmniej znamion fantastyki, ponieważ daje znać o sobie w praktyce transplantologii, zwłaszcza tak ryzykownej, kiedy dotyczy tożsamości, a więc przeszczepu twarzy. Wydaje mi się, że ukazanie problemów adaptacyjnych w takich okolicznościach (wcześniej podobnej problematyce, a mianowicie trudnościom odnalezienia się w szkolnym środowisku ucznia o zniekształconej twarzy poświęcił swą „Maskę” Peter Bogdanovich), w równej mierze dotyczących zainteresowanego, jak i jego otoczenia, wymagałoby wyczucia i wrażliwości Macieja Pieprzycy. Odnieść można wrażenie, iż w dobie gender przymiotem tym bardziej odznaczają się mężczyźni niż stające za kamerą kobiety.
Choć za sprawą scen kościelnych, nakręconych w świątyni w Tropiu i w jej bezpośrednim sąsiedztwie, przychodzi na myśl Márta Meszáros, która zrealizowała tam scenę chrztu Edyty Stein. Węgierska reżyserka darzy jednak miłością swoich bohaterów, poszukujących bliskości drugiego człowieka, niezależnie od ich rzeczywistych przywar i słabości. Małgorzata Szumowska przede wszystkim zdaje się odczuwać względem nich nienawiść. Jej pełne pogardy podejście do mieszkańców wsi i osób wierzących przywołuje słynną strofę Czesława Miłosza, umieszczoną na gdańskim pomniku poległych stoczniowców, którzy po transformacji stali się równie niepożądani i nieprzystający do nowej rzeczywistości i oczekiwań jej beneficjentów. Jak ubodzy, którym możni tego świata odmawiają prawa do ogrzewania w zimie, ponieważ ich piece na tani opał zatruwają im powietrze, a co za tym idzie przeszkadzają w uprawianiu biegów czy jeździe na rowerach, kiedy nie korzystają już z równie zanieczyszczających środowisko samochodów.
    Dotyczy to także podejścia do statystów, których dobiera się pod względem odpychających cech fizycznych, a następnie epatuje nimi, na przykład w krytycznym skądinąd wobec praktyk konsumpcjonistycznego marketingu prologu, przywołującym promocję za cenę upokorzenia korzystających z niej. Nie mogę wszakże pozbyć się wrażenia, że w podobny sposób traktuje się ich na planie.
    Wszystkie wcześniej podniesione przeze mnie wątpliwości nie zmieniają faktu, że „Twarz” broni się od strony formalnej jako niewątpliwie film wybitny pod względem artystycznym, stąd w pełni zasłużonym wydaje się Srebrny Niedźwiedź za reżyserię na ostatnim festiwalu filmowym w Berlinie. Warto zwrócić uwagę na interesujące rozwiązania zdjęciowe autorstwa Michała Englerta, zarazem współscenarzysty, polegające między innymi na efekcie zwolnionego ruchu czy przemiennej nieostrości bliższych lub dalszych planów w scenach zbiorowych.
    To również wybitna rola Mateusza Kościukiewicza, grającego głównego bohatera i potrafiącego operować półcieniami w tworzeniu jego ekranowego portretu. Na słowa uznania zasłużyła też Agnieszka Podsiadlik w roli jego współodczuwającej siostry. Inni, między innymi wspomniana już Anna Tomaszewska, ale również Roman Gancarczyk jako Proboszcz, pozostają w znacznej mierze płaskimi i jednowymiarowymi figurami jakby na moment tylko ożywionymi, by ilustrować określone typy zachowań.
    Utwór toczy się w cieniu monstrualnej wielkości Jezusa – to właśnie na budowie jego gigantycznego wizerunku bohater ulega wypadkowi, w wyniku czego zyska nową twarz – i właśnie górujące nad okolicą ujęcie tegoż zamyka na koniec film, bo także jego oblicze ulega korekcji na życzenie wspomnianego biskupa, aby mógł bez przeszkód spoglądać w stronę Częstochowy, uchodzącej za duchową stolicę Polski...

„Twarz” (2018). Scenariusz Małgorzata Szumowska i Michał Englert. Reżyseria Małgorzata Szumowska. Zdjęcia Michał Englert. Muzyka Adam Walicki.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora