Agnieszka Sroczyńska - Świat czarów i samotnych wierszy


Czy Kraków może znudzić się komuś wrażliwemu na sztukę? Nie sądzę. Podobnie myślę o wierszach Ireny Kaczmarczyk zebranych w tomie Kanonicza 14, wydanym przez Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich w 2016 r. Jak zaznacza we wstępie Autorka – wiersze te powstawały na przestrzeni  kilkunastu lat. Sama odkryłam je niedawno, przy okazji spotkania krakowskiego Klubu Literacko-Arystycznego Teatru Stygmator, organizowanego pod przewodnim hasłem – Spacerem po Krakowie. Irena Kaczmarczyk w swoim tomie Kanonicza 14 zaprasza na nie jedną przechadzkę po Starym Mieście.

Jednak większość wierszy to poetyckie opisy samotnych spacerów-powrotów Autorki do Krakowa z czasów Jej młodości.
„szukam dziewczyny /z długimi włosami/ w sukience lat sześćdziesiątych” (Nocna Kanonicza, s. 68)
   Opisana krótko przez Autorkę we wstępie historia związania się Jej z Krakowem, nie pozostawia złudzeń przy lekturze wierszy, że ich główną bohaterką uczyniła siebie samą. Cały tom jest utrzymany w klimacie głębokiej nostalgii.
„Na Linii A-B on i ona tak sobie wzajemni / Jak ja i ty w siedemdziesiątym piątym” (*** [Lato z Krakowskiego Rynku…], s. 20)

Mówi się, że krakusi zawsze mają czas, nie spieszą się. W wierszach Ireny Kaczmarczyk czuć tę „niespieszność” – wolny rytm. Opisy spotkań w kawiarniach, którym Autorka poświęciła jedną z trzech części tego tomu, nadając jej tytuł w kawiarenkach wierszy -  najlepiej świadczą o tym, jaką ważną częścią życia były i są dla Niej te spotkania. To czas na zatrzymanie się w codziennym biegu, na refleksję, rozmowę z kimś bliskim, na miłość. Po lekturze tych wierszy nie mamy wątpliwości, że kawiarnie to swoiste enklawy na mapie Krakowa, w których „zielony poranek // przeciąga się / na sofach fotelach” (W Jamie Michalika, s. 55), a „wiklinowe fotele / wyginają się w słońcu / na samą myśl” (Na Linii A-B, s. 56) i gdzie „smakujemy ulotność” (W cafe „Szał” z Joanną J., s. 51).

Nostalgiczny ton wierszy budują wspomnienia utraconych miejsc i osób.  Wspomnienie pierwszego krakowskiego mieszkania na Kanoniczej 14, „gdzie za wawelską firanką / w samym środku maja / nadaliśmy mu [synowi] imię / Paweł” (Za wawelską firanką, s. 16), czy pożegnania z ludźmi – trwałe jak w przypadku Piotra Skrzyneckiego, po którym zostały obrazy w pamięci jak „na spektakl dzwoni” (9 kwietnia, s. 31), „wtula się /w kołnierz płaszcza” (W liściach mgły, s. 32), oraz pożegnania tymczasowe jak z synem  – „wracaj – woła pusty pokój syna / którego Londyn wozi niebezpiecznym / metrem” (Piotrkowi <1>, s. 38) - są ukazane przez Poetkę z dużym spokojem. Wydaje się być pogodzona z nieuchronnie upływającym czasem. I chyba nawet  ze swoją samotnością -
„w zapachu śniegu z deszczem / czuję się bardzo pojedyncza” (Idzie kolęda, s. 80)
„fotel na biegunach / kołysze wspomnienia // od okna do drzwi / od okna do drzwi” (Zimowa tęsknota, s. 43)

Prawdopodobnie właśnie ta samotność jeszcze bardziej uwrażliwia Autorkę  na otaczające Ją piękno starego Krakowa i czyni bardziej empatyczną m.in. na los bezdomnych, któremu poświęcony jest przejmujący wiersz Dworcowe Anioły (s. 84). To jeden z najbardziej plastycznych wierszy tego tomu – „Na dworcowych peronach gwar cichnie powoli / wirują płatki życzeń we mgle uroczystej. // Wigilijne pociągi przystają zdyszane / ktoś spóźniony wysiada, biegnie do taksówki / W poczekalni  na ławce skulona samotność / Ogrzewa garstkę wspomnień w świetle neonówki. // Na obrusie z kartonu dymi barszcz z uszkami / Kompot z jabłek, kapusta, pyszny karp w panierce / Zapach ciepła, blask gwiazdki, rodzinny opłatek… / Dzisiaj łzą na tekturze narysował serce.”
Zachwyt Autorki nad pięknem architektury nie przysłania Jej racjonalnego oglądu całej rzeczywistości Krakowa – również tej bardziej przykrej.
„w bocznej nawie / bezdomne ręce / szukają ciepła / świecy” (Pola Nadziei, s. 79)

Poetka dla oddania klimatu starego Krakowa wykorzystuje nie tylko mapę znanych ulic (Kanonicza, Gołębia, Floriańska, Franciszkańska) i miejsc (Wawel, Rynek, kościoły), ale i jego nieodłączne symbole jak hejnał mariacki, gołębie, dorożki, skrzypce, witraże. Szczególnie motyw gołębia pojawia się często i zaskakuje urodą jego wykorzystania. Autorka nie tylko przywołuje gołębie jako temat czy element składowy wierszy, ale wręcz porównuje się do nich – „tracę grunt jak gołąb” (Sylwester w Rynku, s. 23). W wierszu Hejnał w skrzydłach (s. 10) wspomina o gołębiach z placów innych dużych miast europejskich, które pozornie są takie same jak krakowskie, a jednak nie rozumieją Jej pytań „i brak im hejnału / w skrzydłach”.

Skoro już mowa o wadze języka, wadze jego czytelności warto wspomnieć o warsztacie literackim Autorki. Mimo że tom otwiera rozbudowany (z pięciu czterowersowych strof) wiersz rymowany Lubię Kraków, to jednak stanowi on swoisty rodzynek w tym zbiorze. Poetka preferuje wiersz biały, o zwięzłej formie, bogato naszpikowany środkami poetyckimi. Wśród metafor dominują te dopełniaczowe (jednak nie brzmią banalnie) jak np. –  „stukot czasu” (s. 9), „październik / moich włosów / moich myśli” (s. 27), „kawiarenki wierszy” (s. 51), „pejzaże pełne pytajników” ( s. 52). Jednymi z piękniejszych są metafory hejnału mariackiego – „złote ziarno / z Wieży”, „codzienny muzyczny / deser” (s. 33). Poetka buduje metafory również z pomocą urokliwych epitetów  jak np. - „cynamonowe chwile” (s. 12), „poranne pośpiechy” (s. 68), „firankowy wiatr” (s. 28). Niektóre jeszcze bardziej ubogaca stosując w nich uosobienie - „stłuczone słowa / długo płakały” (s. 64). Zresztą zdaje się, że personifikacja to jeden z ulubionych zabiegów poetyckich Autorki, bo stosuje go po mistrzowsku – „Kraków (…) obejmuje nas / mariacko / wawelsko” (s. 67), „poranek / przeciąga się  / na sofach / fotelach // chodzi jak po domu // przystaje mówi / mruczy // do twarzy mu w epoce” (s. 55), „jesień zamyka park” (s. 65), „garbią się myśli” (s. 65), „wiersze (…) / sączyły ze mną małą czarną” (s. 50). Równie pięknie buduje porównania – „jesienny Kraków / smakuje jak szarlotka u Michalika” (s. 12), „słowa jak / kwiaty akacji / duszne” (s. 67), „grzechy lekkie/ jak smuga światła” (s. 73). Większość wierszy kończy zgrabną, subtelną puentą – „budowaliśmy nasz // Wawel” (s. 24), „gołąb wybiera z mej dłoni / ostatnie wołanie” (s. 44), „na rękach światło / bratków niosę” (s. 74).

Poczucie wyjątkowości Krakowa, jakie daje się odczuć przez cały ten poetycki spacer, Autorka najdobitniej wyraża w ostatnim wierszu tomu nazywając swoje Miasto „Siódmym Kontynentem” (Siódmy kontynent, s. 88). Jeśli ktoś szuka w poezji odpoczynku od pop-kultury, tandety, pośpiechu, medialnego hałasu i chciałby podelektować się pięknem sztuki, barwnym językiem, to dzięki wierszom z tomu Kanonicza 14 Ireny Kaczmarczyk znajdzie ten odpoczynek i posmakuje prawdziwych krakowskich delicji.


Irena Kaczmarczyk, Kanoniczna 14, Kraków 2016, ZLP

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież