Witold Zdzitowiecki - LUCIA


- Tu Warszawa! Nadajemy koncert muzyki Fryderyka Chopina. W sali „Roma" wystąpią laureaci pierwszych równorzędnych miejsc Konkursu Chopinowskiego. Po długich, bo miesięcznych zmaganiach z pełnym programem nokturnów, etiud, polonezów, mazurków i sonat, a w końcowym etapie - koncertów fortepianowych e lub f-moll, zwycięzcy maratonu wystąpią dzisiaj w towarzystwie orkiestry pod batutą...


Z ebonitowej skrzynki radia „Pionier”, jedynego takiego urządzenia w całej wsi - to dopiero 1949 rok - do uszu ośmioletniego chłopca, jakim jestem, zdaje się docierać coraz bardziej ogromniejący w jego wyobraźni fortepian dźwięków, wzmacnianych jeszcze orkiestrowym tłem.
W obejściu jakby nie było żywej duszy, tylko, on z uchem przy głośniku i oczami w sali „Romy". Ależ nie: są - widzi je, a także słyszy. Towarzyszka jego zabaw Lucia, przyszywana, dwa lata starsza kuzynka i jej mama Jadwiga - przyszywana /a jakże/ ciotka. Krzątają się w kuchni, coś pichcą i zajadają, częstują chłopaka, szczególnie Lucia, starająca się usilnie przerwać słuchanie tych jego marzeń.        
- Witek, a ja wiem ile kosztuje para gołębi. Są na strychu, chcesz zobaczyć? Możesz sobie wybrać, bo tata ma ich o wiele za dużo.
- Nie chcę, widzisz że słucham.
- To ci przyniosę! I pobiegła na strych, a kiedy wróciła było już po Halinie Czerny - Stefańskiej i Belli Dawidowicz. Mistrzowskie palce ich rąk, wynosiły i umacniały na muzycznym ołtarzu /czytaj - w ebonitowej skrzynce/, dorobek jednego z najlepszych polskich kompozytorów. Skończył się Walc, a potem Preludium cis-moll z opusu 45.
Oniemiałem: Lucia wsadziła sobie gołębie za bluzkę i podtykała mi nagle wyrosłe, ruszające, się żywe piersi do oczu. Chwyciła moje ręce i dotykała nimi gołębich główek. Wkładała do moich ust, jakby to były matczyne sutki.   
Z ebonitowej skrzynki Chopin po parysku - salonowy i elegancki, a ona nagle, że za taką parę tylko dwadzieścia złotych jej tata, a mój przyszywany wujek Edek, chce. Dlaczego przyszywani?. Bo z jednych stron my, to jakby krewni. My z kresowej Listopadówki - oni z Wojnina, wołyńsko -  wioski, leżącej obok naszej.
- A skąd wezmę dwadzieścia złotych? - zapytałem.
- Może znajdziesz - ona na to. - Jaką byś ścieżką nie szedł, patrz pod nogi. Kto patrzy - ten wypatrzy.
I frygnęła z powrotem do gołębnika.
A w radio przez membranę wciąż doskonalone propozycje ekspresji utworów Fryderyka. Po rosyjsku - sentymentalnie. Po polsku - wyważone pomiędzy emocją a formą. U intelektualnie nastawionych pianistów amerykańskich przeważa chęć, aby spod wierzchniej powłoki brzmienia, można było wydobyć nieprzeczuwane wcześniej elementy polifonii.
Spytacie - skąd o tym wiem?. Otóż wtedy nie wiedziałem, nawet nie przeczuwałem, że będę taki mądry. Ale teraz - jako krytyk muzyczny, nie mam się czym chwalić.
Wróćmy jednak do chłopca i do chwili.
- Witek - wymyśliłam! - Lucia jak bomba wpada w muzykę.
- Co wymyśliłaś?
- Pójdziemy ścieżką razem, będziemy patrzeć razem, dwadzieścia złotych to przecież nie igła w stogu siana. Musimy je znaleźć, choćbyśmy musieli iść przez całe życie. Idziesz, czy nie?.
- Zaraz, zaczekaj. Posłuchaj: Cejlonka gra Walce w tempie i z żarem takim, jakby to były tańce kreolskie. Japonki śpiewają kantyleny Nokturnów z delikatnością słowików ukrytych w gałęziach jabłoni kwitnących wiosną.
- A co mi tam! Chodź, bo ktoś znajdzie przed nami. Ścieżka zabłądzi w życiu, czy coś jeszcze gorszego.
Mądrala bierze mnie za rękę i ciągnie w świat, na podwórko, na rozstaje wtedy polnych jeszcze dróg, gdzie nasze domy, a zamiast chodników - ścieżki. I ślady naszych bosych stóp - do szkoły, ze szkoły.
- O, popatrz! Leży coś pod kamieniem - podnieś. Banknot ze żniwiarką co przy snopie, a w ręku sierp. Dwie dychy! Ależ masz szczęście - parka gołębi cukrowych już twoja.
Roiło się chłopcu, iż jako mały jeszcze Frycek, biega boso po alejkach ogrodu przy Pałacu Kazimierzowskim w Warszawie. Ucieka od zatabaczonego nauczyciela muzyki. Podrósłszy, zwierza się przyjacielowi, spacerując z nim po Krakowskim Przedmieściu. O Konstancji nie mógł jednak wykrztusić słowa. Z pomocą przyszedł liścik: „... Bo ja już może na szczęście mam swój ideał, któremu wiernie, nie mówiąc z nim, już pół roku służę, który mi się śni, na którego pamiątkę stanęło adagio od mojego koncertu /f-moll, przyp. moja/, który mi inspirował tego walczyka dziś rano, co Ci przysyłam /.../. O tym nikt nie wie prócz Ciebie.” A w innym: „Fortepianowi gadam to, co bym był tobie nieraz powiedział..."
U siebie zbił z desek gołębnik na strychu i co chwilę zaglądali tam z Lucią. Pod dachówkami suszyły się liście tytoniu, próbowali więc - po uprzednim rozdrobnieniu - popalać machorkę, zawijając ją w skrawek poniemieckiej gazety, lecz krztusząc się, blednąc, na próbie poprzestawali. Bezkarnie mogli natomiast podglądać zaadaptowaną przez Witka parkę gołębi. Jak znoszą i wysiadują jajeczka, jak wykluwają się pisklęta, jak rodzice podają im pokarm. O miseczkę i wodę zadbali natomiast nasi bohaterowie, bo ludzka z nich była para. Trzymali się za ręce, czasami całowali, bawili w tym nakrytym dachem odosobnieniu.
Chłopiec, marzył o spotkaniu takiej swojej Konstancji, jaką spotkał Frycek /usłyszał o tym i o liście cytowanym powyżej w radio/. Że chodzi razem z Gładkowską - tak się nazywała Konstancja - do Konserwatorium, uprawia z tą utalentowaną, niebieskooką blondynką flirt niemalże miłosny, podbija warszawskie salony także jako pianista. Że gra dla niej podczas niedzielnych nabożeństw w kościele Wizytek, podczas gdy Konstancja - dziewczyna z krwi i kości - zerka w górę ku niemu.
Konstancja była pierwszą kobietą, której Fryderyk tak niepodzielnie oddał swoje myśli i serce. „Szkoda, że w taki dzień mi wypadło pisać, co myśli do kupy zebrać nie mogę - donosił rówieśnikowi Tytusowi - w niedzielę uderzony jednym niespodziewanym spojrzeniem w kościele, właśnie w chwili jakiegoś lubego odrętwienia, natychmiast wyleciawszy, z kwadrans nie wiedziałem co się ze mną stało...".
Udając męża i żonę - wzięliśmy niby ślub, spędziliśmy niby noc poślubną. Wnieśliśmy na poddasze miot naszej suki Wilgi, bo ojciec chciał je włożyć do worka i utopić jak kocięta, co zwykle robił, kiedy kotów nawet jak na nasze, spore gospodarstwo, było zbyt dużo. Cóż dopiero mówić o psach; tych zawsze mieliśmy ponad miarę. Wilga po stromych schodach za nami, a szczeniakom umościliśmy leże koło wędzarni. Sami zaś baraszkowaliśmy w łóżku jedynego pokoju, nadającego się do zamieszkania na tym strychu. W wędzarni zawsze wisiał zapach mięsa, to i suka chętnie tam polegiwała. Pokój napełniony słoneczną radością z umieszczonego od wschodu okna, skłaniał do nieporadnych, choć ochoczych poczynań, podpatrzonych u dorosłych. Niestety, uczniami byliśmy mało pojętnymi, przynajmniej jeżeli chodzi o mnie...
Kosia zapewne podziwiała Chopina na koncercie w Resursie Kupieckiej. Frycek akompaniował, ale i grał fantazje z rozmaitych znanych melodii. Obok chłopca w otoczce utworów i wykonawców towarzyszących, na scenie pojawiła się urocza, cała w bieli panna Gładkowska. Debiut Konstancji jako śpiewaczki w Teatrze Narodowym: Oświetlona z dołu świeczkami rampy, zaczęła drżącym ze wzruszenia głosem arię Rossiniego z opery „Dziewica z jeziora". I kiedy Fryderyk odprowadza ją ze sceny, w jej oczach błyszczą łzy. Nie spadają, drżą w głosie - i zamierają w ciszy, być może jej, a na pewno jego pierwszego zauroczenia osobą płci przeciwnej.
Do jednego z naszych trzech gniazdek na poddaszu, zakradła się łasica. W nocy przegryzła gołąbkom szyje i wysysając krew, pozostawiła je martwe. Matka chciała ugotować z nich rosół, ale Lucia - jak miała w zwyczaju - wszystkie je pod bluzkę i do ogrodu. Tam pogrzeb, a będąc ministrantem o uroczystości wiedziałem wiele. Byłem więc księdzem, a grabarzem i płaczką ona. Na stypę poszliśmy do pokoju na strychu. Zaprosiliśmy na nią szczeniaki i sukę Wilgę. Opici mlekiem, poprzysięgliśmy wieczną pamięć gołębiej rodzinie, poza oczywiście psami, bo one by je i bez rosołu, przynajmniej suka.
Słuchając natchnionego uczuciem pierwszej miłości larghetta z Koncertu f-moll, widzę - w marzeniach chłopca z uchem przy radiu - Fryderyka, spacerującego u boku Konstancji ścieżkami Ogrodu Saskiego. Larghetto jest odbiciem jasnego, pełnego młodzieńczej przygody uczucia. Rozbudzona w ten sposób twórczość, od pierwszego akordu As-dur brzmi jak otwarcie bramy do przybytku miłości i uspokojenia.
Z Lucią nigdy się nie rozstałem. Ślub i pożycie rozpłynęły się w dziecięcych zabawach i nauce udawania, ale wzajemnie zakodowani w pamięci, przekazaliśmy się - mam nadzieję - następnym pokoleniom poprzez nasze najlepsze, witalne geny.
Przed moimi oczami listy Chopina. Biografie różnych autorów, esseje i wiersze o nim. Pałac Radziwiłłowski, miejsca gdzie koncertował: Belweder, Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności, Kościół ewangelicko - augsburski, Pałac Błękitny, Pałac Mniszchów, Teatr Narodowy, mieszkanie Maurycego Mochnackiego. Cała barwa muzyki Fryderyka i cisza, którą wszedł w jeden podłużny błękitny ton, którego poszukiwał przez całe życie.
Z Lucyną spotkaliśmy się po latach. Mówią, że jest poetką. Właśnie została laureatką konkursu literackiego na wiersze o Chopinie, ogłoszonego przed kolejnym warszawskim Międzynarodowym Konkursem Chopinowskim. Piękna i mądra kobieta. Nagrodziła mnie wierszem:

Dźwięk

cicho
wydobywam się
ze strun

pamięta
te palce
naród

kasłanie
w mazurki

prątków
harmonia

miłosne
klawiatury

pomnik
jak pień
zasłuchany

to ja
głuchy
na przemijanie
zaplątany
w wasz
hałas
chopinowski
dźwięk

- Lucynko, tak naprawdę to jeszcze nie mieliśmy okazji skonsumowania naszego najwcześniejszego ze ślubów. Pamiętasz ten pokój na poddaszu? Nie siedź taka osowiała; dysponuję teraz innym pokojem, nawet apartamentem. Pójdziemy?
- Miałam wielu niby mężów - zaczęła cicho. - Byłeś pierwszy, najgłębiej zapadłeś w pamięć. I niech tak zostanie... Płodzę teraz tylko wiersze i daję je do oceny gronu starców. Nagradzając, mają nadzieję, że coś na tym    zyskają, niechby i moją cielesną przychylność - powłokę przecież tylko. Czyżbyś zasiadając wśród nich, muzykologów i historyków sztuki, literatury, nie wiedział o tym? Może cię nie oświecili, bo jesteś najmłodszy wśród nich - pierwszy raz zasiadasz.
Po chwili:
- Nie jesteś z tego areopagu gerentologów, mogę więc pójść i domeblować sobą apartament, jeżeli ci tak zależy. Może ja też odniosę jakąś korzyść z powrotu do dziecinady, wskrzeszania pierwotnych instynktów. Chcesz tego? Bo ja jeszcze nie wiem czy chcę, ale czuję się  już bardziej na siłach, niż byłam przed chwilą.
Lucyna ożywiona mną/miałem nadzieję/, naszymi wspólnymi poczynaniami, pewnie i bliskością serca /jest wmurowane w filarze warszawskiej katedry /ongiś tak kochliwego kompozytora, egzaminem ze znajomości biografii tego postumentu polskiej narodowej muzyki, który zdawaliśmy w owym apartamencie wspólnie, mniemanie o Fryderyku miała dobre. W jej przypadku - dojrzałej poetki - była to także pamięć jakby spisana z wieszcza na pomniku w Łazienkach:

Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało...

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież