Teresa Grabińska - Od szmalcownika do ślubnej sukienki


Wychowałam się w skromnej rodzinie w dużym polskim mieście. Jako jedyna z rodzeństwa odznaczałam się rzucającą się w oczy południową urodą. Ledwie skończyłam szkołę powszechną, a zaczęła się okupacja niemiecka. Nie mogłam się dalej uczyć, bo polskie szkolnictwo zostało zlikwidowane, a moich rodziców nie było stać na płatne tajne komplety nauczania, które nie tylko w Warszawie, lecz i w moim mieście były organizowane, a nawet jedna ze szwagierek mojej mamy prowadziła je jako nauczycielka.


Wytrącona z rytmu edukacji pomagałam mamie i rodzinie w codziennych sprawach, i nie wiedziałam jak się odnaleźć w okupacyjnej rzeczywistości. A tu nagle sami okupanci wyznaczyli mi – można i tak to określić – drogę życia.
W około półtora roku po rozpoczęciu wojny zaczęły się w naszym domu wizyty dziwnych panów, mówiących po polsku, nie zawsze w sposób poprawny a wskazujący na inną narodowość zamieszkującą II Rzeczpospolitą, nazwanych szmalcownikami, którzy wraz z umundurowanymi Niemcami indagowali moją mamę na rzecz przechowywania Żydówki, którą miałam być ja. Mama wszelkimi sposobami starała się im wytłumaczyć, że jestem jej rodzoną córką i chrześcijanką. Ponieważ wizyty się powtarzały, to miała na stole przygotowany stosik dokumentów – akt urodzenia, świadectwo chrztu, świadectwa szkolne i komplet moich zdjęć od dziecka.
Na początku nie bardzo rozumiałam, o co chodzi tym nieproszonym a złowrogim gościom, zwłaszcza gdy odzywało się jakby szczekanie w nieznanej mi wtedy niemieckiej mowie żandarmów. Mama też nie znała niemieckiego i była zdana na tłumaczenie ich polsko- lub niby-polskojęzycznych pomagierów. Tak mną to wszystko wstrząsnęło, że postanowiłam się nauczyć niemieckiego.
Pozbierałam wszystkie książki do niemieckiego, jakie były w domu, na ogół podręczniki mojego starszego rodzeństwa i cały wolny czas poświęciłam nauce. Starsza siostra zapamiętała jak całymi godzinami siedziałam przy piecu (bo tam było ciepło) i wkuwałam niemieckie słówka wraz z niemiecką gramatyką. Skutek był taki, że po paru miesiącach dobrze rozumiałam, co „szczekają” żandarmi językiem Goethego – tak, szczekają, bo jakikolwiek nie byłby to język etniczny, nie przystawał treścią, ale i formą ludzkiej mowie.
W moim mieście, podobnie jak w Warszawie, systematycznie były organizowane łapanki mieszkańców, aby ich wywieźć na przymusowe roboty do Niemiec. Starsza siostra cudem uniknęła łapanki, którą zorganizowali Niemcy blokując oba wyloty wiaduktu nad trasą kolei warszawsko-wiedeńskiej. Schowała się za stojącą na wiadukcie budkę. Oczywiście, że wytropił ją niemiecki żandarm, ale moja siostra była piękna i zawsze elegancko ubrana, i pewnie tak spojrzała swoimi ogromnymi orzechowo-złotymi oczami na żandarma, że udał, iż jej nie widzi i pilnował dojścia do budki przed innymi żandarmami.
Dla mnie los nie był tak łaskawy i w wyniku innej łapanki zostałam powieziona do Niemiec. Jednak przecież świetnie poznałam niemiecki. Udając, że nic nie rozumiem, zorientowałam się, że oszacowali mnie jako wartościowy towar (miałam ok. 18 lat) do domu publicznego w Bremie. Gdy się o tym dowiedziałam, postanowiłam zbiec udając Niemkę, wierną obywatelkę III Rzeszy. Zawróciłam w głowie jakiemuś starszemu Niemcowi, który mnie przeszwarcował jako swoją siostrzenicę, a potem mu uciekłam i wróciłam, dalej udając Niemkę, do domu. Mama była przekonana, że to dzięki jej nieustającej modlitwie do Matki Boskiej w intencji ratowania mnie.
Skończyła się wojna, opóźniona młodość domagała się swoich praw. Na wakacjach w Zakopanem, na które wybrałam się ze starszą siostrą, która tam już wcześniej jeździła, poznałam bardzo przystojnego młodego mężczyznę, zaciągającego na wschodnią nutę – tzw. repatrianta spod Lwowa. Rozwinęło się między nami uczucie, nim dowiedziałam się, że jest ukrywającym się pod zmienionym nazwiskiem żołnierzem najpierw AK, a potem podziemia powojennego – z tych nazwanych później żołnierzami wyklętymi. Zdecydowałam się na poślubienie go, ale zaraz powstała myśl jak go chronić przed rozpoznaniem i stalinowskimi represjami.
Sama na tzw. ziemiach odzyskanych dostałam dobrą pracę w administracji państwowej i byłam pupilem ówczesnej lokalnej władzy, choć nigdy nie należałam do partii i się nie wysługiwałam służbom– „Pani Zosiu, pani jest katoliczką, ale pani jest taka zdolna i piękna, bo pani jest nasza”. Natomiast męża postanowiłam ukryć pod jakimś mundurem. Najbezpieczniejszym zdawał się być mundur komornika (wtedy była to służba mundurowa). Zadanie komorników jest zawsze niewdzięczne i wtedy było bardzo nisko płatne. Więc brano każdego, kto się zgłosił, jeśli wprost nie było przeciwskazań. I tak mój mąż do końca okresu stalinowskiego spełniał powinności komornika. Jego wyjątkowa przystojność mało się rzucała w oczy w nieciekawym zielonym mundurku.
Na ziemiach odzyskanych mieszkali po wojnie jeszcze Niemcy. Wśród nich byli ludzie, którzy niewiele rozumieli z politycznych przemian, nie znali języka polskiego, nie nawiązywali relacji z nowymi mieszkańcami. Zalegali więc ze spełnianiem takich lub innych obowiązków względem nowej administracji, z rozmaitymi świadczeniami i opłatami. Toteż kierowano do nich komornika. Mój mąż nie mówił dobrze po niemiecku, ale coś tam rozumiał, bo w czasie wojny, walcząc przeciwko Niemcom i nacjonalistom ukraińskim, siłą rzeczy musiał posiąść elementarną znajomość języka wroga. Był człowiekiem głęboko wierzącym i bardzo wrażliwym na ludzką krzywdę. Toteż niejednokrotnie prosił mnie, abym swoim sposobem docierała do tych najbardziej poszkodowanych i bezradnych Niemców, i poprawną niemczyzną doradziła im, co mają robić. Nie mogło być to zbyt częste, aby nie zdekonspirować męża-komornika.
Tym zwykłym Niemcom pomagałam, chociaż do Niemców jako takich trudno, abym żywiła jakąkolwiek sympatię po tym, co przeszłam, co przeszli moi bliscy i współmieszkańcy mojego miasta (ci żydowskiego pochodzenia w większości zostali przez Niemców po prostu wymordowani). Ci zwykli zdezorientowani Niemcy stopniowo wyjeżdżali do Niemiec. Ale niektórzy z nich nie zapomnieli o mnie, a może też osobiście poczuli się odpowiedzialni za to, co uczynił ich naród mieszkańcom dawnej II Rzeczypospolitej Polskiej. Nawiązali ze mną korespondencję. I gdy już po 1970 r. łatwiej było wyjeżdżać na zaproszenie na zachód, gościli mnie u siebie i obdarowywali tym, czym mogli. Na ogół nie chciałam przyjmować prezentów, ale gdy siostrzenica i jednocześnie chrześnica mojego męża w tym samym roku wychodziła za mąż i broniła doktoratu, to przywiozłam jej z Niemiec trudno wtedy osiągalne w Polsce kupony atrakcyjnego materiału na suknię ślubną i garsonkę.

Na podstawie przekazu Ciotki Zofii i innych krewnych odtworzyła siostrzenica Teresa.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież