Stanisław Stanik - Wynalazca słów - wywiad

Wywiad z Leszkiem Dembkiem, prezesem Oddziału Szczecińskiego Związku Literatów Polskich, laureatem nagrody dla poetów niestandardowych XVII Światowego Dnia Poezji ustanowionego przez UNESCO

 - Czy pochodzi Pan ze Szczecina? Jak to się stało, że tam Pan osiadł?

- Nie jestem rodowitym szczecinianinem, pochodzę z miejscowości Recz, z którym jestem związany rodzinnie i mentalnie. Jednocześnie zaznaczam, że bardzo interesuje mnie historia tej miejscowości. Szczególnie ludzi, którzy zamieszkiwali tamte ziemie od zarania aż do czasów powojennych, gdzie tamtejszą trudną rzeczywistość na tzw. „Ziemiach Odzyskanych” również tworzyli moi rodzice. Temu miejscu wraz z kolegami artystami z Miejsko - Gminnego Ośrodka Kultury poświęciliśmy specjalny literacko - artystyczny program plenerowy pt. „Miasto, które znam …”.

Ale, czy znam albo na ile znam moje miasto? Urzekają mnie do dzisiaj legendy tego miejsca, które poznawałem, czytając (i tutaj chciałbym wspomnieć min.) m.in. „Mniszki, kupcy i rycerze. Średniowieczny Recz” Grzegorza i Jacka Brzustowicza, czy opowiadanie Janusza Władysława Szymańskiego pt. „Dolina”. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że żałuję, iż zbyt mało czasu poświęciłem na rozmowy z ludźmi, którzy tworzyli tamtejszą powojenną rzeczywistość z bagażem na niejedną interesującą książkę lub opowiadanie. Ale to lata młodości (szkoła podstawowa), inny stan wiedzy i świadomości.

 Prawda jest też taka, że chciałem się gdzieś zgubić w dużej przestrzeni, być raczej nierozpoznawalny, mniej znany i tak podążając w gruncie rzeczy za rozkazem trafiłem do jednostki wojskowej w Szczecinie. Czy to przypadek… to już inna kwestia.

- Co Panu najbardziej podoba się w mieście szczycącym się m.in. takim przybytkiem oświaty, jakim jest Książnica Pomorska (wielkość zbiorów ok 1, 5 mln egzemplarzy), czyli obecnie rodzinnym Szczecinie?

- Szczecin to bardzo interesujące miasto z uwagi też na fakt burzliwej historii, wynikającej głównie ze swojego położenia. Dlatego również budzi duże zainteresowanie w środowisku naukowym, które zajmuje się tą bliższą i dalszą przeszłością. Współcześnie chyba największe wrażenie, na każdym mieszkańcu Szczecina i nie tylko, wywołuje Zlot Żaglowców (The Tall Ships Races). To swoisty powiew wolności, którą to miasto tak ceni, o czym zaświadczało w swojej przeszłości. Jak wiadomo, nie bez kozery mówi się też, że jednym z trzech synonimów piękna jest fregata pod pełnymi żaglami.

Z pokładu tych fregat, każdy marynarz, który nie widział naszego miasta może przekonać się o jego niepowtarzalnym uroku, patrząc na Wały Chrobrego, a zlotu ptaka na Jasne Błonia.

Wiele tu zacnych przybytków kultury i oświaty min.:, Zamek Książąt Pomorskich, Teatry: Kana, Polski i Współczesny, Filharmonia, Muzeum Narodowe – Centrum Dialogu Przełomy i  wspomniana Książnica Pomorska, która jest naszą zachodniopomorską „krynicą wiedzy”. I jest to miejsce, które chyba najbardziej mi odpowiada z uwagi też na moje zainteresowania literaturą, a od wielu lat też literaturą regionalną.  Znajdują się tutaj zbiory i kolekcje specjalistyczne w tym Twórczość pisarzy ziemi szczecińskiej, w tym takie przysłowiowe archiwalne rarytasy, jak min. tzw. „zielone” rękopisy Konstantego I. Gałczyńskiego.

Jest coś niebywałego, kiedy wchodzi się w aurę tamtego czasu, czytając książki, szczególnie poezję, jak tomik wierszy Niny Rydzewskiej pt. „Miasto”, antologię „Szczecin literacki” lub prozę Marii Bonieckiej, Haliny Suchodolskiej czy marynisty Jana Papugi. To swoista wieża Babel przemyśleń. 

        

- Jak wyglądało życie literackie w tym mieście, w czasie gdy Pan tam osiadł?

- Swoje pierwsze kroki literackie stawiałem w Wojskowym Kole Literackim „In Aeternum” w Klubie Garnizonowym 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej, w której byłem żołnierzem zawodowym. Szukałem szerszego kontaktu ze środowiskiem literackim, aż wreszcie po wydaniu trzech tomików poetyckich w 1997 roku trafiłem do Związku Literatów Polskich Oddział w Szczecinie. Literaci w tym czasie już dawno byli podzieleni. W 1989 roku powstało Stowarzyszeni Pisarzy Polskich i ten stan rzeczywistości trwa aż do dzisiaj, z kolegami literatami staramy się nawzajem rozumieć.

 

- Kiedy Pan zaczął pisać? Czy zaczynał Pan od poezji? Czy podejmował Pan próby prozatorskie?

- Zdarzyło mi się jeszcze w szkole podstawowej i to nie był wiersz o miłości, jak z reguły zaczyna się poezjowanie. To była długa droga. Nie wszyscy należą do kategorii poetów natus, dlatego miałem dużo rozmyślań nad istotą wiersza. I zadawania sobie pytań tego rodzaju jak: Czy poezja ma tylko być (Archibald MacLeish), czy znaczyć? Czy być daleko od emocji, jak zalecał Thomas S. Eliot w tzw. korelacie obiektywnym. Czy postawić na irracjonalizm, spontaniczność jak w Mickiewiczowskiej słynnej frazie „Miej serce i patrzaj w serce”? Żadnych prozatorskich prób nie czyniłem, ale zawsze mnie interesował styl narracji, dlatego starałem się wczytywać w S. Gombrowicza, A. Stasiuka, M. Prousta, S. Becketta, J. Joycea czy też kubańskiego pisarza Lezamę Limę.

- Jacy byli Pana nauczyciele w dziedzinie twórczości? Czy mógłby Pan ich wyszczególnić i opisać?

- Kilku już z nich wymieniłem, ale była i jest cała ich plejada, stale na nowo kogoś odkrywam, jak ostatnio Fernando Pessoę, wybitnego portugalskiego poetę. To nie znaczy, że wcześniej go nie znałem, nie miałem po prostu czasu na bliższe zapoznanie się z jego twórczością. Ta konstelacja indywidualności na tym firmamencie rozkłada się różnorodnie. Jeśli spojrzeć na polskich poetów, którzy z różnych względów są dla mnie ważni, to min. Jan Kochanowski, Mikołaj Sęp Szarzyński, Cyprian Kamil Norwid, Krzysztof Kamil Baczyński, Tymoteusz Karpowicz, Rafał Wojaczek, Halina Poświatowska, Anna Świrszczyńska, Tadeusz Różewicz z młodszej generacji Marcin Świetlicki czy Andrzej Sosnowski.

I pozostaje oczywiście cała sfera poetów anglojęzycznych, niemieckojęzycznych, francuskich, rosyjskich, afroamerykańskch czy też tworzących w innych językach, jak chociażby w przypadku poematu „Gilgamesz” (język sumeryjski).

 Zawsze mnie interesował poetycki styl pisania, sposób konstrukcji wiersza, perspektywa widzenia podejmowanego tematu. 

 

- Zadebiutował Pan książką o formule tradycyjnej? Czy taka Panu najbardziej odpowiada? A jak Pan ocenia swój stosunek do podjętej poetyki z perspektywy dzisiejszej?

    - Tworzenie to z reguły stopniowe nabywanie świadomości poetyckiej. W bardzo dużym uproszczeniu można powiedzieć, że dopiero po pewnym czasie dostrzegamy, że za pierwszą warstwą słów, znajduje się kolejna, która w wielu przypadkach, parafrazując słynne zdanie daje „odpowiedniejsze rzeczy słowo”. Od myśli do słowa napisanego jest cała przestrzeń. Na pewnym etapie literackiego doświadczenia zacząłem intuicyjnie odczuwać, że opisywaną rzeczywistość chcę wyrażać jakby „nieznaną barwą”, która istnieje jeszcze nieodkryta, stąd stałe poszukiwania. To spowodowało, oprócz stałego zapoznawania się z twórczością poetycką, wejście w obszar teorii poetyki, tym samym też analizowania programów i manifestów poetyckich (np. Manifest futuryzmu), pogłębiania wiedzy w literaturze przedmiotu i tu należałoby wymienić takich twórców, jak m.in. Tadeusz Peiper, Stanisław Przyboś, Stefan Themerson, Benedetto Croce, Gotfried Benn, Thomas S. Eliot, Paul Valery, Stephane Mallarme czy Wielimir Chlebnikow.

- Z czasem zajął się Pan twórczością eksperymentalną, w tym polifoniczną, dlaczego Pan podjął się pisać w tej „szkole”, od kogo przejął Pan wzorce i jak to się ma do rzeczywistości polskiej?

- Na ten trop zaprowadził mnie wiersz tzw. „niezamknięty”, o którym piszę w „Polifonii Poezji”. Warto tu zasygnalizować, kwestię rozważaną przez B. Crocego, który jako pierwszy w teorii poezji sformułował tezę, że wiersz nie musi zawierać poezji. W naszym poetyckim eksperymencie, w którym uczestniczyło czternastu zachodniopomorskich poetów, znajdują się wątki doświadczenia amerykańskiego poety, J.D. McClatche’go, Raymonda Queneau - współzałożyciela francuskiej eksperymentalnej grupy literackiej OuLIPo i japońskiej rengi, którą datuje się na VII – VIII w. N.e. Myślę, że podczas tego eksperymentu, który trwał kilka miesięcy stworzyliśmy „coś” samoistnego - wielowymiarowe widzenie tej samej poetyckiej kwestii w tzw. dwu widzeniu lub kwadro widzeniu, swoisty poetycki foliogram. Ale podobnie jak w kinie, jeśli nie założy się okularów polifonicznej wyobraźni, to będzie widoczny tylko jeden wymiar z podkreśleniem. Muszę dodać, że wyniki tego eksperymentu samego mnie zaskakują, z uwagi chociażby na fakt, że sprawa jest w dalszym ciągu rozwojowa, na tej bazie tworzy się już tzw. poezja dekonstrukcyjna. Może to nieciekawie brzmi, ale naszym zamiarem jest napisanie najlepszych poetyckich wersów z wielu wersów.

 Polifonia poezji została pomyślana jako działanie, w którym szczególnie ważne jest różne postrzeganie tego samego aspektu przez wielu autorów w jednym wierszu, swoista synestezja. Z tego, co wiem to takiego eksperymentu w naszym kraju chyba jeszcze nie było. Mam też świadomość różnej oceny tego eksperymentu, ale jak zawsze ciekawość jest duża, ostatnio w rozmowie z jedną z poetek, która zajmuje się podobną sferą działania usłyszałem, idźmy, zobaczymy, dokąd ta droga nas zaprowadzi. Wcześniej wymieniany Samuel Beckett, pi­sał, że „być artystą znaczy zawieść, a sztuka jest wiernością w zawodzeniu”.

- Dlaczego zajął się Pan teraz prozą poetycką? Czy odpowiada to współczesnym trendom?

- Można tu przytoczyć wiersz Czesława Miłosza „Ars poetica”, który zaczyna się od słów Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej …. Proza poetycka zdarzyła się dopiero ostatnio, trudno to wszystko tak jednoznacznie zdefiniować, ale staje się ona teraz dla mnie ważna. Bardziej zdaje się być otwarta niż sam wiersz wolny. Granice chyba się zacierają, nawet w bibliotekach proza poetycka jest różnie klasyfikowana (proza lub poezja). Zawsze pozostaje jednak najważniejszy sposób wyrazu, tematy się nie zmieniają i cała sztuka polega na tym jak napisać tak, jak jeszcze nie napisano. Można by rzec za angielskim klasykiem - Oto jest pytanie (?) Wydaje się, że proza razem z poezją stwarzają większe możliwości wypowiedzi dla twórcy. A wiersz nawet tzw. wolny ma jakieś swoje „ukryte” ograniczenia, czego ostatnio doświadczam wychodząc z wiersza poza wiersz.

- Wydał Pan i poprzedził wstępem antologię poezji i prozy środowiska literackiego miasta Szczecina (2017) pt. „Przepływający świat słowa”, drugą taką, po wydanej w roku 1958. Podobno, jak napisał Jan Zdzisław Brudnicki w „Sekretach ŻARu” (2018 nr 1) „Zagarnia (…) też połacie pogranicznego pobrzeża i Pomorza Zachodniego”. Czy można porównać dawne środowisko literatów Szczecina z obecnym środowiskiem? Czym się ewentualnie różnią?

- Zaznaczam, że jest to antologia środowiska literackiego związanego ze Związkiem Literatów Polskich w Szczecinie, gdyż podobnie jak w całym kraju istnieje swoisty „podział dzielnicowy” wśród pisarzy. Postanowiliśmy po prawie sześćdziesięciu latach wydać, zaznaczam antologię związana tylko z naszym środowiskiem. W poprzedniej też jest inna koncepcja. Antologia czy almanach to zawsze trudna sprawa, bo zawsze wiąże się z dokonywaniem wyboru, tak jak i w tym przypadku. Ale o tym mówię szerzej w słowie wstępnym, zawsze są jakieś uwarunkowania, okoliczności. Ważne, że mamy tego pełną świadomość, a z poezją jest i tak, że potrafi być zwodnicza i ułudna. Dlatego tak trudno dać jej zadawalającą definicję. Stanisław Grochowiak pisał „ Aby dać zadawalającą definicję poezji, należałoby napisać książkę. Z książek usiłujących sprostać temu zadaniu udałoby się skompletować bibliotekę...”.

W tego rodzaju przedsięwzięciach pod uwagę należy też brać fakt wspólnego działania twórców o różnych krańcowych poetykach (w tym tzw. poezję ludyczną). Ten nurt jest i będzie istniał, na pewno w jakiś sposób należy go kształtować, wiele tam utworów na skomponowanie dobrego wiersza „zamkniętego”. - Czy można porównać dawne środowisko z obecnym? Tutaj należy wspomnieć, że od roku 1946 pojawili się w Szczecinie tacy poeci, którzy mają już swoje trwałe miejsce w historii polskiej poezji, jak m.in. Tymoteusz Karpowicz, Witold Wirpsza czy Konstanty Ildefons Gałczyński. W tym czasie - co ważne - życie literackie skupiało się wokół m.in. tygodnika „Szczecin”.          I drugi bardzo ważny przedział czasowy to okres od 1949 do 1956 roku. Wówczas wyjechało stąd wielu pisarzy, którzy tu przybyli z inicjatywy ówczesnego wojewody Leonarda Borkowicza. Była to swoista dekonstrukcja życia literackiego jak pisał Franciszek Gil. I tak w rzeczywistości dopiero od 1956 roku powstaje środowisko literackie z prawdziwego zdarzenia (…) i literatura - jak pisał profesor Erazm Kuźma. W tym czasie również grupa poetycka „Metafora” w 6 numerze „Ziemi i Morza” zamieszcza swój manifest. Twórcą tej grupy był Józef Bursewicz – patron naszego konkursu. Warto też wiedzieć o mało znanym fakcie, że do tej grupy chciał należeć Edward Stachura, dołączając w liście sześć swoich wierszy.

- Jest Pan przewodniczącym Oddziału Szczecińskiego ZLP. Co ciekawego dzieje się aktualnie w kierowanym przez Pana środowisku?

- Już od trzech lat realizujemy projekt pt. Szczecińska i

Zachodniopomorska Wiosna Poezji. Zasadniczym celem naszej strategii jest poszukiwanie nowatorskich i interesujących form przekazu poezji. Należy też przy tym zaznaczyć, że Związek mocno stoi na fundamencie wydanych ponad pięćdziesięciu książek poetyckich i prozatorskich w serii: akcent. W naszym projekcie bierzemy pod uwagę metodę intersemiotyczną przekładu, czyli artystyczne próby przełożenia wierszy na język muzyki, malarstwa, impresji filmowych, teatru, pantomimy, tańca, baletu, performance’u. Szczególną wagę przywiązujemy do działań artystycznych z wyraźnym uwzględnieniem przestrzeni publicznej, gdzie powinna następować interakcja sztuki. Ważne są dla nas, w zakresie kreowanych zdarzeń literacko-artystycznych, trzy główne filary działania, tj.: wzajemna inspiracja, promocja i integracja zachodniopomorskich środowisk twórczych. Ważną osnową naszych działań szczecińskich jest już po raz trzeci organizowany Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Józefa Bursewicza O Złotą Metaforę i dodatkowo w tym roku O Metaforę Niepodległą z okazji 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Jednocześnie należy też podkreślić, że jesteśmy jak najbardziej otwarci na współdziałanie z innymi środowiskami literackimi w Polsce, które zaczęły przyjeżdżać już do nas na Ogólnopolski Turniej Jednego Wiersza. W tym roku odbyła się druga jego edycja.

- Na koniec pytanie: czego by Pan sobie życzył?

- Życzenia należy mieć jak marzenia, za którymi jak pisze J. Conrad … należy iść aż do końca. Tak pół żartem pół serio to wydania wierszy szczecińskich poetów pt. „Płynące słowa – tylko dla Oxfordu”. Ukazania się ogólno szczecińskiego pisma literackiego tzw. pisma środka, które by spełniało ambicje wszystkich środowisk literackich. Ale to chyba trudne w aktualnej mozaice miasta życia twórców literatury. Ponadto przymierzam się do realizacji autorskiego projektu, który chciałbym, aby miał znaczenie dla polskiej poezji nie tylko eksperymentalnej.

         - Dziękuję za rozmowę.

 

 

Wywiad przeprowadził Stanisław Stanik         

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież