Ariana Nagórska - Pospolite (wz)ruszenie

NISZA KOZIOROŻCA



          Gdy przed laty Jerzy Stuhr wykonywał słynny numer „Śpiewać każdy może”, jeszcze bardziej od występu aktora bawiła mnie pompatyczna reakcja pewnej damy (jako że brak poczucia humoru i niepojmowanie ironii jest dla mnie najlepszą satyrą na pewne egzemplarze tak zwanego homo sapiens). Dama zżymała się następująco: „– Taki sławny aktor, a nie słyszy, że śpiewać nie umie i wszyscy się z niego śmieją!”

           W literaturze współczesnej na szczęście  tak źle nie jest. Stało się oczywiste, że pisać każdy może i nikt z tego powodu się nie śmieje, ani też nie płacze. Skromny bohater dawnej komedii, który w dojrzałym wieku nagle dokonał odkrycia, że mówi prozą, dziś z całą powagą nazywany byłby prozaikiem. Literat to jest ktoś znający litery, a pisarz jest personą litery zapisującą, czyli to chyba każdy, bo analfabetyzm (ponoć) zlikwidowano.

           Współczesny człowiek nie umie analizować, dlatego najłatwiej mu poruszać się w skrajnościach. Albo coś jest czarne (obciach, kicha, poruta, syf), albo białe (ok., mega, super, full wypas). Powoduje to słaby kontakt z rzeczywistością, ponieważ dominuje w niej właśnie wiele odcieni i barw pośrednich między czernią i bielą. Konsekwentnie od lat uważam, że każdy ludzki pogląd i wszelka aktywność MUSI mieć zarówno dobre jak i złe strony (oraz takież konsekwencje), choć oczywiście w różnych proporcjach.

           Kiedyś trafiłam na pewnym portalu społecznościowym na typową „dyskusję”, czyli równoległe ciągi wypowiedzi przeciwników i zwolenników zaprezentowanej sytuacji, bez szans na ustalenie punktów wspólnych w wyrażanych poglądach. Dość znany na forum krajowym poeta, mieszkający w małej miejscowości, negatywnie oceniał tzw. ruch poetycki w terenie. Twierdził, że każda najmniejsza dziura chce mieć własnych poetów i chętnie łoży środki na promowanie i reklamę takich, którzy dostatecznie głośno, natrętnie i aktywnie zabiegają, by lokalnymi poetami być. Im piszą gorzej, tym lepiej, bo ich twórczość jest wtedy dla ogółu bardziej zrozumiała i na dodatek aktywizuje innych ambitnych, którzy trafnie zauważają, ze potrafią pisać tak samo.

           Lokalni piszący dbają o przychylność miejscowych władz i potencjalnych sponsorów, wzajemnie organizują sobie spotkania, nagradzają się w niewiele wymagających konkursach i w chmurach towarzyskiego kadzidła produkują się bez umiaru. Jeśli trafi się na takim terenie poeta dobry (lub choćby trochę wykraczający ponad swojską przeciętność), nikt go nie zna i nie zaprasza, bo po co łamać sobie głowę nad czymś nietypowym, skoro łatwiej przyswajać piszących tak, jak potrafi każdy! Ponieważ jest to zjawisko występujące na prawie każdym terenie (nie występuje tylko tam, gdzie nikt poetą być nie chce), spora liczba zabierających głos przyznawała rację sfrustrowanemu poecie i narzekała razem z nim. Jednak sprzeciwiali się im całkiem liczni twórcy, którzy zaznali już gminnego czy powiatowego „gwiazdorstwa”, którym burmistrz uścisnął prawicę i wręczył dyplom, którzy po poetyckich wzlotach całkiem łatwo zostali też dramaturgami, scenarzystami itp., pisząc na życzenie władz np. „sztuki i spektakle” z okazji Dni Miasta, chlubnych jubileuszy, dożynek, festynów wspólnot sąsiedzkich itd. Ci wszyscy byli wprost zachwyceni, że w najmniejszym nawet ośrodku są liczne imprezy i konkursy „pozwalające wybić się najzdolniejszym” (oczywiście mieli tu na myśli Siebie i całe tłumy do Siebie podobnych, a nie indywidualistów i talenty rzadkie!). Tej części „dyskusji” z nudów nie dało się czytać, bo niektórzy anonimowi wyliczali obszernie Swe spotkaniowe i konkursowe sukcesy, co przy tak powalającej liczbie lokalnych inicjatyw skutkowało elaboratami nie do ogarnięcia.

          Skoro więc jedni poeci uważają, że sytuacja jest beznadziejna i kompromitująca, a drudzy, że obiecująca i nobilitująca, ani jedni, ani drudzy nie mogą mieć racji, bo zapewne leży ona gdzieś pośrodku. Co do masowego (wz)ruszenia pisarskiego miernot, dobrą jego stronę już przed laty zauważył mój znajomy: „Lepiej, że piszą, niż gdyby mieli w tych swoich środowiskach w jakiś gorszy sposób rozrabiać!” Ja z kolei uważam, że jeśli w tych środowiskach nikt poszukiwać dobrej poezji nie ma zamiaru, to być może lepiej, że za poezję uważają byle co, niż gdyby nie mogli wskazać nic! Poza tym pycha z bycia twórcą, znawcą i propagatorem wysokiej kultury (nawet jeśli jest wynikiem bezkrytycyzmu i urojeń) może być lekarstwem na kompleksy i poczucie niedowartościowania. Także ten poeta niezły (który tak narzekał, że w jego miejscu zamieszkania wolą od Niego grafomanów) miałby szansę poprawić sobie humor, gdyby tylko opanował wyniszczający nałóg roszczeniowości! Ma przecież także swoich fanów, klakierów i wazeliniarzy, ale zamiast się nimi cieszyć, wciąż przeżywa „zmowę” obojętnych. Gdyby w tej miejscowości był poeta lepszy od Niego, na pewno byłby od tego najlepszego ceniony bardziej. I tak nie miałby jednak szans, by „sławą lokalną” dorównać najgorszym! Ja w tym tragedii nie widzę, tylko lekką komedyjkę.

          Dla piszących obywateli wciąż niesytych hołdów, czołobitności, kadzenia i wyrazów uznania najlepszym sposobem jest założenie własnego wydawnictwa lub czasopisma. W nawale zajęć i oszołomieni swą ważnością mają wtedy szansę nie zauważyć, że podlizującym się im  „odbiorcom” chodzi przede wszystkim o publikowanie u nich Swoich dzieł, nie zaś o czytanie dzieł wydawców i redaktorów. Jednak wydawcy i redaktorzy mimo wszystko zaznają aplauzu spotęgowanego, przy czym i tak cierpią, bo uzależnieni od kadzidła czują przecież, że dawka jest ciągle za mała!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora