Janusz Orlikowski - Esej o eseju


Czy pamiętam ten pierwszy? To było w roku 1990. czy nieco później. Mógłbym ustalić konkretną datę zaglądając do moich rękopisów, ale po pierwsze mi się nie chce, a po drugie – czy to takie ważne? Może to był 1989. Dziś ruszyło pióro i to bardziej wydaje mi się istotne.


 Maeterlinck twierdził, że jeżeli nie ma się siły ani ochoty do pracy nie należy się tym zrażać, a tylko – siedzieć. I tak uparcie przesiadywał poranne trzy godziny z fajką w zębach nad pustą kartką papieru. Nie ważne czy przyszło słowo, czy też nie. Pomyślałem, że to może dobry pomysł, zwłaszcza że również piszę w godzinach porannych. Jak widać podziałało i to już – po trzeciej próbie.
 Hominem quero, bo taki był tytuł pierwszego eseju, pojawił się drukiem w pierwszym numerze pisma Galeria  (1991), a później jako wstęp do drugiej książki poetyckiej Nierozumny diament z roku 1993. Rok po debiucie tomem poezji Suknia rzucona w potok krwi, który notabene również był opatrzony wstępnym esejem Poezja i matematyka, napisanym z pewnością po nim. Ten drugi niby bardziej odpowiadał charakterowi debiutu, zgodnie z sugestią autora Postscriptum, by tak rzec patrona mojego książkowego debiutu. Z zawodu jestem przecież matematykiem, teraz już emerytowanym. I dzięki Bogu. W końcu tyle czasu na pisanie.
Wbrew pozorom, jak wspomniałem, nie szło mi zwłaszcza ostatnio najlepiej. Jakiś wiersz, z trudem tworzony esej. To nie to, co było gdy szukałem czasu, aby coś napisać. Paradoks? Z pewnością. A jaki był (jest) tego powód? Czy jego uzmysłowienie ma znaczenie?  Budzę się i już fajrant, powtarzałem gdy ktoś zapytał mnie – co robię na emeryturze. I tak w to uwierzyłem, że „fajrant” przełożył się na twórczość. A miałem na uwadze nauczanie Pitagorasa tych patrzących na mnie z większą, a częściej mniejszą uwagą kilkudziesięciu adeptów nauki młodych ludzi, którzy w większości traktowali to jako konieczność. Rozumiałem ich. Tyle, że z drugiej strony trzeba było coś wymagać.
 Emerytura objawiła się zatem spadkiem formy pisarskiej. A w konsekwencji jakimś: nie jestem u siebie. Jeszcze za wcześnie aby, jak to zawsze chciałem – domek nad brzegiem morza, przy piaszczystej plaży i nic tylko krystalicznie czysta, błękitna woda i słońce, a wokół góry piętrzące się w jego promieniach. Jakiś sygnał mówi mi – że jeszcze, na zawsze, to nie teraz. Na wakacje, owszem. To co wokół mnie i przede wszystkim we mnie skazuje tę wizję na nieokreślone, tak, tak – później. To nie byłoby na tej plaży i nie to słońce.
Piszę eseje. To coś, które zapoczątkował Montaigne. On wiedział, że wieczność nie ucieka. Powinienem wiedzieć i ja w tym podłym czasie braku możliwości stawiania słów. Wprawdzie nie mam w moim miejscu pisania odpowiedniej impostacji do zamieszczenia na ścianie łacińskiego napisu, którego tłumaczenie brzmi tak:

W roku Pańskim 1571, w trzydziestym ósmym roku życia, w wigilię kalend
marcowych, w rocznicę moich urodzin, ja Michał Montaigne, pozbywszy się
od dawna niewolnictwa królewskich dworów i publicznych zajęć, odpoczywam
w dobrym jeszcze zdrowiu i na łonie uczonych muz. W spokoju i bezpieczeństwie
przepędzę tutaj resztę dni mego życia, życząc sobie tylko, aby losy pozwoliły
mi przemieszkać w niezależności w tej siedzibie, w tym słodkim ojcowskim
schronieniu,

ale sens zdań zupełnie mi odpowiada. Poza tym, nie znam łaciny. Kto zresztą, nie wliczając teologów oraz lekarzy, dzisiaj zna. A zatem nieśpiesznie, jak to czynił pan Michał mogę postanowić nie na trzecim piętrze wierzy zamkowej w Gaskonii, a na drugim bloku przy ulicy Chłopskiej 1 m. 13 w Dobrodzieniu, że będę czynił słowa. Nade mną zegar kuchenny z napisem: William Shakespeare i dopisek – Human Art Creator 1564 – 1616. Muszę teraz rozprostować kości, bo się nadwyrężyłem przeginając się, aby spisać ten napis. Łyk kawy i powędrujemy dalej.
O Michale Montaigne można by pisać wiele. To, co mnie z jego niebywałej osobowości przypadło do gustu, to pewna próżność. Chodzi o Order św. Michała, do którego przywiązywał niebywałą wagę. Wprawdzie obruszył się, gdy odznaczenie to zostało zastąpione przez inne, bo jakby tamto z uwagi na przyznawane zbyt często przestało mieć takie znaczenie, to jednak symbole o czymś mówią. Order św. Ducha ufundowany przez Henryka III zabolał pana Michała. Był przyznawane tylko ludziom wybranym. Order ustanowiony przez króla Ludwika XI w 1469 roku był jednak złotym łańcuchem z wizerunkiem św. Michała – i co najważniejsze zwyciężającego szatana. Podejrzewam, że ta istotność miała dla Montaigne konkretne znaczenie. Michał, jego imiennik, który zwycięsko walczył z szatanem. Myślę, że tak wyobrażał sobie twórca eseju swoją obecność w zamkowej, gaskońskiej wieży.
Essais,czyli Próby wydane przez Filozofa po raz pierwszy w roku 1580 są po dziś dzień niewątpliwym arcydziełem myśli ludzkiej. Są „(...) rewelacyjnym autoportretem człowieka myślącego” jak pisała Wisława Szymborska. „Składają się na ten obraz nie tylko myśli w kształcie dojrzałym, ale również sam proces myślenia. Myśli te rodzą się, rosną, zrywają się do lotu, co chwilę zmieniają postać i kierunek, zderzają się z sobą, to znów odskakują od siebie, bezustannie wirując wokół różnych tematów.” I czy potrzeba nam lepszej definicji eseju? Różne słowniki radzą sobie na tyle sposobów, ile ich jest. Specjaliści od szkiełka i oka starają się w sposób naukowy pochwycić jego istotę. Do wszystkich w zasadzie można mieć zastrzeżenia, że nie pochwyciły czegoś. Zdaje się, że umysł Noblistki temu sprostał. To w istocie definicja gatunku sensu stricte. Wystarczy więc naukowcom zajrzeć do jej Lektur nadobowiązkowych.
 Autorka poza tym twierdzi, że dzieło Montaigne to najznakomitszy obraz myśli ludzkiej na przestrzeni wieków. I z pewnością ma rację. To coś, co powstawało w sposób nieśpieszny, wielokrotnie poprawiane, ale nie w sensie typowo literackim, stylu, jasności wywodu, a poprzez dopiski do pierwszego, po czym drugiego i następnych wydań nowych spostrzeżeń, nowych myśli było dziełem wciąż żywym, dziełem, które w każdym z pięciu wydań za życia Pierwszego Eseisty czymś co wprowadzało nowe wątki, nowe przemyślenia. Każdy jego esej, tym sposobem, był jakby przedstawieniem zmieniającego się w jego oczach obrazu życia. By można powiedzieć, że każda Próba była nią tylko i tym sposobem dawaniem sobie możliwości kolejnych Prób.
Patrz, nie patrz – to jakby żywy człowiek. Jego wolności nie sposób zamknąć w jedną formułę, w jedno – napisałem. Gdy kończy się tekst, przecież dzieje się jeśli nie od razu to po  czasie przeświadczenie, że to jeszcze nie to i powstaje esej następny. Montaigne czynił to w obrębie swoich trzech tomów Essais. Pisał swego życia jedną książkę, a mnie na przykład kroi się już eseistyczna czwarta.
Skąd się to bierze, że tak wciąż piszemy? Ta gonitwa ciągła aby coś napisać? Ta myśl to  retrospekcja, bo przecież jak z tegoż eseju wiadomo – nie szło mi ostatnio najlepiej. Odpowiedź jest jedna i kluczowa. Piszemy własne „ja”. To ono się domaga, to ono w pisarstwie nami rządzi. Nie ważne jaki gatunek literacki przyjmiemy, tak czy inaczej zawsze zmierzamy do Próby, do zapisania, do uzewnętrznienia własnego ego.
Moje eseje, te pisane przez kilka ostatnich lat dotyczyły głównie spraw wiary, naszego chrześcijaństwa i twierdzenia, że to właśnie nasze ego jest powodem wszelkiego zła dziejącego się na świecie. Nie, nie zmieniam swojego stanowiska, ale czy również właśnie nie to było powodem (poza moją emeryturą) dla którego siły twórcze odeszły ode mnie? Tak, jakbym się owego „ja” pozbył. Jakbym chciał udokumentować to, co twierdziłem – i twierdzę. Widać nie wyzbyłem się go całkowicie, więc piszę. Czyż to nie paradoks? Siedzę po raz trzeci przy kawie i papierosie zgodnie z zaleceniem wspomnianego na wstępie Maeterlincka (on siedział z fajką) i póki co piszę.  Mógłbym nie pisać, tak jak mógł Montaigne. Przecież w sensie psychicznym mamy się podobnie. Również tak jak on „(...) pozbywszy się od dawna niewolnictwa królewskich dworów ( relacji pomiędzy pracownikami a dyrekcją w szkole) i publicznych zajęć ( no właśnie), odpoczywam w dobrym jeszcze zdrowiu (mimo wszystko, tak) i na łonie uczonych muz.”
Czytam i dobrze. A nawet tego czasami mi się nie chce. Lepiej – nie chciało. Wystarczył spacer poranny i po zakupy. Takie leniwe przedpołudnie. Może serial w telewizji. O dziesiątej jest w jednej ze stacji Gliniarz i prokurator, fajny serial z ciekawą postacią psa prokuratora, który nic tylko jest, siedzi na kanapie i nawet nie chce mu się szczeknąć, a czasem się poruszy.
Poruszyłem się i ja. A na ile, to się zobaczy. Na ile moje „ja” jest jeszcze żywe.
We wstępie do wyboru wierszy Wiersze wybrane z roku 2003 w słowie Od autora napisałem  na początku takie słowa: „Pisze się wiersze, gdy się je pisać może.” Gdy powtórzyłem tę kwestię w rozmowie z nie żyjącym już Zbigniewem Jerzyną ten się obruszył, bo ogólnie wiadomym jest, że liryka powstaje z konieczności. Z jakiegoś przymusu wewnętrznego, który liryk znamionuje. Ten przymus zawsze wydawał mi się nie taki. Oczywiście rozumiałem sens. Powstaje wiersz, ale tylko dlatego, że jest konieczny. Że ten wyraz jest i innego być nie może. Że to pochwycenie rzeczywistości jest jedyne z możliwych. To z pewnością tak. To nagromadzenie się w określonej sytuacji psychicznej daje taką – no właśnie – możliwość, a koniecznym się zdaje tego napisanie. I się pisze, chociaż gdyby nie to przecież nic się nie dzieje. Stąd  mnie w tym względzie chodziło o to włąśnie. O nie napinanie się, o właśnie nie konieczność. Bez owego napinania się, przy trzeciej jak wspomniałem wcześniej próbie, już jestem na trzeciej stronie komputerowego zapisu.
Jak pisze Jan Tomkowski we wstępie do antologii Polski esej literacki zawierającej wybór najbardziej wybitnych esejów w polskiej literaturze począwszy od Czarnych kwiatów Norwida a skończywszy na fragmentach z Kilku szczegółów Rymkiewicza esej „W wersji Montaigne`a  to wypowiedź osobista, próba mówienia we własnym imieniu na dowolny temat, bez troski o ścisłą kompozycję, jak też bez nadziei na wyczerpanie tematu. Taka formuła pisarstwa zakłada absolutną szczerość, a jej celem ma być również jak najdalej idące poznanie samego siebie.” O samym twórcy gatunku znajdujemy tam z kolei takie słowa: „Fundamentem światopoglądu autora jest łagodny sceptycyzm wobec szaleństw świata, niechęć do obłudy, pochlebstwa, okrucieństwa, pychy i próżności. Ceni równowagę, pokój, harmonię i umiar, opowiada się zawsze za prawami rozumu, w niespokojnych czasach wojny domowej głosi pochwałę tolerancji religijnej, politycznej i obyczajowej.”
Wypisz, wymaluj nasze czasy. Wojny dzięki Bogu w tym względzie nie mamy, lecz z tolerancją, jakby nie spojrzeć, jesteśmy co najmniej nieco – na bakier. Nieco eseju, by można powiedzieć. Tego gatunku, który jak żaden inny śmiem domniemać by elity władzy nauczył właściwego podejścia do rzeczywistości. Czyli, mniej spojrzenia w punkt, więcej – otwartości, widzenia własnej, nie cudzej osobowości. Nie osobowość wodza, ale nasza, własna się liczy. Tylko, czy wtedy by powstały partie. Ale może by było fajnie, gdyby nie. Nie znam się na polityce, zatem na tym zakończę. Ale chyba jednak, coś w tym jest.
Niechętnie też znał się pan Michał, tym niemniej dzięki niebywałej umiejętności życiowych negocjacji własnego pisania potrafił zawsze wyjść obronną ręką z opresji katolickiej cenzury papieskiej, gdy w jego Próbach cenzorzy znajdowali coś – nie tak. Jego eseje zawsze są tak bliskie życiu, że w tym zawsze znalazło się porozumienie. Dlaczego? Bo Michel de Montaigne był przeciwnikiem nie groźnym. Jego pisarstwo nie miało w sobie punktu do którego miałby dążyć. Inaczej – nie nosiło w sobie ziarna jakiejkolwiek ideologii. Bo tylko idea przeciw idei może tworzyć autentyczny konflikt. Tylko wtedy miecze przeciw mieczom się obracają. Taki nie rewolucyjny pismak, nazwijmy go nawet wybitnym, cóż nam może zrobić. Niech będzie rad, że przyjmujemy to, iż jest wybitny. I nich sobie jest. My natomiast mamy władzę.
A w życiu dzieje się tak, że chętnie daje nam to, na czym najmniej nam zależy. I tu warto wspomnieć o tym problemie pana Michała, gdy wybrano go na mera miasta Bordeaux. Ten się wahał, gdy jednak nadeszło pismo od króla Henryka III z powinszowaniem tegoż zaszczytu i ten, „(...)zarazem polecił mu, aby bezzwłocznie udał się do Bordeaux celem objęcia tego dygnitarstwa, nie można było się cofnąć.” Montaigne został merem. Ale zawsze pierwszym zajęciem była dla niego lektura i pisanie.
By można rzec, że esej powstał z czytania. Ale nie z takiego, do jakiego przyzwyczajony jest czytelnik: lektura i namysł nad tym, zgoda lub brak zgody, refleksja i książka następna. Zbiór tych refleksji tworzy owoc oglądu przeczytanych światów. To lektura jeszcze bardziej wnikliwa. Z ołówkiem (w moim przypadku) i kartką papieru do zanotowania strony i dzieła. Notuje się i zakreśla te fragmenty, które w sposób szczególny przypadają nam do gustu, bądź jesteśmy ich  wybitnymi nonkonformistami. Czyli to co nas porusza w sposób wyjątkowy. A kiedy tak się dzieje? Gdy nasze widzenie życia jest odzwierciedleniem tego, co zostało napisane, lub gdy jest w całkowitej opozycji. A zatem nie treść lektury nas absorbuje w sposób naturalny, a to jak się to ma do naszego o życiu mniemania. Ta konfrontacja oczywiście dzieje się również i u tzw. zwykłego czytelnika (przepraszam, jeśli to sformułowanie kogoś ubodło), lecz bez dodatkowych skutków w postaci riposty. Albo lepiej, powodu do napisania czegoś w tym względzie. Nasze ego jest czujne i u piszących dzieją się takie rzeczy. Co jest tego powodem? Nic innego jak tylko doświadczenie.  Ono mówi, tak to jest to. Ono mówi: nie, jest inaczej. Można stąd wysnuć wniosek, że źródłem eseju jest lektura i doświadczenie.
Mam wrażenie, że w liryce, w tworzeniu wiersza by wystarczało to drugie podszyte emocjami. Oczywiście poza ogólną wiedzą na temat tworzenia wiersza. W eseju nie. Tylko tym, poza formą, sądzę się różnią. A zatem esej to coś co jest bogatsze o namysł. I nie chodzi tu tylko o cytaty, o jakąś przytoczoną myśl, bo przecież są eseje które są tego zupełnie pozbawione. Chodzi o większą, sądzę, możliwość przekazania istoty rzeczy. Tym niemniej trzeba przydać wierszowi, że jest bardziej z przodu.
O czym myślę? Posłużę się takim obrazem. Wiersz to zwiadowca całego pułku wojska w  domniemanej bitwie. Domniemanej, bo przecież nie o porażki i zwycięstwa sensu stricte tu chodzi. Esej to ten pułk i jego zaplecze. Ten pierwszy (czyli wiersz) określa z kim ma do czynienia, ten drugi bardziej nasączony jest myślą, określa strategię, by tak rzec, lepszego zaistnienia tego, czego emocje są nośnikiem.  Stąd esej i wiersz są zazwyczaj bardzo blisko siebie.
Jesteśmy zawsze gdzieś tu. Lecz nasze doświadczenie, nasza lektura powodują, że jesteśmy również gdzieś tam. Czy to czas przeszły, czy przyszły, wszystko jedno. Gdy zauważymy, że gdzieś tam i gdzieś tu to to samo, wtedy możemy biciem zegara oddzwonić sukces.
Zobacz siebie, by można powiedzieć. Oto esej.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora