Christin Manteuffel - Casus Krystian, czyli „Stemplowanie siwych koni“


  Zbiór opowiadań pod tym tytułem ukazał się jako plon Konkursu Literackiego Ludowej Spółdzielni Wydawniczej w roku 1969. Jest to tytuł jednego z opowiadań tego zbioru, a opowiadanie to było wcześniej publikowane w bydgoskim „Pomorzu“. Autorem tego zbioru był Krystian Czerwiński. Jego opowiadania i wiersze publikowane były począwszy od roku 1962 w dwóch bydgoskich czasopismach kulturalno-społecznych: „Pomorze“ i „Fakty i myśli“.

Jest rok 1945. Siedmioletni chłopiec pozbawiony rodzinnego domu, rodziców i swoich „dużych braci“, wraz ze swoimi kolegami magicznym gestem, śliniąc opuszek prawego kciuka i czyniąc nim gest stemplowania na otwartej lewej dłoni, zaklina siwe konie przechodzące mimo w zaprzęgach taborów wojskowych, cygańskich i rodzin wracających z tułaczki wojennej do domów rodzinnych. On wierzy, że te strudzone, piękne konie odnajdą go kiedyś. Dziecięca fantazja nasuwa mu myśl, że przecież można w ten sposób ostemplować swoje marzenia i tęsknoty za powrotem mamy, taty, braci, własnego domu.
Krystek jeszcze kilka tygodni wcześniej mieszkał w Brześciu Kujawskim w domu należącym do jego dziadka Medarda Manteuffela, Niemca, osiadłego od kilku pokoleń na Kujawach. Dziadek był kołodziejem i wraz z kowalem z sąsiedniego domu byli użyteczni dla chłopów wiozących buraki do brzeskiej cukrowni, a to koń podkowę zgubił, a to złamało się koło furmanki; a Krystkowi najbardziej podobały się konie, szczególnie te szaro-białej maści. Dziadek zmarł w sierpniu, dwa tygodnie potem do miasteczka weszli okupanci niemieccy. Mama, podobnie jak dziadek, mieli wprawdzie dowody osobisty z obywatelstwem polskim, ale była tam też wpisana narodowość. Okupanta obchodziły głównie dwie narodowości: „mojżeszowa“ – do zamordowania, i „niemiecka“ - do wciągnięcia na „Volkslistę“. W domu dla Krystka nic się nie zmieniło. Do czasu. Kiedyś kazali spakować się starszym braciom. Zabrali ich na front jako żołnierzy niemieckich. Potem przyszła wiadomość o ich zaginięciu. Załamana matka dostała zapaleniem opon mózgowy i zabrana została do niemieckiego szpitala we Włocławku. Niebawem szpital ewakuował się do Niemiec. Krystek został w domu tylko z zrozpaczonym ojcem. Ale nie trwało długo, gdy przyszli żołnierze z czerwoną gwiazdą na czapce i w rogatywce z orłem i wyprowadzili tatę. Krystek nie wiele z tego rozumiał, wszystko działo się szybko; do domu wprowadzili się inni ludzie, spakowali jego rzeczy i wprowadzili przed bramę. Kazali czekać, aż go ktoś zabierze. Zabrała go rodzina z Lubrańca, dziesięć kilometrów od Brześcia; przypomina sobie jeszcze dziś dwa pokoiki i mała kuchenka, diw kobiety do których mówił ciociu Stasiu i ciociu Teklo, starszy nieco od niego Witek, i młodsza Siacha. Kiedyś dowie się, że to zdrobnienie od Stasia, ale tak do niej mówili. Ciocie dają mu jeść i są dla niego czułe. Opowiadanie kończy się, gdy podczas zabawy w lasku na skraju miasta, podczas zabawy w partyzantów  Niemców podchodzi do niego kobieta podpierająca się kijem, stopy owinięte szmatami zamiast butów... Nie! Ona go przygarnia do siebie, całuje...
   - To ja, mama, nie poznajesz mnie...
 
   Musiał zrozumieć: to mama, Niemka, wróciła pieszo spod Berlina, mijała się po drodze z Niemcami, którzy szli w tamtą stronę. Teraz dom dziadka, jako poniemiecki, zajęli inni ludzie, którzy go wyrzucili. Jest teraz z mamą, mama pracuje u gospodarzy aż zostanie zrehabilitowana, on pomaga. Najbardziej lubi, gdy ma pilnować krów na pastwisku. A najbardziej, najbardziej, gdy Sławek, syn gospodarza robi ognisko i pieką w nim kartofle. I mama jest. Nie taka, jaką sobie stemplował, ale to jego prawdziwa mama. Gdy kładą się spać w komórce na sienniku, mama mówi, że wrócą do domu, że wróci tata, i Alek i Heniek, na pewno wrócą. Krystek wierzy, ale wyciąga rękę spod derki, ślini kciuk i... stempluje.

   Wracają do domu. Była rozprawa rehabilitacyjna. Przyszło na nią bardzo dużo mieszkańców Brześcia żeby poświadczyć, że jego rodzice nie zachowywali się jak inni Niemcy, że pomagali. I tato wrócił; w lagrze, niedaleko, był szoferem więc dowoził samochodem żywność do lagru, a poza tym choć nie nauczył się niemieckiego, dobrze mówił po rosyjsku. No i wypić lubił, więc miał dobrze.
   Kiedyś wrócił brat, Alek. Był w Norwegii, ale odmówił założenia munduru niemieckiego, więc skazany został na dożywotnie więzienie. Już po roku weszli Anglicy i uwolnili go. A największe wrażenie zrobił na Krystku drugi brat, Heniek, który wrócił w mundurze innym od tych, które do tej pory widział, a na głowie miał beret z orzełkiem w koronie. I tylko przeżycia czasu okupacji odbiły się tragicznie na współżyciu rodziców. Rodzina, która zajęła dom dziadka Manteuffela nie mogła pogodzić się z koniecznością oddania domu i czynili wszystko, aby „volksdeutschostwo“ matki nie było zapomniane. Ojciec, prawy Polak, przeżywał to najbardziej, dochodziło do kłótni. Nie taki dom sobie stemplował. Krystian pamięta dziś, że kiedyś został zabrany ze szkoły do magistratu, gdzie miała siedzibę Milicja Obywatelska, położyli go na ławie i zbili wojskowym pasem za rzekome malowanie swastyk na murach. Brat Heniek musiał się tłumaczyć za mundur Armii Andersa, w którym wrócił z Francji i czasami zakładał. Ale bracia mieli klasykę literatury polskiej i mówili mu dużo o historii kraju i czytał, czytał, czytał te książki. „Starą baśń”, „Krzyżaków”, „Pana Tadeusza”. Aż brakowało czasu na naukę tego, co uczyli w szkole. Chciał też pisać. Ale tutaj rodzice byli zgodni, że zanim zacznie pisać, musi wpierw nauczyć produkcji papieru. Rozpoczął naukę w pobliskim Włocławku w Technikum Celulozowo-Papierniczym. Gdy był w drugiej klasie do technikum dołączyła Kamila, oddelegowana na naukę z Instytutu Celulozowo-Papierniczego w Łodzi. Odnaleźli siebie wśród gromady rówieśników. Czuli, że łączy ich coś więcej niź nauka tego samego zawodu. I tylko... Kiedyś zostali wezwani na „rozmowę wychowawczą“ i ostrzeżeni, że jedno wyleci ze szkoły, jeśli będą się spotykać; „ostrzeżeni” ze wskazaniem na niego. Teraz nauka nie szła. Nie mógł się pogodzić. Nie dostał promocji do ostatniej klasy a matka, które w międzyczasie rozeszła się z ojcem nie miała na dalszą naukę pieniędzy. Odszedł. Znalazł pracę gońca w jakimś biurze i rozpoczął naukę w technikum zaocznym. Kama skończyła technikum, jak chcieli jej pracodawcy z Instytutu Celulozowo Papierniczego w Łodzi i wyjechała. Świetlicowa z technikum, dla której robił w latach szkolnych gazetki i pisał wierszyki o porach roku i ptakach, znalazła go na rogu ulicy i zabrała do domu. Postanowiła napisać do Kamy, „aby przyjechała i ratowała go”. Przyjechała. Ustalili datę ślubu. Gdy jej szef w odległej Łodzi dowiedział się, wezwał  ją na rozmowę i zapytał, czy wie, że wychodzi za mąż za Niemca i pokazał jej wytatuowany numer z Dachau. Nie wiedziała, nigdy o tym nie rozmawiali. O tej rozmowie Kamy z jej kierownikiem Krystian dowiedział się już po ślubie; nie rozmawiali w latach szkolnych o tym, bo to nie był temat, nie był przecież Niemcem, a liczyła się tylko miłość. Są razem, skończył zaocznie technikum, czego jeszcze chcieć? Pracę i mieszkanie. Kama dostała świetną opinię od szefa, mimo ostrzeżeń. Ale personalny nie owija w bawełnę: „Tutaj nie ma dla Ciebie pracy. Jesteś zdrajczynią. Wyszłaś za Niemca.”
 
   Postanawiają walczyć. Pomaga kolega, który jest przewodniczącym ZMS przy włocławskiej „Celulozie”.
   - Wstąp do partii, pomogę ci.
   Podpisują. Krystian dostaje pracę w radiowęźle zakładowym z płacą taką samą jak płaca gońca. Dla Kamy nadal pracy nie ma. Urodził się syn. Ktoś doradza, aby wyjechać na Śląsk. „Tam takich uprzedzeń nie ma.” Znajdują pracę w małej fabryczce, ale w swoim zawodzie: Krystian jako majster, Kama jako kierowniczka laboratorium. Pięknie. Wokoło las. Sympatycznie ludzie. Tak miało być, gdy stemplował swoje marzenia.

   Po miesiącach wezwanie do komitety partii. „Towarzysze, ukryliście przed nami członkostwo partii. Nie ufacie nam, a my wam zaufaliśmy.” Tłumaczymy kłopotami rodzinnymi, małym dzieckiem. Próbujemy zwlekać. Dowiadujemy się, że gdzieś na północy, w Świeciu nad Wisłą rozpoczyna się budowa kombinatu celulozy i papieru. Jedźcie, doradzają nam bliscy. Na pomorzu też nikt nie wypomni, że matka podpisała „Volkslistę”.

   Jedziemy. Kama do laboratorium, Krystian na produkcję jako kierownik zmiany. Nie dowierzamy, że jednak marzenia spełniły się. Nie. Oczywiście, że nie. Wezwanie do komitetu i już nikt o nie nie pyta; informują tylko, że minął właśnie staż kandydacki i gratulują nam członkostwa. Dobrze. Nide będziemy nikomu mówić. Nikomu z rodziny. Absolutnie nie ojcu Kamy, jest wrogiem, był nauczycielem wiejskim, ale kiedyś był działaczem partii Witosa więc nie może być nauczycielem. Ojciec pamięta, przed wojną, jako działacz witosowski, też był wrogiem. Nie, ojciec jest wrogiem wszelkich partii. Tylko pracować, mamy piękne mieszkanie i urodziła się córka. Awansujemy, Kama jest kierowniczką kadr, a Krystian głównym dyspozytorem produkcji. Teraz ma tyle nowych spostrzeżeń, więc pisze opowiadania. Jedno z nich w tym to tytułowe: „Stemplowanie siwych koni”, daje jako tytuł zbioru, wysyła na konkurs i dostaje nagrodę. Syn, Paweł, pięknie maluje, chciałby ten kierunek studiować, więc jedzie do Gdańska.
  
   Koniec lat siedemdziesiątych. Aby zarobić na studia plastyczne Paweł idzie do pracy w rafinerii. Ale tam koledzy strajkują, ZOMO ustawia strajkujących i przepuszcza przez „ścieżkę zdrowia”. Paweł jest z nimi. Poznaje ludzi z Ruchu Młodej Polski. Gdy przyjeżdża do domu, przywozi ze sobą numer „Bratniaka” i książkę Romana Peski „Nie rzucim ziemi...” („Oficyna Wydawnicza PMIĘĆ” w Pabianicach), gdzie autor opisuje dzieje dziadka Zygmunta, ojca Kamy, i cytuje jego wiersze, które ten przepisywał ręcznie i dawał dzieciom, aby roznosiły po wsi. Pyta teraz matkę, czy też roznosiła. Tak, roznosiła, ale potem na jej oczach bili ojca pałkami. - A teraz mnie bili – mówi syn. - I na pewno jeszcze nie raz będą bić. A wy macie legitymacje partyjne.

   A przecież zrobili to, aby miał inny dom, niż mieli oni. Krystian pojechał z Pawłem do Gdańska, aby spotkać się z kolegami syna z RMP. Rozmawiają. Arek (Arkadiusz Rybicki) i Darek (Dariusz Kobzdej) widzieli już jego wiersze, które pokazał im Paweł a nie przyjęły oficjalne czasopisma. - My nie liczymy się z cenzurą. Chcesz nam te wiersze zostawić? Wiemy, że jesteś członkiem partii. Chcesz być z nami, nam to nie przeszkadza. Kiedyś wyrzucisz tą legitymację.

   Gdy Krystian dołączył w roku 1980 do redakcji „Wolnych Związków” nie powiedział, że był członkiem partii. Publikował prawie w każdym numerze: felietony, wiersze, skrypty robione z wydawnictw podziemnych. Ujawniał i piętnował przemoc wobec działaczy opozycji.

   Wiersz z majowego numeru „Wolnych Związków”, 1981:

Kwiaty na Dzień Matki 1981

...to słowo, które wymawiają Twoje dzieci,
czasem jako pierwsze, lub czasem ostatnie,
gdy gwałcą je, gdy ręce im związują i biją,
„matko”, mówią dzieci, „po coś mnie zrodziła!”

To słowo, którymi Chrystus na krzyżu błagał:
„matko, wybacz!” i wielu potem powtarzało za nim,
gdy za kratami ta ostatnia dana im z mlekiem
opuszczała ich wiara, być wśród ludzi człowiekiem.

To słowo, którym poeta nazywa swą ziemię,
gdy daleko, i pyta ją ufny w zwątpieniu: „dlaczego?”
Dlaczego ten ból pod kwiatami kryję na daremno,
choć nie chcę, Matko, nie chcę byś dzieliła go ze mną…

Bydgoszcz, 1981

 Wiersz na śmierć Stefana kardynała Wyszyńskiego („Chłopska Sprawa” nr 6/1981 – pismo Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych – Bydgoszcz Toruń:

Coś Polskę
                              zmarł Stefan kardynał Wyszyński

- ...jak Ciebie wspominać ojcze?
- ...modlitwą
-...gdy modlitwa moja nie opuszcza ziemi?

...pod sklepieniami katedr
w każdej pierwszej godzinie głodu
staje kolejka do nieba

- ...jak Ciebie wspominać, Ojcze
- ...modlitwą
- ...gdy modlitwa moja nie opuszcza celi?

        ...tuż za wysokim oknem
        w każdej pierwszej godzinie gniewu
        myśl wolną skuwają w kajdany

- ...jak Ciebie wspominać, Ojcze?

...coś Polskę

28.05.1981

Aż przyszedł dzień, gdy naród zaszokowała wiadomość o potwornym morderstwie na księdzu Popiełuszce. Razem z Kamą poszli do komitetu partii o oddali legitymacje. Kama musiała zrezygnować ze stanowiska kadrowej kombinatu (nie pozwalała na to nomenklatura), Krystiana zachował dyrektor na stanowisku dyspozytora produkcji. Opiekun zakładu z ramienia SB musiał się pogodzić z faktem, że komentarze do przestojów produkcji mógł mu przekazywać tylko on.

   Kapitan SB Staniszewski doczekał się satysfakcji, gdy w nocy z 12 na 13 grudnia ściągnęli Krystiana do swoje siedziby. Esbek miał przed sobą wszystkie czasopisma z jego publikacjami. Jednak, jak sobie dziś Krystian przypomina, był bardzo zmieszany i zaczął mówić głupoty o tym, aby zamiast brać pieniądze przysyłane z Niemiec, lepiej aby wyjechał do Niemiec, bo przecież jest Niemcem. Nad ranem dał do podpisu kartkę z oświadczeniem: „Ja niżej podpisany oświadczam, że nie uczynię nigdy nic przeciwko Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”. Krystian skreślił słowo „Ludowej” i podpisał. Esbek popatrzył na kartkę i bąkał coś o „robieniu z siebie bohatera”. Ale nie dał drugiej kartki.

   Gdy Krystian był w siedzibie SB, Kama zapakowała wszystkie numery „Wolnych Związków” i inne czasopisma drugiego obiegu,  nocą zaciągnęła nocą na działkę i ukryła. I tylko żadne z nich nie wiedziało, że tej nocy podziemne Wydawnictwo im. gen. Nila Fieldorfa rozkolportowało „Antologię poezji odnowy”, gdzie znalazło się kilka jego wierszy przekazanych do zakonspirowanego wydawnictwa przez Arka Rybickiego. Niebawem nadeszły święta Bożego Narodzenia. Krystian był w domu, gdy wielu innych zostało internowanych.

W noc Twoich narodzin...

...jaki sens ma Twoje dwutysięczne narodzenie
w cyklach zwątpienia i nadziei
umierającej każdej wiosny.

Jak człowiek jawisz się,
lecz myślisz ciągle tak, jak Bóg.

W noc Twoich narodzin,
gdy utonęły w pustce
ewangelie zapisane na ten dzień,
ja tylko odwiedzam
tę bydlęcą stajnię
pośród zastygłych gór,
milczących drzew
i oniemiałej kosmogonii
bezdomnych gwiazd.

I wszystko będzie tak samo ciche
i niezmiennie obojętne;
przy Twoim krzyżu na rozstaju dróg
w wiosenny piątek.

Będę tamtędy szedł;
zapytam Cię,
jak dalej iść, Chryste...

______________________________

   Krystian miał chore serce. Groziła konieczność przeszczepu. Lekarze rozkładali ręce. Eksperymentalne przeszczepy serc od świń robił dr Religa. Lecz kolejka była długa a i przeszczepy kończyły się śmiertelnie. Tego Krystian nie życzył sobie stemplując „siwe konie“. W roku 1990 został pomyślnie operowany w Klinice Uniwersyteckiej w Tybindze. Operacja była trudna, rekonwalescencja długa. Krystian został w Niemczech. Chciał dalej pisać, ale nie udało mu się opanować literackiego języka niemieckiego. Pisze więc po polsku. Jeden z cyklów jego esejów jest poświęcony Polakom, którzy zostawili ślad w „niemieckim krajobrazie literackim“.
Podczas jednego z powrotów do Polski powstała refleksja:

Którzy już nie wrócą
                                                                  
                                                                  
                                                                   Pamięci Ewy i Karola Ryczelów
zmarłych na przymusowej emigracji
                                                                   w Monachium w 1988


...wjechałem do Polski! Trudno, abym nie poznał,
choćby po drzewach chcących zobaczyć mnie z bliska;
polska nie prosta droga i nie rozłożysta,
manowcami błądząca jak polska historia.

Jeśli się powraca to wskroś te same drogi,
które nas stąd wywiodły, często przeciw woli;
bywało, że nocą, że pod okiem kontroli
tych, co językiem polskim mówili a wrogim.

Droga do ojczyzny! …bardziej mnie poruszą
krople rosy z brzozowych spływające witek,
znajome drzwi domu, gdzie daremnie ktoś czeka.

Rodzinne miasteczko na Kujawach i rzeka,
widok ludzi, którzy moim mówią językiem 
czemu więc myślę o tych, którzy już nie wrócą?..

wiosna, 2005

  (Ewa Ryczel była nauczycielką w Świeciu nad Wisłą. Karol był psychologiem w miejscowej fabryce, gdzie Krystian był głównym dyspozytorem produkcji. Ewie odebrano prawo do nauki, Karol związał się z ROPCiO. Prześladowani wybrali emigrację w Niemczech. Nie potrafili się zaadoptować. Karol utopił się, Ewa skoczyła z dachu swierzowca w Ulmie.)

   Krystian publikuje w czasopismach literackich wolnej Polski pod nazwiskiem swojego niemieckiego dziadka Manteuffela, który chrzcząc go w brzesko-kujawskiej farze, pozostawił mu swoje imię jako drugie. Także „Akant“ publikował wiele jego tekstów. W jednym z wierszy wyraża jednak rozczarowanie, że nie tak wyglądały jego zaklęcia, gdy stemplował marzenia:

…to nie tak być miało

...jest nie tak, na białym sztandarze rozsypane
niegdyś spójnie krwią wypisane litery.
Głosu Boga nie słychać w kakofonii fałszów.
Więdną bukiety poezji pisanej na świadectwo prawdy.

Jesteśmy tutaj, żyjąc dzięki tamtym, dawno zapomnianym,
powstałym z ich wielkości i zatraconych z własnej pychy;
z ruin wygrzebujemy ich miraże dopisując im chwałę i winy.

Jawimy się, by z niewyschniętych źródeł czerpać słodkie soki,
płynące z krynicy, której nie ma, lecz można w nią wierzyć
ciągle jeszcze, zanim piasek klepsydry nie zasypie nam mózgów.

I kto nas wspomni, gdy tylko kruchość dana nam była od Boga,
stworzonym po to zaledwie, aby zaistnieć i oddać się wiatrom,
choć strach nas przenika i chciałoby się nie klękać lecz zakląć...

2008

Komentarze   

0 #2 Krystian 2018-09-27 07:17
...i nie chce się klękać, lecz zakląć!
Cytować | Zgłoś administratorowi
0 #1 Krystian 2018-09-27 07:02
...i chce się nie klękać, lecz zakląć!
Cytować | Zgłoś administratorowi

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież