Janusz Gryz - W toni

I kogo na świecie w ogóle obchodzi twoje serce.
Wieniedikt Wasiljewicz Jerofiew, Moskwa-Pietuszki

W szepcie stajni, przed świtem sączącym się przez szpary pomiędzy deskami wierzej, rozpoczęło się jego spotkanie z życiem. Konie o grzywach zwichrzonych nadmiarem energii buzującej pod napiętą skórą brzucha grzmiały podkowami o drogę pełną gałęzistych zarośli. Aż powietrze rżało od wschodu słońca. Śnieżyste obłoki zróżnicowane pierwszym snem wisiały na czubkach brzeziny. Dzięcioł wystukiwał kalejdoskop dnia z precyzją geometry.

Noc i dzień. Siedem złotych księżyców krążyło wokół głowy o wychudłych policzkach. Niebieska kurtka z wysiepanym kołnierzem kryła ciało trawione gorączką czasu. Droga pełzła. Wzdłuż niej maszerowały topole przydając krokom elastyczną nieruchomość. W torbie przerzuconej przez ramię podzwaniał chleb, nóż i zimna woda w butelce z zielonego szkła. Za duże buty chwiały się na kościstych stopach. Guzik wisiał na jednej, jedynej nitce.

Od łąk w powietrzu lekkim jak pajęczyna dochodziło modre pokrzykiwanie kosów. Dalekie wzgórza – lawendowy ekwipaż krajobrazu – spoczywały przed niebieskim dworcem. Obok koniki chmur pasły się, szczypiąc eteryczną trawę przestworzy. Długie, proste włosy spadały na jasne dziecinne czoło. Unosił czasami dłoń, by je odgarnąć. Wiewiórka – niczym kartonowe zwierzątko wycięte przez magika o subtelnych palcach – siedziała na gałęzi w blasku rudego płaszcza. Przypięta do próchniejącej kory chwiała się, lizana tajemnym wiatrem nieskończoności.

Przesunął po niej kruchą gałązkę wzroku tak lekko, że tego nie poczuła i dalej obracała w zwinnych łapkach nasionko wywleczone z leżącej na piaszczystej ścieżce szyszki. Cóż powiedzieć o oczach człowieka, który tonie, rozpaczliwie chwyta w kurczących się palcach kęp traw miękkich, bezsilnych, śliskich postronków korzeni, sypkiej puszystości piasku. Były głębokie i ciemne jak toń, która go pochłaniała. Za nim nieodłączny towarzysz cień – trop w trop – przyklejony do stóp bezwonnym klejem światła. Ileż razem przewędrowali, ile minut wlokących się w godziny, dni długich jak lata i dziesięcioleci krótszych od modlitwy. Marzli razem w salonach ozdobionych egzotycznymi kwiatami o liściach w kształcie labiryntu. W miejscach, gdzie olbrzymie kryształowe pająki podzwaniały cichutko na pohybel perlistym potokom śmiechu, ściszonym, pełnym dystynkcji rozmowom – kałużom łgarstwa i fałszu spacerującym po modrzewiowej posadzce. Marzli, ocierając się o pancerze fraków, gwizdki fajek, szacowne kłęby dymów. Świat uśmiechał się gwiazdkami stokrotek za weneckimi oknami. Pachniał jaśmin, śnieżnopióry łabędź kołysał się na pomarszczonym zwierciadle stawu. W cienistej altanie kochanek drżącymi palcami rozpinał stanik dziewiczej kochance. Marzli. Przydrożne osty szeptały coś o nadciągającym zmierzchu. Ptaszki podobne hieroglifom piły wodę małymi dzióbkami z leśnych sadzawek. Chłód dojadał ostatnią kromkę. Nie wracał do wspomnień, choć to one wyprawiły go w drogę. Przywdział rynsztunek odszczepieńca i żegnany pogardliwym milczeniem odszedł żwirową alejką w szumie srebrzystej fontanny, ujadaniu psów, głębokim ukłonie staruszka stróża. Gdy pierwszy raz pożywał się zapasami tułaczej torby na murach zdziczałych ogrodów, w promieniach zachodzącego słońca wygrzewały się miedziane jaszczurki. Odłamywał kawałki chleba i wkładał do ust. Ciepły wiatr nadbiegał polną drogą w chłopięcych spodenkach, baraszkował w zbożu, tarmosił wierzbom gałązki. W słoneczną godzinę zaczynał podróż. Noc spędził w stogu siana słuchając plusku rzecznych fal, melodii letniej nocy pełnej zaklęć, słodkiej jak usta dziewczyny, co kocha. „Dobranoc świecie” szeptały miriady muszek. Lis oswobadzał łapy z kłączy niewidzialnych wnyków, mając za świadka szorstkopiórą sowę dzielną jak średniowieczny miecz. Chichotały dłonie o warzywnych palcach.

A potem popłynęły dni wzdłuż kolorowych dróg przez wsie i miasteczka, łąki i cmentarze, w pióropuszach dymów, w stadach kawek, w szarych wiatrach pachnących krwią przebrzmiałych bitew. Tak staczał walkę na bezciszy, na słowa, na śmiech bezkwietny. W rynsztokach po deszczu puszczał sosnowe okręciki, zdrapywał tynki z murków zarosłych łopianem, odmawiał pacierz nad ścierwem zaduszonego psa. Szczęk oręża unosił się nad ziarnistą ścieżką, błyskawice rozszarpywały złociste ciało dnia, a on niezmordowany, upojony przegraną fechtował zmęczonym sercem, rozkręcał arkany żył, dusił puls zbielałymi palcami. I była w nim radość zadeptywanej trawy, zmiażdżonego żuka, sójki zestrzelonej w locie. Ludzie odwracali głowy, unosili brzuchy pełne kaszy, ziewali zasłaniając usta codzienną gazetą.

Ale on swoim ustom nie pomagał mówić, nie rozkazywał rękom, nie zmuszał nóg, by te szły. Nie płakał. Czasami siadywał na kamieniu, by odpocząć. Troskliwie zagarniał  do garnuszka każde ziarnko kaszy, odmuchując delikatnie, piszcząc w czułych palcach. Było jej tak mało, ale była – jakże cenna. Czasami przyglądał się wodzie oczarowany jej bazszeptem, przejrzystą nicością wiecznego istnienia. Jakże piękne były popołudnia, gdy samotność ogłuszona cykaniem świerszczy spała w wysokiej trawie uroczo nieobecna. Wtedy tańczył. Ale był to taniec najdziwniejszy, jakiego nie oglądały ludzkie oczy. Taniec w bezruchu, nieprzemijalny taniec beznogiego. Obłoki pyłu nie wzbijały się w powietrze, pot nie zruszał czoła, a mimo to drzewa stały oniemiałe, wstrząśnięte i pokorne. Lecz tańczył tak rzadko. Albo te chwile pod wieczór, gdy świerki zbierały ostatnie minuty do swych wiklinowych koszyczków. Wrzeciona czasu zamierały, stygły rozgrzane osie, a wszechświat prosił o jedno spojrzenie. Cóż bardziej wspaniałego niż mu je ofiarować. Przytulony do telefonicznego słupa słuchał, jak szepcze materia, jak kosmos turkocze na żelaznych kółkach po gliniastej, rozmokłej drodze. Wtedy zawsze chciało mu się żyć. W końcu jednak przychodziła noc i absurdalny sens zabijał wszystko, co w imię tego sensu pragnęło istnieć. I jego zabijał coraz doszczętnej, rozkoszując się cierpieniem ofiary, podkładając do ognia w miarę jak gasnął, bądź tłumiąc go, gdy nadmiernie rozkwitał. Nie skarżył się nikomu, a tym bardziej sobie. Cóż by to dało. Nikt ci nie pomoże, jeśli nie umiesz pomóc sam sobie.

Te prace. Ileż ich było, kto je zliczy. Jak je zdefiniować, jak pokazać, by nie wywoływały torsji, by nie wtrącały w apatię, by nie kojarzyły się z męczarnią. Wciąż pracował, robił  co mu kazano, lecz zawsze odnajdywał za oknem gałąź akacji, chmurę czy kroplę wody staczającą się po krawędzi rynny. Ratowały go ślady ptasich łapek na rozmiękłej ziemi wokół kałuży, trzy trawki kontemplujące wieczność, oszałamiający wiatr w bawełnianej czapce. Prace zdumione swą bezcelowością zabierały go na dalekie wyprawy w krainy jałowe, wypełnione półkami aż po horyzont, na których stały nieskończonymi rzędami segregatory, teczki, skoroszyty – wylęgarnie chorób psychicznych. Czas pokrywał kurzem zmaterializowane szaleństwo, rytmicznie uporządkowany chaos, piekło zadrukowanego papieru. Niekiedy Bruegel uśmiechał się z taniej reprodukcji, zawieszonej nad brudnym stolikiem, zastawionym niedomytymi szklankami, gdzieś w odległym kącie biura. Szczur przechadzał się z dystynkcją po rurach centralnego ogrzewania i przytrzymując sztuczną szczękę ziewał z nudów. Myszy wyjadały z koszy resztki śniadań, gdy mężatki rozpinały bluzki za drzwiami ze skóry.

Ziemia warsztatów, niedooświetlona, przesycona zapachem smarów otworzyła mu swój prosty świat młotka, klucza i kieliszka. Metal, którego nie czuł i o który ranił sobie dłonie otaczał go zewsząd w różnorakiej postaci. A jego serce biło coraz boleśniej, w coraz większym oddaleniu od tego, co ludzkie. Kształty rzeczywistości zamazywały cierpienie, łagodne linie nabrały ostrości brzytwy, słowa uległy transformacji we własne przeciwieństwa. Jakże ciążyła podwójność, pogłębiająca się przepaść między dwoma krańcami tego samego lądu. W geografii urzędowej miał on jeszcze tę samą nazwę, lecz mapy wewnętrzne wskazywały na coś innego – było to nieskończenie wiele wysepek, jakby kawałki roztrzaskanego lustra rozrzucono po ciemnej niespokojnej toni północnego morza.

Zimne powietrze, jak tchnienie śmierci, unosiło się nad miastem. Fale spały w kamiennym łożu oświetlone drążącym światłem latarń. Był tej nocy sam – setny, tysięczny raz sam. Któż zrozumie biedaka wybierającego ulice mniej ludne po to, aby nie patrzeć na tych, którzy przypominają mu o jego nieszczęściu. Uciekał od rozczuleń, ale dopadały go one o zmierzchu, w porze kiedy dzień już przeminął, lecz noc jeszcze nie nastała. Jakże wtedy godzien był litości, jakże wymagał ostrożnej pomocy, ręki wyciągniętej w szczerym odruchu serca. Zbyt dumny, zbyt nieśmiały, by o nią poprosić, zmierzał nieświadomie z nieuchronnością fatum ku ścianie, o którą miał się roztrzaskać. Z czeluści bram dobiegały przekleństwa, trzask rozbijanych butelek, pijacki śmiech współbraci. Szedł prosto w kierunku kanału. Bez namysłu wspiął się na poręcz, by skoczyć do wody. W ostatnim momencie, gdy rozluźniał już zaciśnięte na metalu palce, coś kazało mu je nagle zewrzeć. Rzucił się w tył. Siedział potem dygocząc jak w febrze na mokrym, ceglanym murku. Wilgotne skrzydła ciemności muskały rozpalone czoło. Miał gorączkę. Nie pamiętał jak wrócił. Z sufitu spuszczały się na niewidzialnych niciach bezokie pająki. Czujny kot tkwił na parapecie w pozie sfinksa. Lekka jak oddech konającego pustka unosiła się w powietrzu.

Dla tych, co nie umieją przemóc obrzydzenia, jest tylko pogarda i obojętność. Będą patrzeć, jak umierasz z beznamiętną ciekawością, ssąc landrynkę, drapiąc się za uchem, ziewając dyskretnie. Nikt nie otworzy drzwi, byś wszedł, nie zrezygnuje ze swoich przyjemności, by cię wysłuchać. Jesteś dla nich powietrzem i pozostaniesz nim na zawsze dążąc do tego, co wydaje ci się nieosiągalne – związku z ludźmi. Bo zawsze w twojej rozpaczy będzie nadzieja, w twojej ucieczce pragnienia powrotu.

Światło. Senny dzień prostował kości, trzeszcząc gałęziami, rozpogadzając chmurne czoło. Sójka obwołała niepokój wśród liści. Szron szczypał trawę, która mężnie szeleściła pod stopą wiatru. Gdzieś daleko tonął pociąg. Obudził się skostniały i zgrabiałymi rękoma sięgnął po butelkę. Było w niej mleko, które wczoraj nalała mu staruszka mieszkająca na skraju lasu. Wypił dwa łyki. Ssanie w żołądku zmalało nieco. Przez dziurę w dachu szałasu wpadało blade światło i odczytywało z jego twarzy mękę opuszczenia. Z trudem uniósł głowę. Na tle nieba wyraziście rysowała się gałąź trzymająca czubkami palców jeden żółty listek, który furkotał na wietrze niczym harcerska chorągiewka. Przyglądał mu się przez chwilkę, nie mogąc nadziwić się jego uporowi. Wreszcie wstał i wszedł  na polanę. Pośród białych pni brzóz dostrzegł staruszkę, która szła ku niemu oszronioną ścieżką. Niosła koszyk. Pomachał do niej na powitanie ręką.   

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież