Anna Kapusta - Sen o śnie. Przebudzenie

Zimowej zmianie czasu

Śniło mi się, że śnię. Taki sen jak pudełko z zapałkami. Poukładany równo, ale z siarką w gotowości do odpalenia. Sen był spokojny jak wełniana kołdra w liście. Spałam stapiając się z nią ciałem i nie odczuwając żadnej granicy śnienia. W pewnym sensie śniłam o tym, że jestem tą ciepłą, milutką, białą kołdrą w brązowe liście. Nie musiałam się przytulać do kołdry, bo zrosła się ona z moją skórą.

Miałam więc dwie skóry: jedną od snu, drugą od snu we śnie. Ideał śnienia. Potem śniło mi się dalej, że moja kołdra, czyli i ja, jesteśmy latającym dywanem. Wznosimy się w sypialni nad łóżko aż do sufitu, zaglądamy w okno i opadamy na to łóżko jak liść z drzewa lądujący na stercie szeleszczących liści. Było cicho i szeleszcząco ciszą. Jako śniony liść wsiąkałam tym razem w inne liście i czułam się niepodzielną częścią liściastego dywanu. Leżałam tak w tym śnie i śniłam w nim dalej. Wiedziałam, że nie mogę otworzyć oczu, bo wtedy moja skóra oddzieli się od kołdry, a liść, którym byłam, odklei się od liściastego dywanika. Jednym słowem: odosobnię się i znowu powróci świat bez latających dywanów. Uciekałam od tego otwarcia oczu tak bardzo, że śnił mi się już zegar z późną godziną przebudzenia. Zegar, który odpadał ze ściany i uderzał w moją przebudzoną głowę. Śniłam zamknięcie oczu jako antidotum na świat po otwarciu oczu. W końcu, nadal we śnie, postanowiłam obudzić się i odzyskać własną skórę. Uwolnić się od wełnianej powłoki kołdry, odkleić od dywanu liści. Obudzić się sobą bez obaw. Wtedy poczułam na skórze twarzy kroplę zimnej wody. Płynęła ona od czoła do brody. Byłam jej bezwolnym terytorium. Otwarłam oczy. Spojrzałam na ścianę. Zegar wisiał bez zmian i tykał zimowym cofnięciem czasu. Kołdra otulała mnie swoją wełnianą skórą, a liście układały się na niej brązowym wzorem. Na parapecie z uchylonym oknem spał złoty liść. Zza okna spoglądała wytrwale biała mgła. Patrzyła majestatycznie, otulając krajobraz za oknem sypialni. Patrzyła na mnie tym spokojem działania w niedziałaniu. Śniła o mnie w moim przebudzeniu. Śniło jej się, że wstaję, patrzę na zegar, odkładam kołdrę, podnoszę liść z parapetu i budzę się życiem moich myśli. Nie potrzebuję już żadnej dodatkowej skóry, nie wtapiam się liściem w stertę liści i nie milczę o kropli na mojej twarzy. Wstaję, myślę i działam. Wstaję bez lęku otwarcia oczu. Wstaję i staję naprzeciwko wpatrzonej we mnie oczekiwaniem mgły. Nie śnię już o śnie zimowym. Nie zaciskam oczu, żeby nie widzieć czasu. Idę w czas, nasączając sobą wszystko to, co jest w polu widzenia. Nie wtapiam się w nic. Nie potrzebuję tła. Nie rozpuszczam się już bezwolnie. Spojrzałam w mgłę i zobaczyłam w niej swój spokój przebudzenia. Obudziłam się zyskaną godziną cofniętego czasu, żeby wystartować w śnioną godzinę przyszłości. Otwarcie oczu. Zdjęcie kołdry. Dotknięcie liścia. Kropla mgły. Nie śpię i śnię.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież