Paweł Kuszczyński - Poeci zauważeni

Czytając wyjątkową/szczególną książkę autorstwa Jerzego Beniamina Zimnego „Dzieci Norwida”, czułem, że podążam za rozważnym przewodnikiem po poetyckiej przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat.

Już sam tytuł, szczęśliwie podtrzymany, określa dziedzictwo pisarskie przywołanych poetów. W ich poetyce jak i przesłaniach filozoficznych / metafizycznych można bez trudu znaleźć Norwidowy rodowód. Kamil Cyprian Norwid jest bowiem najbliższym wieszczem dla współczesnych poetów polskich.

Książka ta napisana jest potoczyście, przypomina narrację prozatorską: są w niej przytaczane treści rozmów z przywołanymi literatami, opisy spotkań z nimi, ich życiowe problemy, a także fragmenty dziennika i „Gromnicy” (nawiązujące do prezentowanych postaci), oraz wybrane recenzje krytycznoliterackie autora.

Zimny jest spolegliwym (żeby posłużyć się terminem Tadeusza Kotarbińskiego), uważnym krytykiem, traktuje swych „bohaterów” krytycznie z racjonalną wyrozumiałością, ale i także z podziwem. Zna doskonale poetycki fach; twórcze i życiowe uwarunkowania obecności w literaturze.

Autor „Dzieci Norwida” przez przeszło 45 lat bardzo blisko obcuje z poezją polską. Recenzowana książka jest tego niewątpliwym owocem. Szczególnym zainteresowaniem obdarza wartościowe debiuty poetyckie, posiada znaczną ich liczbę w swoim archiwum. Potwierdzeniem trafności ocen debiutanckich tomików są decyzje jury Konkursu im. Kazimiery Iłłakowiczówny, któremu od dwóch lat Zimny przewodniczy. Nagrodzone książki to: w 2015 roku Piotra Przybyła „Apokalipsa after party” oraz w 2016 roku Dawida Mateusza „Stacja wieży ciśnień”. Wybór wymienionych tytułów nie był przez nikogo kwestionowany, a wręcz odwrotnie, decyzje jury przyjęte zostały przez krajowe środowisko pisarskie wyjątkowo pozytywnie. Także potrafi zauważyć pierwszą książkę poetki starszego pokolenia („Wsłuchani w ciszę” Ireny Szałek).

Z oczywistych przyczyn większą część książki krytyk oddaje poetom, którzy mają znaczący dorobek twórczy i przez wiele ostatnich lat ich pozycja w literaturze polskiej jest ważna. Jednocześnie Jerzy Beniamin Zimny uświadamia czytelnikom, że ocena wybitnej twórczości nie jest i być nie może „zamknięta”, że wiele nowych wartości można w niej odnajdywać, wgłębiając się w jej treść i formę, nieustannie powracając do niej.

Jerzy Szatkowski zajmuje zasłużenie poczesne miejsce w książce. Tego jednego z prekursorów „żywopisania” autor prezentuje następująco:

Szatkowski znany i nieznany. Zrozumiany albo pomijany z powodu ponadczasowości jego poezji. Trudno powiedzieć nawet po tylu latach coś ostatecznego, aby być bliżej prawdy o Nim. O jego poezji czerpiącej z dokonań Norwida, Przybosia i Leśmiana, które ulepszał, modyfikował w sposób dla siebie szczególny, nie stroniąc od eksperymentów językowych, udanych w całej rozciągłości. To właśnie jest owym fenomenem, nie do końca zdefiniowanym przez historyków literatury po dzień dzisiejszy. Nie ulega wątpliwości, że w  eksperymentach językowych, w tworzeniu neologizmów  Szatkowski zaszedł najdalej.

Trafność tego sądu potwierdzić mogą choćby następujące wyimki z „Triady dla Iwony (cyklamen prawdosłowny)”:

„siwiec?, starzec popielny?, przegorzan? – o nie! – jam
wielosił w kwieciu! a…żyłem jak mniszek pospolity
bratek józefek ostrożeń czy skrytek trędownik wręcz / - /
(…)
a tyś mi, Iwonko – muzą, werweną była…kapłanką
bożej iskierki skalnicą / - / z ciebie – wszystkie moje
dobromyśli, cała ma pisownia, słowienia, lawsonie…
o! niech to…czwarta! – i…arcy – czerniec sam!
(…)
Droga! krzyżyczek Ci na drogę i całusek! już
nigdy przenigdy szarotką boimką, ale śmiałką radostką
tańcówką cieszynianką bądź! Amen: Niech się tak stanie”.

Niedawno zmarły Janusz Koniusz, który umieszczał recenzje autora w zielonogórskim „Nadodrzu”, tak postrzega recepcję swojej poezji po śmierci:

„Będzie jakby nigdy nas nie było
wyschłe badyle liter nie zaskrzeczą
nad tą szlachetną dziejów pomyłką
może tylko ktoś ten tu ślad po mnie
w płomyk przemieni”.

Trudno byłoby założyć, by ten wyjątkowo wrażliwy, osobliwy / szczególny w zachowaniu i pojmowaniu misji poetyckiej jakim był Andrzej Babiński nie znalazł miejsca w tej książce.

Trafnie zauważa autor:

Poezja Andrzeja Babińskiego spełnia się sama w sobie. Poza nią istnieje jednak rzeczywistość, od której poeta nie potrafi uciec. Więc trwa, choć wie, że żadnej miary kanon nie spełni jego przymiaru do zastanej rzeczywistości. Wraca więc poeta nie mając dokąd pójść w przeszłość, prosząc:

„ (…) nie wypędzaj mnie z ruin starożytnych, gdy znam wygnanie
z królestwa kwiatów i nic już nie ma. Zostanę przeklętym
Prometeuszem /…/
(…) samym wyzwaniem, więc nie zwyciężę, przeciąży mnie Ziemi
jedno ramię (…)”.

Wincenty Różański jeden z najwybitniejszych poetów polskich (jak ocenił go  Dariusz Tomasz Lebioda) jest autorem niekończącego się poematu (nie tylko z powodu nienadawania tytułów swym wierszom). Żył poezją, zagubiony w rzeczywistości, tak to ukazuje:

„Znika południe nagle, jak niepokój, a pejzaż bez przyjaciela zaczął wirować, po przebudzeniu zapisałem to, co śniłem, i zapłonąłem czymś w rodzaju reportażu ze snu, i wrócił do mnie ten, co mnie usynowił, i poszedłem przodem do Zagubiniowa…”

Andrzej Ogrodowczyk „przewidział” swoją tragiczną śmierć w przedostatnim tomie „Nieprzeźroczysta”: „Znajdujemy swoje ciała na dnie / Przywiązane do kamienia / Warkocz krwi zjadają ryby / Opium księżyca podwaja skórę w welony piasku / On już tego nie widzi, mówią dzieci / Włosy przewrócone w wodorosty.”

Oryginalnie charakteryzuje autor Jerzego Grupińskiego, wybitnego poetę, niestrudzonego animatora kultury:

nikt dotąd (przez ponad pięćdziesiąt lat) spośród poetów nie znalazł się tam, nawet w pobliżu tego obszaru: połączenia klasycznego poetyckiego obrazowania, antycznego świata i echa antycznego metrum oraz wspaniałej erudycji z przebłyskami współczesności i delikatną wręcz nieśmiałą obecnością podmiotu lirycznego w tle.

Nie został pominięty Tadeusz Wyrwa Krzyżański posiadający znaczący dorobek w poezji, prozie, książkach dla dzieci, w sztukach plastycznych.

Autor zauważa, że w osobie Tadeusza Niebieszczańskiego wykreował bohatera romantycznego zadziwiającego konsekwencją w dążeniu do pełnego „udomowienia się” w sensie ducha w sprzeczności z dobrem materialnym.

Człowiekiem słowa jest zapewne Edmund Pietryk – poeta, prozaik, aktor, reżyser oraz dziennikarz, nazwany przez autora legendą poznańskiej bohemy.

Wyjątkowo znaczący dorobek w twórczości własnej (poetyckiej, prozatorskiej) oraz w dokonaniach translatorskich (pierwszy przekład z języka starogreckiego „Iliady” i „Odysei” Homera) ma Nikos Chadzinikolau, obywatel Grecji i Polski. Autor pisze, że bohater jego poezji nieustannie poszukuje prawdy i coraz boleśniej przeżywa częste rozczarowania: „Zbieram słowa rozsypane / dla prawdy jednego wzruszenia / Bo stale coś w sobie żegnam / stale odchylam się w ciszę”.

Najczęściej w książce pojawia się Karol Samsel, interlokutor w najważniejszych dla autora problemach literackich, który

należy do nielicznego grona najmłodszych poetów, akcentujących swoją odmienność, osobność we wszystkich walorach poezji jako sztuki, który podkreśla, że świadomie dokonał tego wyboru, konsekwentnie kroczy własną ścieżką i nazywa to wędrówką w ciemnościach…

Nie bez kozery pozostaje mi przywołać tutaj słowa Erny Rosenstein, która zalecała dla „wejścia w głębię: zamknięcie oczu” ; mówiła , bo to ciemność nie rozprasza, przynosi pełnię poznania.

Autor rekomenduje

tom „Dusze jednodniowe” czytelnikom pragnącym poezji uduchowionej, nasiąkniętej rozważaniami filozoficznymi, poezji bogatej w odniesienia historyczne, odwołujące się do arcydzieł literatury, zwłaszcza że w ostatnich czasach Samsel bardzo się angażował w relację Norwid – Conrad, czego pokłosiem jest obrona doktoratu na Uniwersytecie Warszawskim.

Pisząc o Karolu Samselu prezentuje oryginalny pogląd na temat prawdy: Błądzenie to poszukiwanie prawdy. Kto błądzi, prędzej czy później znajduje najistotniejsze wartości. (Jakże bliski jest autor myśli  św. Augustyna: „Błądzę, więc jestem”)…

Uniwersalne, niepoddające się destrukcji czasu. Niepodlegające cenzurze, niezależnrne od okoliczności politycznych lub społecznych. Czy sytuacji wymagającej poświęcenia dobra, aby złu nadać miano wyższej konieczności?... Liryka Samsela jest dwuznaczna. Dwa oblicza, jednak bardzo wyraziste, a przy tym wymowne w swoich tajemniczych rysach…

O poecie, prozaiku, krytyku literackim, tłumaczu Marku Obarskim, zmarłym w dniu pięćdziesiątych urodzin, J.B. Zimny pisze:

…nie doczekał faktu podsumowania własnej twórczości. Jak dotąd niewiele się ukazało na jego temat. Nie był za życia poetą łatwym w sensie percepcji, jednak jego książki krążą wśród czytelników. Od czasu do czasu nazwisko Obarski pojawia się przy różnych okazjach, kiedy jest mowa o poetach przeklętych.

Według Obarskiego zalążkiem życia jest pierwowzór istniejący obiektywnie, przygotowany do bytu jedynie ciałem. Śmierć jest aktem twórczym, podczas którego świadomość ulega zmaterializowaniu. To jest właśnie „kwiat płodu” z ukształtowanym rdzeniem świadomości, wokół której rozwija się doskonalsze ciało. Genezy ludzkiego bytu należy szukać nie w materii, ale w świadomości, pełnym wyzwoleniu – doskonałości:

„(…) zwiódłszy nerwy / płeć i wzrok / postradałem swe / ciało…/ śmiertelny relikt / na przedprożu świadomości…”

Mieczysław Stanclik, wyjątkowo wrażliwy twórca, lider z autorskiego wyboru:

to niemalże wieszcz, poeta zjawiskowy z bardzo ciekawą przeszłością znalazł się na początku lat siedemdziesiątych w niełasce krytyków. Próba rewizji wyroku po latach, to próba przywrócenia autorowi „Kryształowej kuli” należnego mu miejsca na polskim Parnasie.

Towarzysz konkursowych eskapad, Juliusz Wątroba (artysta estradowy, również z Bielska – Białej) tak go wspomina: „Jeśli miałbym jednym słowem określić najważniejszą cechę Mieczysława Stanclika (1941 - 1998), byłaby to wrażliwość. To musiał dostrzec każdy – już na pierwszy rzut oka i na pierwszy dźwięk słowa. Pięknego Słowa, bo Mietek był estetą, mistrzem formy, nie szukający nowinek. Ale zawsze wierny sobie, do samego końca. A jakie byłoby drugie słowo? To dobroć. Bez wahania… Mieczysław Stanclik jak Wrażliwość i Dobroć…”

Przez autora przywołany jest Andrzej Jopowicz, ściszony, wyjątkowo skromny w swych poetyckich oczekiwaniach, twórca. Jego jedyny tomik „Czerwona winnica” ukazał się po jego śmierci za sprawą życzliwych ludzi.

Bardzo wymowny i przejmujący ostatni wiersz (umieścił jedynie w Internecie), potwierdzający kunszt poetycki Jopowicza: „Kolejka / w najbliższej perspektywie / spojrzenia ściekają po szybach / zabujane w obłokach, baranki bujają we wzroku / węża na szyi baranka / … nadchodzi widmo burzy. / …po plecach mknie gradobicie / krew wolno spływa z krzyża / na zdrowie wychylić kieliszek / umierać na widok człowieka”.

Autor pisze:

Często wracam do poezji Czesława Mirosława Szczepaniaka w chwilach zwątpienia, choroby, utraty bliskiej osoby. Bo jego poezja krzepi, podnosi na duchu, przywraca wiarę w człowieka, dodaje sił…Fenomen jego poezji wynika nie z odkrywczych treści, ale z najprostszych, wręcz z banalnych przejawów naszej rzeczywistości, które nieczęsto pojawiają się w lirycznej oprawie.

Oryginalny dyskurs egzystencjalny zaprezentował autor, mówiąc o tomie Elżbiety Tylendy „Kamienie i bursztyny”: które mienią się barwami życia w sposób magiczny, mimo żalu, mimo nieskrywanej niemocy (po śmierci męża), „smutku wielkiego jak kosmos”, mienią się optymizmem, lecz tak jak „morski kamień jest piękny dopóki nie wyschnie” optymizm ten jest koniecznością, czymś, co nie może zastąpić wszystkiego, ale może łagodzić ból („po utracie wszystkiego jednak można żyć”), umożliwiając tym samym dalsze egzystowanie w okaleczonej rzeczywistości: „spoglądam po raz pierwszy Twoimi oczami”.

Dla młodej trzydziestotrzyletniej Melanii Fogelbaum, wywiezionej z łódzkiego getta do Auschwitz w dniu 1 sierpnia 1944 roku (w którym zginęła zagazowana) – poezja staje się

potwierdzeniem tego, że sztuka jest nieśmiertelna i nie można jej upodlić tak jak człowieka…nie miała możliwości walczyć z bronią w ręku, jej bronią był ołówek i świadomość dobra, które zwycięża zło…

Przesłanie Fogelbaum skierowane do przyszłych pokoleń jest najbardziej dramatycznym apelem, jaki miał miejsce w minionym stuleciu.

Zmarła w styczniu 2016 roku Jolanta Nowak-Węklarowa, poetka z Wągrowca zmagała się z upływającym czasem i różnorodnymi przeciwnościami losu (najpierw chorobą i śmiercią męża, potem z wieloma własnymi chorobami).

W jednym z wierszy w tomie „Wstępuję w jesień” mówi wprost: „jestem nowe studium kobiety”: „naprzeciw twarz moja / …w szyderczym lustrze przemijania / prześwietlona do chłodu / przedśmiertnej maski”.

Spotykamy genialną interpretację tej poezji:

Jej prawda o przemijaniu to nie odwzorowanie wnętrza lub lansowanie określonej kondycji psychicznej. To ciało-kobieca oręż  i kobieca bezbronność. To uroda.

Kazimierz Burnat próbuje wierszem śmierć zniewolić „i za moment zgłosić krótkotrwały akces do wieczności”. To nie tylko wersy, słowa, to wyznanie poety, któremu trudno cokolwiek literacko zarzucić. Nie stawia siebie w rozpoznawalnej grupie, nie łączy do szeregu, nie słucha rozkazów historii poezji, ma wiele pretensji do zaszczytu o nazwie Parnas. Zatem liderowanie Grupie Literackiej „Dysonans” ma nie tylko symboliczną wymowę.

Problem upływającego czasu jest znacząco obecny w Burnatowej poezji:

„stary mężczyzna / sięga po niedostępne / potyka się o przeszłość / nostalgią zastępuje miłość…patrzę na twarze żywych / którzy idą ku śmierci / widzę twarze  umarłych / którzy wracają.”

Drugą część swojej książki Jerzy Beniamin Zimny zatytułował „Na poetyckich szlakach”. To doprawdy poetyckie silva rerum.
Jerzy Frykowski, znaczący poeta konkursowy za swój tom: „Chwile siwienia” otrzymał nagrodę główną w VII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Wacława Iwaniuka. Nazywany jest Największym Łgarzem, czego potwierdzeniem są jego słowa: „Nigdy nie zapomnisz i będziesz miał mnie na uwadze, nawet wtedy, kiedy stracisz pamięć”.

Niekonwencjonalny jest wywiad o wartościowaniu instytucji poety, jako że jest on człowiekiem, a wiersze przez niego pisane jedynie  produktem ubocznym – udzielony przez Izabelę Pietkiewicz – Paszek Beacie Patrycji Klary.

Wiersze Krzysztofa Jelenia przekonują, że życie ważniejsze jest niż słowo.

Autor trafnie zinterpretował wyznania Edyty Kulczak jako szamanki: Każdy osobisty świat ma dopisaną jakąś bajkę, aby można było w nim wytrzymać.

Nie sposób pominąć wybitnego studium o drzwiach pomieszczonego w recenzowanej książce. Motyw drzwi często jest obecny w poezji. Wybornym przykładem może być znany wiersz noblisty Octavio Paza.

J.B. Zimny pisze między innymi:

Bez drzwi nie ma niczego, jest przestrzeń, przelot, poczucie w sobie wiatru, brak czegoś, co zatrzyma, zaprosi, odeśle do diabła albo każe zaglądać co jakiś czas…Drzwi mogą być zaporą, wrotami otwartymi na przestrzał, lub uchylone tajemniczo jakby zachęcały do wejścia lub budziły niepokój, że coś za nimi niezwykłego, strasznego, a nawet śmiertelnie niebezpiecznego… Przez drzwi można wylecieć jak ptak lub jak worek kartofli, drzwi można całować, jeśli nie mają klamki.

Nieustająco będzie nurtować nas pytanie: kto i co jest za drzwiami przez które chcemy przejść, co nas czeka po ich przekroczeniu?

„Dzieci Norwida” z powodzeniem wypełniają lukę w krytyce literackiej.

Jest to tym bardziej ważne, ponieważ istniejące (nieliczne już) pisma kulturalne, posiadające „familijne” inklinacje, zauważają wyłącznie wybranych przez siebie twórców.

Jerzy Beniamin Zimny wykonał ważne i potrzebne zadanie dla dobra poezji polskiej i jej autorów. Wielu znaczącym poetom przyznał azyl istnienia.

 


 

Jerzy Beniamin Zimny, Dzieci Norwida, Wydawnictwo Związek Literatów Polskich w Poznaniu, Poznań 2016, ss.307.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież