Aleksandra Ochmańska - Małe ojczyzny w literaturze

Nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy pojawiło się w mojej świadomości sformułowanie „mała ojczyzna”. Zazwyczaj obejmowało ono region (w moim przypadku Kujawy), ale przede wszystkim moje rodzinne miasto- Włocławek. Mieszkam tu od urodzenia i już w dzieciństwie uwielbiałam odnajdywać w literaturze ślady drogich mi miejsc. To samo dotyczyło regionalnych twórców. Nie zapomnę uczucia dumy, kiedy w warszawskiej księgarni odnalazłam tomik poezji włocławianki - Krystyny Sarnowskiej.

To upodobanie pozostało mi do dnia dzisiejszego i dotyczy również innych miejsc, które zdarza mi się odwiedzić. Podam przykład, kilka lat temu w Świnoujściu zainteresował mnie afisz: "Świnoujście w literaturze". Na plakacie nie wyjaśniono, o co dokładnie chodzi, ale temat wzbudził moje zainteresowanie i rozpalił wyobraźnię. Spodziewałam się, że usłyszę, w jakich utworach polskiej i światowej literatury, pojawił się obraz miasta. Tymczasem ograniczono się do poezji współczesnych autorów, a literacki wizerunek miasta został niemal pominięty. Stąd też moje rozczarowanie było duże. Miło jednak było poznać tamtejszych twórców.

Moim pierwszym odkryciem, jeżeli chodzi o książkowe ślady Włocławka, była oczywiście "Pamiątka z Celulozy" I. Neverlego. Miałam zaledwie 8 lat, gdy obejrzałam ekranizację książki. Powieść przeczytałam już jako osoba dorosła. Później, dzięki znajomym, zainteresowanym historią miasta, poznawałam również literaturę twórców związanych z moją małą ojczyzną, między innymi: Marii Danilewicz-Zielińskiej, Marii Danuty Betto, Ireny Matuszkiewicz, Bożeny Boczarskiej i wielu poetów współpracujących z lokalnymi klubami literackimi, np. z Nauczycielskim Klubem Literackim i Antonim Cybulskim.

W tym momencie zastanawiają się pewnie Państwo, w jakim celu, tak naprawdę poruszam ten temat, kto czyta literaturę dotyczącą miast i regionów i wreszcie kto jest adresatem tego typu pozycji książkowych. Czy taka literatura w ogóle jest komuś potrzebna? Postaram się odpowiedzieć na te pytania.

W ostatnim czasie na włocławskim rynku książkowym ukazały się 2 pozycje dotyczące Włocławka lat 60. ubiegłego wieku. Pierwszą z nich napisała Bożena Boczarska i opatrzyła tytułem: "Ulotny zapach kwiatów, lata 60". Autorem opracowania "Lata 60. XX wieku we Włocławku" jest natomiast jej mąż- Józef Boczarski. Książki te doskonale się uzupełniają i są kopalnią wiedzy dla tych, którzy chcą przybliżyć sobie tamten czas. Pani Boczarska jest osobą powszechnie znaną we Włocławku. Przez wiele lat była tu nauczycielką biologii. Należy do Związku literatów Polskich, Regionalnego Stowarzyszenia Artystów Wło - Art i Włocławskiego Towarzystwa Naukowego. Jest autorką 14 książek. Są to np: Włocławska Ballada", "Anna już tu nie mieszka", "Kryształowa łza", "Słowiański wiking", "Pszenne anioły", "Triada", "Szumowisko", "Mój Włocławek moje życie". Autorka ma wielu wiernych czytelników, o czym mogłam się przekonać podczas marcowego wieczoru promującego najnowszą książkę B. Boczarskiej. Szczęśliwcy, którym udało się wcześniej przeczytać "Ulotny zapach kwiatów, lata 60." podkreślali, że książka wiernie odzwierciedla tamten czas we Włocławku. Sama okładka, przedstawiająca goździki, wywoływała na twarzach czytelników nostalgiczny uśmiech. Ponieważ autorka jest bardzo ciepłą i otwartą osobą szybko doszło do dyskusji i wspomnień. Oczywiście przywoływano z pamięci miejsca, których już nie ma. Dla mnie, urodzonej w roku 1980, było to potwierdzenie tego, o czym słyszałam podczas spotkań w rodzinnym gronie. Tak więc wspominano lokale: "U Czecha" i "Krokus", miejsca spotkań ówczesnej młodzieży. Ja niestety, nie miałam już szans by poznać te miejsca. Czytelnicy wspominali również fakt, że we Włocławku jeździły w tamtym czasie tylko 2 taksówki i często, nawet do ślubu panny młode zmuszone były iść piechotą. Z tej wymiany zdań wyłaniał się obraz społeczeństwa niezamożnego, ale jednak szczęśliwego. Ujęły mnie wykrzykniki typu: "Pamiętacie to, a to? A saturator na Placu Wolności i tę brudną zawsze szklankę?" Muszę przyznać rację tym, którzy to mówili, bo saturator i jedyną szklankę, brudną zresztą, też pamiętam... Na uwagę zasługuje fakt, że Włocławek, opisany przez B. Boczarską to miasto przedstawione z perspektywy dziewczyny, młodej kobiety, matki, nauczycielki. Życie w mieście pokazała w różnorakich aspektach, wspominała o ówczesnych problemach, ale też radościach. Mnie osobiście, ujęły fotografie z rodzinnego archiwum autorki. Zdjęcia wyświetlano za pomocą rzutnika i dzięki temu miało się wrażenie przeniesienia się do przeszłości. I tu może zaskoczę Państwa, autorka poprosiła o pomoc w obsłudze projektora młodą dziewczynę, pracującą w bibliotece, a ta zalękniona pytała, co to jest i jak to obsługiwać. Przytaczam tę historię, bo uświadomiła mi ona, jaka przepaść dziejowa dzieli lata 60. i czas obecny. Oczywiście posługujemy się komputerami, smartfonami, aparatami cyfrowymi. Wiele urządzeń ułatwia nam codzienne życie, ale sporo tego, co było w latach 60., 70., 80., a nawet 90., wyszło już z użycia. Może jeszcze ktoś, gdzieś, ma poczciwą pralkę franię, może znalazłoby się gdzieś tarę, ale czy ktoś, urodzony już w XXI wieku, będzie wiedział do czego one służyły? Sam wieczór promocyjny autorka poprzedziła wspomnieniem telegramów, dzisiaj już niemal zapomnianych. Goście mieli możliwość obejrzenia telegramów ze ślubnymi życzeniami, które państwo Boczarscy skrzętnie pozbierali i zachowali na pamiątkę. To dobrze, bo dzisiaj już nie ma tej możliwości. Ja nie pamiętam, żebym wcześniej oglądała coś podobnego. Na pochwałę zasługuje też słowniczek, umieszczony przez Bożenę Boczarską na końcu książki. Znajdują się w nim słowa powszechnie stosowane w tamtych latach, a które często nie są już używane. Przyznam, że po spotkaniu z autorką i jej "najnowszym dzieckiem" uznałam, że lata 60. były ciekawym okresem. Autorka sprawiła, że postanowiłam zgłębić temat lat 60. we Włocławku i przeczytać książkę pana Józefa Boczarskiego.

Autor z wykształcenia jest socjologiem, z zamiłowania historykiem regionalistą. Był też politykiem. Pasjonują go współczesne dzieje miasta. W latach 2006-2015 ukazało się jego 4 tomowe dzieło: "Dzieje Włocławka, kronika wydarzeń w latach 1970-2005". Spodziewam się, że w tym miejscu mojego tekstu spotkałabym się z pytaniem, po co czytać drugą książkę o tej samej tematyce? Spieszę z wyjaśnieniami. Książka Józefa Boczarskiego przedstawia czas dynamicznego rozwoju miasta, który przypadł właśnie na lata 60. i 70. Autor zajmował wówczas szereg kierowniczych stanowisk. Swoją książkę napisał więc z perspektywy człowieka działającego w mieście, mającego wpływ na rozwój i wygląd Włocławka. Można powiedzieć, że pozwolił czytelnikowi wejść za kulisy wydarzeń, odczuć życie pulsujące między wersami.

Do przeczytania książki "Lata 60. XX wieku we Włocławku" zachęca już sama okładka. Widnieje na niej fotografia starego, stylowego dworca PKP. Trafnie wybrany przez autora cytat Napoleona Bonapartego: "Potomność powinna sądzić ludzi i rządy tylko w świetle czasów i okoliczności w jakich przyszło im działać, stanowi zapowiedź rzetelnej oceny tego, o czym pisał autor i w pewnym sensie przygotowuje czytelników do obiektywnej oceny minionych czasów. Wspomniałam, nie bez przyczyny, o dworcu we Włocławku. Stąd bowiem autor zaczął, strona po stronie, niczym przewodnik długiej wycieczki, oprowadzać czytelników po mieście. Z jego relacji dowiadujemy się, że ówczesny Włocławek był prowincjonalnym miastem przemysłowym. Przyznaje, że przemysł miał niestety negatywny wpływ na środowisko i pewnie dlatego starano się, aby szkody wyrządzone naturze maksymalnie ograniczyć. I wtedy, i dzisiaj możemy się szczycić pięknymi lasami otaczającymi stolicę Kujaw- Włocławek. Na wyjątkowe piękno miasta ma oczywiście wpływ jego położenie nad Wisłą i tutaj autor wydobył z pamięci wspomnienie białej piany wzdłuż lewego brzegu Wisły. Jak to określił J. Boczarski, był to "oddech pracującej Celulozy". Zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo w dzieciństwie często towarzyszył mi ten widok... Jak sam tytuł sugeruje, książka dotyczy lat 60., lat uznawanych za dobry okres dla miasta. Autor cofa się jednak do odległych czasów, aby przedstawić krótko historię miasta. Możemy przypomnieć sobie duży wpływ biskupstwa na rozwój Włocławka, czas rozbiorów na tej ziemi, dynamiczny rozwój przemysłu w XIX wieku, czas okupacji i dalsze dzieje, niemal do dnia dzisiejszego. Autor dokonał wielu porównań i niestety, teraźniejszość w wielu aspektach wypada źle. Wisłą nie płyną już statki, barki czy łodzie. Po kolejce wąskotorowej zostało niewiele śladów i tak na dobrą sprawę, młodzi ludzie mogą nawet nie wiedzieć, że takowa kolejka, obok dorożek, była we Włocławku popularnym środkiem transportu. Mnie osobiście zachwyciła historia prężnie działających w mojej malej ojczyźnie, zakładów pracy. Autor nie ograniczał się przy tym do XX wieku. Wyjaśniał kto założył daną fabrykę i gdzie miała ona swoją siedzibę w określonym czasie. Co produkowała, jaka była kondycja finansowa, jakie były jej losy po transformacji ustrojowej. I tak po kolei przeczytać można o Celulozie, Manometrach, Lakierach, Zakładach Kawy Zbożowej, PSS "Kujawiance", Fabryce Maszyn Rolniczych Wilhelma Haaka, Kujawskich Zakładach Maszyn Rolniczych "Ursus", Spółdzielni Spożywców "Społem", Włocławskiej Fabryce Mebli, Zakładach Azotowych "Włocławek", Zakładach Dziewiarskich Przemysłu Terenowego, Włocławskich Zakładach Ceramiki Stołowej zw. "Fajansem"," Włocławskiej Fabryce Lin I Drutu - "Linodrut" (Drumet). J. Boczarski prowadzi czytelnika po ulicach Włocławka używając obecnych nazw ulic, ale przypomina też stare nazwy upamiętniające minioną epokę i jej bohaterów. Uważam ten pomysł za doskonały. Sama czasem przypominam sobie jakieś dawne nazwy i mam problem, aby dokładnie powiedzieć, która to ulica. Przy okazji tej lektury odkryłam wiele rzeczy, o których nie miałam pojęcia. No, bo czy ktoś jeszcze pamięta, gdzie była we Włocławku ulica Bojowników Proletariatu? Kto pamięta, że w 1966 roku miasto, za wkład w budowę ojczyzny, decyzją Rady Państwa PRL zostało odznaczone Orderem Sztandaru Pracy I Klasy? No i gdzie znajdowały się miejsca nazwane niegdyś "Słodowo", "Lisek" albo "Kokoszka"? Boczarski zna odpowiedzi na te pytania.

W książce tej sporo miejsca poświęcono również danym statystycznym i budownictwu. Dokładnie można zaobserwować, jak wraz z rozwojem przemysłu powstawały osiedla mieszkaniowe, szkoły, przedszkola, żłobki, kościoły, apteki, sklepy, tworzono szpital i ośrodki służby zdrowia. Autor potwierdził to, o czym słyszałam od starszych członków rodziny, np. że przy zakładach pracy tworzono ośrodki zdrowia, zakłady organizowały wycieczki, kolonie, miały swoje ośrodki wczasowe, często też zespoły muzyczne, tak jak działający przy Celulozie, znany w Polsce, zespół BW69. Wspierano również kluby sportowe. Zakłady współpracowały ze szkołami zawodowymi. I w tym momencie widzę analogię do działań dzisiejszego ministerstwa edukacji. Oczywiście, nie zabrakło w tej książce miejsca dla jedynej, jak do tej pory, tamy na Wiśle. Autor przypomniał, że dzięki niej miasto przestało borykać się z zalaniami, jakie powodowała rzeka, zyskało elektrownię wodną, nowe miejsca pracy i mieszkania. I tak mogłabym jeszcze pisać i pisać. Wszak miło czyta się o swoim osiedlu albo szkole. Zresztą właśnie dzielnicy "Wschód" zwanej przemysłową, w której mieszkam, poświęcono tu dużo miejsca.

Druga część książki dotyczy Technikum Przemysłowo-Pedagogicznego, szkoły, którą kończył autor. Na przestrzeni wielu lat kilkakrotnie zmieniała nazwę, ale budynek jak stał, tak stoi i ja też uczęszczałam tam do liceum. Przy okazji lektury dowiedziałam się, że ukończyło ją również wiele znanych we Włocławku osób.

W słowie końcowym czytelnik ma możliwość zapoznania się z krótkim, ale trafnym spostrzeżeniem dotyczącym porównania lat 60. i obecnych czasów. Autor nie szczędzi krytyki, ale nie kryje też swoich lęków. A ja, po zapoznaniu się z tą "kopalnią wiedzy" stwierdzam, że jest to książka nie tylko dla pasjonatów historii. Autor pokazał to, co było dobre, ale nie przemilczał biedy i bezrobocia. Myślę, że ta pozycja książkowa nie tylko włocławianom przypomni historię miasta. Czytelnicy z innych regionów kraju z pewnością znajdą wiele podobieństw do życia w ich miastach i miasteczkach. Wszędzie przecież zniknęły pewne zakłady i miejsca. Odeszli ludzie ważni dla lokalnej społeczności. Autorzy, tacy jak Józef Boczarski ich upamiętniają. Mam wrażenie, że o wielu ważnych sprawach nie wspomniałam, ale to tylko potwierdza, że są książki, których opowiedzieć się nie da. Jednocześnie zachęcam do czytania takich utworów. Odpowiedzą one na pytania, jak było kiedyś tam, gdzie mieszkamy.

 


 

Bożena Boczarska, Ulotny zapach kwiatów lata 60., konsultacja merytoryczna: Józef Boczarski, wydawca: EXPOL, P. Rybiński, J. Dąbek, sp.j. Włocławek 2018, ss. 223.

Józef Boczarski, Lata sześćdziesiąte XX wieku we Włocławku, konsultacja: Bożena Boczarska, wydawca: EXPOL, P. Rybiński, J. Dąbek, sp.j. Włocławek 2018, ss. 191.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież