Zbigniew Radosław Szymański - Kup sobie wiersz!

Co jest zadaniem aojda, barda, skalda, trubadura, minstrela, truwera, rybałta, waganta czy też Janka Muzykanta? Wędrówka – no, może poza Jankiem Muzykantem, który ma pasać gąski, więc zostaje mu jedynie dreptanie gęsiego. Wędrowanie od domu do domu, z miasta do miasta, ze wsi miodnej i szczęśliwej do wsi, gdzie tylko perz i psy szczekają, a czym szczekają, jako człowiek dobrze wychowany nie śmiem pisać.

Po co ta wędrówka, czy to pospolite ruszenie z mapą Black Friday za kolejnym ekranem pełnym gigabajtów i nieskończenie bezcelowo calowym, czy za konsolą mającą nas przenieść w wirtualny Eden, czy może wreszcie za marchewką pastewną, oczywiście w promocji, za którą sam chętnie gonię, raz nastawiając zadek pod kij, innym razem nos na zapach marchewkowych pól?

Za pierwszego aojda Homera, ta wędrówka była po to, by sławić czyny herosów ówczesnego świata, opiewać w epickich poematach, przy akompaniamencie liry, harfy, cytry, później zaś gitary, mandoliny, a dzisiaj nawet przy akompaniamencie instrumentów odtwarzanych z podręcznego laptopa. Coś z tej tematyki pozostało w twórczości dzisiejszych bardów, skoro na płycie: Jerzego Stachury: „Sted, junior i wszyscy z drogi pod chmurami”, słyszymy:

Aj waj! Laj, lalala, laj, laj lala laj. Aj waj!
W samo południe na nieparyskim bruku
w lipca leniwy dzień,
w słońcu ciężkim jak sen,
w samo południe na nieparyskim bruku
co wydarzyło się?
Ostro spotkali się oko w oko,
na rogu dwóch toczących wojnę ulic,
z nadbrzeżnej-jedni-wąskiej magistrali,
zaś drudzy z ulic Jezuickich ruin

Aj waj, aj waj!

Ten opis dzielnicowej burdy, wyniesionej przez poetę, uczestnika tych jakżeż częstych w latach niespokojnej młodości zapasów, na wyżyny patriotyzmu lokalnego, to już tylko artefakty z dalekiej przeszłości Steda i nie mniej dalekiej młodości Juniora. Wybite zęby odrosły zębami mądrości (chociaż gdy się bard uśmiecha widać wyraźną szczerbę w uzębieniu), żebra zrosły się i zaczęły szukać swoich wydartych podstępem połówek. I to właśnie te połówki, te poniesione przez naszego protoplastę straty, opiewają dzisiaj bardowie.

Niezrozumiały to masochizm, sięgający jeszcze czasów wczesnego Średniowiecza, czasu trubadurów, minstreli, truwerów, Romeów, co pod balkonem- bo jak pojąć tę więź ze skradzionym kawałkiem kości?

Na kartce światła jest cień,
na kartce światła jest łza.
Więc nie płacz, więc nie płacz dziewczynko,
bo w twoich oczach zapalę słoneczka dwa.

Wydaje się to działanie nielogicznym, bo za to, że bilans żeber wykazuje manko należałoby chyba zapalić nie słoneczko, ale gromnicę.

Co zatem jest dzisiaj zadaniem barda? Wędrówka od domu do domu, gdy wszędzie domofony i spuszczone ze smyczy goryle ochrony, a kamienisty i piaszczysty szlak już nie masuje kamykiem zielonym utrudzonych stóp, lecz pokryty asfaltem przyczynia się do płaskostopia? Dzisiejszy bard już nie musi skręcać na „cudne manowce”, lecz ma być cerberem naszych snów, smutków, a bywa, że i radości(chociaż wtedy staje się kabaretowym pajacem, a to inna kategoria sztuki):

Kiedy pęknie złote serce, kiedy spadnie łza,
to pamiętaj, że przy tobie, jako stróż anioł, byłem ja.

Jak być cerberem czyjegoś smutku? Bard ma na to sposób: smutek najlepiej zwalczać smutkiem - ot taka homeopatia - co jest zajęciem heroicznym(powrót do pierwszych aojdów?), bo dzisiejszy smutek to już Żuławy depresji. Czyli twórczość bardów, to lek homeopatyczny, dopalacz lub dopijacz. Epilog jednak zawsze ten sam, a więc: woda po ogórkach, Alka Prim, lub - ale to dla prawdziwych koneserów smutku- klin klinem.

Bard, to słowo trudne, bo niecierpliwy połknie ostatnią literę zatrzymując się na dłużej na trzech pierwszych, i utknie w nich na dłużej, a stąd już bardzo blisko do krainy „A.A” (Anonimowych alkoholików)., republiki wymuszonej łagodności. Wciąga ona wielu, gdy więc czujesz się czytelniku-słuchaczu zbyt słaby, może lepiej skorzystaj z haevy metalu?

Bard ma grać, a gdy popękają mu opuszki palców moczyć je w Altacecie, broń Boże nie w spirytusie, co jest niestety częstym błędem wszelkich muzykujących łazików.
Jerzy Stachura, który barduje nam już od półwiecza, dobrze poznał wszystkie zasadzki jakie na artystę czyhają, i wie, że:

za wolną wolę się płaci [...]
Poeta zawsze jest sam,
choć często wyrusza we dwoje, samotne są drogi powrotu
i mamią pozornym spokojem.

Wciąż uparcie pokonuje swoją drogę w poszukiwaniu „cudnych manowców” z gitarą na plecach, garbiąc się przy tym jakby dźwigał fortepian. Rozumie już, że nawet jeśli to dreptanie bezcelowe:


Bo jeśli nie można donikąd, to dokąd iść?,

wiedząc, że jeśli nawet swoje manowce odnajdzie, to:

Bez epoletów, krzyży, medali,
tego pozłotka, co głupców mami –

czy ma jakieś inne wyjście, skoro:

wszystko dzieje się teraz,
tylko raz jeden jedyny, wystarczy patrzeć i słuchać, by nie
utracić tej chwili.

„Bądź sobą i bądź tak jak  każdy”- mądre słowa jednego z autorów śpiewnych przez Stachurę wierszy, Tadeusza Buraczewskiego, niech będą przesłaniem, leitmotivem, jaki wysłuchawszy barda poniesiemy w świat.

„Poeta zawsze jest sam” przekonuje Tadeusz Buraczewski, ale taki już jego los, bo chociaż cierpi za miliony, to wynagradzany jest w złotówkach (jeśli w ogóle jest wynagradzany, a nie uprawia sztuki dla sztuki) i nikt z takim gołodupcem nie chce się związać. Na szczęście Jerzy Stachura, tym razem nie jest sam, ale wspomagany przez synów: Krzysztofa i Patryka, którzy twórczo zaaranżowali te surowe i chropawe, śpiewane niskim, ochrypłym, monotonnym głosem utwory, dodając do nich trochę życia, trochę dynamizmu, przybliżając je (mam nadzieję) młodszym słuchaczom. Chociaż melorecytacja wierszy wydaje się monotonna, to dzięki tym synowym solówkom, da się w pełni odczuć przebogatą i wysmakowaną melodykę tych piosenek.

Nie byłoby tej płyty także - a może głownie, bo piosenka poetycka opiera się przede wszystkim na tekście - bez poetów, którzy podarowali Stachurze swoje wiersze. Wśród nich są: Tadeusz Buraczewski, liryk, który uciekł z krainy bezbrzeżnego smutku w dopalacze ironii; jest Adam Potrykus, emigrant ze zbyt nostalgicznej części świata (zbyt ostre zimy) w krainę czystego rozumu Kanta i braku tegoż rozumu u zarządców owej krainy; jest też zbieg z platformy zachwytu na pierwszym ukradzionym milionem, Wojciech Fułek.

Anonimowy zbiegu z ... ,sam nie wiem skąd. Anonimowy alkoholiku, czuły barbarzyńco z żuławskich depresji: TAK TO TUTAJ! To są te „cudne manowce” owe współczesne „złote runo nicości” za jakim podążali przez wieki wieków i na wieki wieków twórcy. Wejdź odważnie z autorami tej płyty w ich/swój świat, i: KUP SOBIE WIERSZ. Poeta zawsze jest sam, ale wiersz tego nie lubi, nie skazuj go więc na samotność.

Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę adres wydawcy: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. lub zwrócić się bezpośrednio do samego barda. Poznasz go bez trudu, rysopis zna każdy policjant i miłośnik dobrej poezji:

Twarz pociągła
oczy piwne
włosy proste - lekko łysiejący
wzrost 178 centymetrów
wygląd ogólnie zaniedbany

ktokolwiek widział niech zapomni

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież