Włodzimierz Rutkowski - Z wizytą

- Kto to słyszał, żeby gabinety lekarskie na piętrze umieszczać! Toż to nie można było tak jak rejestrację - na parterze? Żeby choć winda była, ale gdzie tam, wspinaj się kobieto, a nie, to na tamten świat.
- No już dobrze, dobrze, proszę niech pani siada. Lekarz już przyjmuje.

Zgrabna pielęgniareczka odwróciła się na pięcie i oddaliła się szybkim krokiem, jakby sam diabeł ją poganiał.

- Dzień dobry, pani ostatnia w kolejce?
- Ależ skąd, jeszcze dwie panie za mną, tyle że przyjdą później. Poleciały za swoimi sprawami na miasto.
- Nic to, mnie się nie spieszy, tak tylko pytam.
- Mało komu dzisiaj się nie spieszy. Wszyscy zagonieni, pędzą nie wiadomo za czym.
- Ano, ja to nie raz się śmieję, że ci co się ciągle gdzieś spieszą, to z tego pospiechu czasu nie znajdą żeby odejść.
- Na to nie trzeba rezerwować czasu. Przychodzi nie proszony.
- Co prawda, to prawda. Ja nawet po trochu go wyglądam, ale cieszę się, że jeszcze nie nadszedł. Nie powiem, dolega mi to i owo, ale w moim wieku żadna nowina, że coś boli, że coś strzyka. Oby nie było gorzej.
- A tamci młodzi, o, tam w końcu korytarza, też za lekarzem czekają?
- Im nic nie dolega. To honorowi dawcy krwi.
- Honorowi? Może i honorowi, ale słyszałam, że są i tacy, co za pieniądze krew oddają.
- Pewnie, że są. Dzisiaj nie każdy ma pracę, a jeśli już ma, to też nie zawsze na wszystko grosza starczają. Oni krew oddają, niestety nie za darmo, ale gorzej z dziewczynami. Istna Sodoma i gomora. Z obcymi do łóżka idą dla pieniędzy. Tfu, honoru i wstydu nie mają!
- Pani ostatnia? - zapytał szpakowaty mężczyzna.
- Czy ja na taką wyglądam? - zażartowała staruszka, udając oburzenie. Ostatnia, ostatnia, ale teraz to pan będzie ostatni.
- A to co znowu? - staruszka z zaciekawieniem patrzyła na policjantów prowadzących
młodego chłopaka z zabandażowaną głową.
- Chyba z wypadku - odezwał się starszy pan. – Na pewno z wypadku – dodał, widząc jak z pominięciem kolejki wchodzą do gabinetu.
- Pewnie jest on kierowcą - skwitował jeden z honorowych dawców krwi. - Boją się, że jakby czekali w kolejce, to on mógłby wytrzeźwieć.

Pozostali parsknęli śmiechem.

- Mogliby panowie trochę ciszej się śmiać? - zapytał jeden z policjantów, wychylając się zza drzwi.
- Dobrze im tak, nie lubię łobuzerii.
- Jaka tam z nich łobuzeria, proszę pani - ripostowała staruszka.
- Jak mieszkałam na starym mieście, to pani kochana, co tam się nieraz wyrabiało. Nie było miesiąca, żeby policja nie przyjechała.            
- Dobrze, że są oni, bo bez nich to ja nie wiem, co by to było - wtrącił pan w niemodnym garniturze.
- Ludzie za nimi nie przepadają.
- E, nie tacy oni straszni - wtrąciła staruszka. - Na własne oczy widziałam, jak przyszli po takiego jednego. Akurat z pieskiem wracałam ze spaceru, jak pukali do drzwi. Słyszałam nawet jak pytał: Kto tam?, a jeden z nich zwyczajnie, bez żadnego krzyczenia poprosił:
- „Bogdan otwórz, kasę przyniosłem ci od Sławka”. I ten otworzył. Był strasznie zdziwiony, gdy zobaczył policyjną legitymację. A ten najprzystojniejszy nawet przepraszał, że tak wcześnie przyszli, ale jak to on powiedział? Aha, już wiem: „Pan prokurator za panem bardzo się stęsknił".

Przez chwilę trwała w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w ścianę.

- Po tamtego też powinni przyjść, powiedziała - ni to do obecnych, ni to do samej siebie.
- Niby po kogo? - nie wytrzymała nieznośniej ciszy kolejkowa sąsiadka. - Po tego co mi syna wystraszył. Pani złociutka, nie uwierzyłabym nigdy w to, gdybym na własne oczy nie widziała, że włosy dęba mogą stać.
- A mogą?
- Mogą, złociutka, mogą. Niech trupem padnę jak kłamię. Żeby tak dziecko wystraszyć.
- Dziecko?
- Może to już nie dziecko, jak ono ma szesnaście lat, ale to był mój syn.
- I co go tak wystraszyło?
- Nie co, a kto, a nie kto inny, tylko siostrzeniec. Dobry był z niego chłopak, tylko, że się go trzymały. Dzisiaj mało kto wierzy w duchy, ale jeszcze pięćdziesiąt lat temu, zwłaszcza na głuchej wsi, ludziska dawali posłuch takim bredniom. Mój Wiesiu zasiedział się wieczoru u kolegi. Ja mieszkałam na końcu wsi i zimą w mroźną noc, jak śnieg chrzęścił pod butami, a księżyc święcił jakoś tak złowieszczo, to mnie samej też się robiło straszno, jak przechodziłam koło stawu. Bo gadali, że tylko w zimowe noce, kiedy księżyc w pełni, to zjawa się pokazuje, a właśnie w taką noc szedł mój Wiesiu do domu, gdy zza starego dębu, tuż za stawem on wyskoczył, okryty białym prześcieradłem.

Wiesio wpadł do domu blady jak kreda. Ja do niego: „Wiesiu, synku, co tobie?” a on nic - niemowa. Włosy, Bóg mi świadkiem, dęba stały.

- No, jesteśmy już - Dwie zdyszane panie promieniowały szczęściem. Bałyśmy się, że nie zdążymy.     
- Proszę, niech panie siadają  - zachęcała staruszka. - Wie pan - zwróciła się do? mężczyzny w niemodnym garniturze. - Od śmierci męża mieszkam sama. Taka wyprawa, jak ta dzisiejsza jest dla mnie wielką radością, bo tak szczerze mówiąc, nie mam takiej potrzeby, żeby składać wizytę kardiologowi, choć serduszko boli, mimo że bije jak dzwon. Powiem panu coś na ucho.

Nie zapisałam się nawet w rejestracji. Przyszłam, aby pobyć trochę między ludźmi.

- To tak jak ja, proszę pani.
- A dzieci pan ma?
- Mam, mam, ale…

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież