Janusz Gryz - Paulina

To ona pojechała opiekować się 94-letnią ciocią, starszą siostrą teściowej. Zostałem sam. Coraz częściej zostawałem sam. Wieczorem przyszła sąsiadka z dołu w sprawie karmy dla yorka córki, która mieszka w Danii.

W trakcie rozmowy zapytała o rysunki i fotografie zawieszone na ścianach. Odpowiedziałem, że to prace wnuczki. Ona przyglądała się im przez chwilę i nagle, bez żadnego wstępu, ze spontanicznej potrzeby zwierzeń oznajmiła że Paulina się rozwodzi.

Jej mąż którego uczyłem i zapamiętałem jako nieco bezczelnego, złośliwie dowcipnego chłopaka znęcał się nad nią, wyzywał od najgorszych, a gdy zaczął bić wezwała policję. Została wraz z dwojgiem małych dzieci umieszczona w domu dla samotnych matek pod Arhus.

Opowiada w szczegółach historię wielomiesięcznego pasma poniżeń. Wszystkie wyrazy współczucia, które cisną się na język, wydają się niestosowne, zdawkowo fałszywe, powstrzymuję się od tych wyrazów, uważając, że wobec takiego nieszczęścia można jedynie milczeć. I słucham w milczeniu jej mowy, która jest zdumiewająco rzeczowa, nie splątana emocją, patrzę w jej oczy, które są suche. I szybko myślę, że brak mi siły wyobraźni, by przedstawić sobie jej cierpienie, to, jak kroi się jej serce, serce matki.

Przypominam sobie Paulinę, gdy była w liceum, gdy pomagałem jej pisać wypracowania, przygotowywałem do matury. Przypominam sobie jej przyszłego męża z kudełkami sterczących na wszystkie strony włosów, z roześmianymi oczami, gdy wystawał w letnie wieczory pod blokiem, pod jej oknem i wołał namiętnym zauroczeniem: Paula, kocham cię!

A kiedy odprowadziwszy sąsiadkę do drzwi wracam do swojego wygodnego fotela z bardzo daleka, po mglistych polach pamięci przesuwa się cień czegoś o Paulinie, co dawno temu napisałem. Przetrząsam kartony z chybionymi opowiadaniami, sterty pisarskich odpadków, wycinki z gazet i znajduję przewiązany sznurkiem pakiet luźnych kartek, a w nim tę przekreśloną, z adnotacją „poprawić” i tytułem „Paulina”. Oto ta kartka, bez poprawek.

Pierwszoklasistka Paulina, córka sąsiadów, drobna blondyneczka o fiołkowych oczach jedzie ze mną po piasek. Poszła zapytać czy może jechać i wróciła uszczęśliwiona – mama się zgodziła. Zapina w biegu kurtkę, poprawia szalik, wsuwa rękawiczki i sadowi się na siedzeniu. Mam dwa koty, więc piasek jest potrzebny. Paulina to osóbka nadzwyczaj ciekawa. Musi wiedzieć wszystko, więc pyta, a ja cierpliwie odpowiadam. Pyta, po co mi piasek, gdzie go gromadzę, w czym go przywieziemy i czy wziąłem szufelkę. A czy piesek jest ładny, jaki ma kolor, bo ona wie, gdzie można nakopać morskiego, była tam z dziadziem, ale to daleko, za lasem. A jak długo będziemy jechać. Odpowiadam, że „kopalnia” znajduje się niedaleko, raptem dwa kilometry przy drodze do Paprot. – Dwa kilometry – powtarza rozczarowana i milknie na chwilę – tak blisko. Chciałby, żeby podróż trwała dłużej.

Paulina nie ma wielu rozrywek, ciągle musi opiekować się młodszą siostrą, odrabiać lekcje, sprzątać mieszkanie, chodzić na zakupy. Rodzice jej nie rozpieszczają, są surowi i wymagający. Mówią, że będę jechał wolno. – Wujek, ale jak najwolniej – powiada nieco już udobruchana i poprawia się na siedzeniu. Trzy dni temu pożyczyłem jej pięć groszy, tyle brakowało do lizaka. – Oddam, kiedy sprzedam butelki – przyrzekła. I teraz przypomniała sobie o pożyczce, przetrząsa kieszenie kurtki, wyjmuje monetę i mi ją podaje. I zaraz rozpoczyna monolog o butelkach, pomagając sobie rękami, które wykreślają w powietrzu plastyczną epopeję poszukiwań. Od czasu do czasu chichocze i spogląda na mnie spod krawędzi pstrej czapki opinającej jej małą głowę. Dowiaduje się, że za butelkę po piwie płacą 40 groszy, a po winie – „ale nie białe, nie przezroczyste, tylko zielone i czerwone szkło” – nawet 70 groszy. Była na festynie ze swoimi kuzynkami, Olą i Moniką, nazbierały butelek. „No to tam był sklepik, ale sprzedawczyni się wkurzyła i nie chciała przyjąć, ale i tak przyjęła”. Zgromadziły ogromną sumę – 5 złotych i 50 groszy. „Kupiłyśmy cukierki i ciastka, a Ola chałwę”.

Niestety, dojechaliśmy. Bierzemy wiadra i szufelkę i idziemy do „kopalni”. Wśród krzaków żarnowca w niewielkim zboczu otwiera się żółta, pokryta igliwiem i liśćmi jama. – Ee, dziadzia piasek jest bielszy – mówi Paulina. Pochyla się, odgarnia szufelką liście i kopie piasek. Pokazuję jej w piaszczystej, przetykanej korzeniami sosen ścianie norę lisa. – Acha – patrzy przez chwilę i zabiera się znów do pracy. Wnet wiadra są pełne.

Po przyjeździe „płacę” Paulinie 2 złote. – Dziękuję – woła uradowana i biegnie do sklepu. Kupiła dropsa i dwa lizaki. Jeden jest dla mnie.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież