Anna Błachucka - Ludzkość nie wytrzyma utraty wiary w Boga

Pojawiła się ostatnio spora liczba "bożków". Istnieją, mają swoich wyznawców, "nauczają" w mediach. Nazywają siebie celebrytami. Znane jest mi słowo – celebrować. Kojarzyło mi się dotąd z wykonywaniem czynności w sposób poważny, podniosły, uroczysty.

Kościoły, uczelnie, organizacje, stowarzyszenia zaszczycały zaproszeniem wybitne osobowości do celebrowania okolicznościowych ważnych uroczystości, czy czynności.

Jak to się stało i kiedy, że nagle mamy tylu celebrytów, którzy nie znają, czy nie wiedzą, co ten czasownik oznacza. Monstrualny narcyzm tych postaci czyni ich aż odrażającymi. Człowiek nie powinien czcić siebie. To aż zieje egoizmem i pychą.

Rani moje uszy dziwna nowomowa tych osób. Silą się na oryginalność, a tu wiedza nie ta, wychowanie nie to. Opowiadają zasłyszane żarty, wtrącają obce słowa według naszej gramatyki, albo sami tworzą "na poczekaniu", podobno dowcipne, gnioty językowe. Poczucie humoru to dar, wielki dar i posiadają go nieliczni. To dar poddawania pod ogląd wad i przywar w lekkiej formie. To nie jest wyśmiewanie konkretnej postaci, ale wskazywanie ludzkich problemów. To wielka sztuka, wielka wiedza, wielki talent  i wielka praca razem wzięte.

Rodzice oddają w "ręce" celebrytów  uzdolnione, ale przecież jeszcze nie ukształtowane psychologicznie, swoje skarby – czyli dzieci.

Moda na takie wartościowanie naszych dzieci zaczęła się kilkanaście lat temu. Ogłoszono konkurs na miss szkoły – podstawowej! (Teraz  już się wybiera miss w przedszkolu.) Na nic zdał się mój głos, że to nie jest dobry pomysł. Wygrała dziewczynka, która miała uzdolnienia do przedmiotów ścisłych. Tylko, że ten konkurs odebrał jej naturalność i chęć nauki. Moda i modelki zawładnęły nią całkowicie. Poruszała się jakimś sztucznym krokiem, stroiła dziwne miny, ubierała obcisłe stroje. Skupiała na sobie pierwsze chłopięce  spojrzenia w stronę płci przeciwnej. Zabrano jej w ten sposób ileś lat dzieciństwa. Ona przestała się śmiać! Ona pozowała gdzie się tylko dało i przed kim się tylko dało.

Jakże piękne na tym tle wydają mi się  dzieci z londyńskiej szkoły. Obserwowałam je tej wiosny. Biało-granatowy strój nie zabrał im dziecięcości, radości, spontaniczności.

Podskakiwały, żartowały, baraszkowały – jak dzieci. Co jakiś czas grupka mająca  zajęcia nad Tamizą wybuchała radosnym niewystudiowanym śmiechem. Nie mogłam rozpoznać, które jest biedniejsze, które bogatsze. W 2015 roku oglądałam rozbawione dzieci, a u nas oglądam pokaz mody. Od razu widzę u nas, te gorsze, w nie markowych strojach, te mniej ładne, te mniej śmiałe…

Wprowadzaniem dzieci w świat bylejakości i ułudy zajmują się właśnie celebryci.

To już prawie przemysł. To mega-kolorowy całoekranowy, całodobowy drogowskaz na zdobywanie wiadomości o życiu łatwym, lekkim i przyjemnym. Świat "królewien" i "królewiczów" na skinienie. Dzieci wymuszają zakup stroju, kolorowego czasopisma, bajeranckiej zabawki. I taki "przekolorowany" młody człowiek nie radzi sobie później z życiem. Nikt mu nie uprzytomni wcześniej rangi miłości rodzicielskiej, mądrości wychowawczej wiary, toteż takich spraw wielu młodych nie dostrzega. Rodzic jawi się tylko jako dostarczyciel zabawek, markowych ciuchów, nowoczesnych komórek… Końca nie ma.

Żadna ludzka teza nie pojawiła się dotąd, jako ostateczna, jako jedynie prawdziwa.

Ludzie świadomi mądrością religii  widzą dogmat w sferze nadprzyrodzonej. Pytają o to Boga. Pytamy Boga o granice zachowań, o pojecie dobra i zła. Mechaniczna cywilizacja przerasta pokolenie, które ją stworzyło. Szlaki nadmiernej aktywności ziemskiej prowadzą często do nikąd. Zadeptaliśmy pojęcia mówiące o delikatności, skromności, intymności, abstynencji.

Zamiast doskonałości wybieramy moce ludzkie. A człowiek z natury jest ułomny.

Nie poradzimy sobie na tym świecie bez wiary w Boga.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież