Anita Nowak - Falstaff poważny i dostojny?

Opera komiczna „Fastaff” to ostatnie wielkie dzieło Giuseppe Verdiego, artystyczny testament kompozytora, synteza jego muzycznych doświadczeń. A zapewne i życiowych; albowiem libretto napisane przez Arrigo Boito, w oparciu o twórczość dramaturgiczną Szekspira, stało się leciwemu już Verdiemu bardzo bliskie. Postać Falstaffa kojarzyła się kompozytorowi z nim samym. Dlatego nie chciał, żeby jego bohater był opasłym grubasem, ale choć starszym, to sprawnym jeszcze fizycznie mężczyzną, którego stać i na romanse. Nie zgadzam się tu do końca z kompozytorem. Jeśli postać Falstaffa nie będzie groteskowa, odbierze inscenizacji sporo komediowych walorów.

Reżyser bydgoskiej inscenizacji, Maciej Prus w zabiegach odgroteskowiania postaci Falstaffa poszedł jeszcze dalej. Łukasz Goliński, główny bydgoski Falstaff nie dość, że nie jest śmiesznym, opasłym starcem, ale bardzo przystojnym trzydziestosiedmiolatkiem o nieziemsko pięknie brzmiącym głosie. Ale przecież za takim przepastnym, silnym jak wodospad a zarazem miękkim jak aksamit barytonem każda, nawet najcnotliwsza kobieta do piekła wskoczy. Jakże to, więc możliwe, że jak na mężczyznę, jedynie chwilami i też nie do końca na serio, patrzy na niego tylko jedna, i to główna prowodyrka kobiecego spisku, będącego odpowiedzią na intrygę Falstaffa, Pani Quickly. Bo Falstaff Golińskiego jest zarozumiałym bufonem. No, może i jest to jakaś alternatywa.

Bardzo interesująco wypadają sceny Falstaffa z Panią Quickly. Małgorzata Ratajczak oprócz pięknego, mocnego mezzosopranu, którym operuje w bardzo ciekawy, odmienny w zależności od sytuacji sposób, dysponuje też ogromnym talentem komediowym. Widać to i w śpiewie i w grze. Rewelacyjnie wypada np. w arii Reverenza, kiedy to z wielkim przymrużeniem oka podsyca w Falstaffie chęć zdobycia Alicji i Meg. Ale nie tylko. Małgorzata Ratajczak także aktorsko znakomita jest w każdej scenie. Mimiką i gestem w komiczny, acz stonowany sposób reaguje na wszystko, co dzieje się wokół niej. Gra każdym elementem swojego ciała, dłońmi, nawet samymi palcami wyraża emocje, ustosunkowując się do słów innych postaci, i to także wówczas, kiedy nie obejmują jej reflektory. I to jak!

Olśniła w tym spektaklu publiczność Magdalena Polkowska, jako Alicja Ford. Jej przecudny, chwilami wibrujący koloraturą sopran, talent aktorski i charyzma sprawiają, że jej postać, kiedy się pojawia, przydaje scenie blasku. Delikatnym, acz donośnym sopranem urzekała też Aleksandra Wiwała jako Nannetta. Bardzo dobrze jako Meg Page odnajduje się tu również wybitna sopranistka Małgorzata Grela. Mocnym, pięknie wyprofilowanym barytonem partie Forda śpiewa Sławomir Kowalewski.
Muzyka w „Falstafie” różna jest od spotykanej we wcześniejszych dziełach kompozytorów tego gatunku; stonowana, bez fajerwerków, ale doskonale perfekcyjna, precyzyjna. Choć flirtująca nieco z Wagnerem, zdecydowanie bardziej nowoczesna. Z orkiestronu urzeka słuchaczy humorystyczny język muzyczny, mocno zabarwiony przez kompozytora autoironią. W scenie, kiedy Falstaff jest wrzucany do wody w koszu z brudną bielizną, zabawność sytuacji podkreśla A dur na skrzypce i muzyka się gwałtownie urywa.

W jednej melodii płynie wiele barw i odcieni. Realizm splata się z komedią. Każdy może odnaleźć tu cząstkę siebie. A wszystko kończy się, co dotąd w operach niespotykane, bardzo dynamiczną fugą, kiedy Falstaff w ostatnim zdaniu śpiewa o tym, że wszystko na świecie jest fraszką i ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Muzyka jest tu medium do wyrażenia tego przesłania. Prowadzący orkiestrę Piotr Wajrak wydobywa z partytury wszystkie kompozycyjne finezje, cały koloryt dźwięków, które pod jego batutą formują się w przepiękną linię belcanta.

Inscenizacji bardzo oryginalną, nienachalną oprawę plastyczną nadała Jagna Janicka. Z minimalną ilością dekoracji i rekwizytów, opartą na wznoszących się i opadających płaszczyznach oraz kolorach. Z zachowaniem daleko posuniętego umiaru i dobrego smaku zaprojektowała kostiumy Hanna Wójcikowska-Szymczak. Znacząco w przydawaniu poszczególnym scenom urody i znaczeń zmiennymi barwami świateł i ich kątami padania wsparł obie artystki autor świateł Maciej Igielski. Dzięki niemu i Henrykowi Wierzchoniowi, który pracował przy tym przedstawieniu nad przygotowaniem chóru, oraz choreografce Ilonie Jaświn-Madejskiej ostanie sceny zbiorowe porywają i urodą, i brzmieniem.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora