Roman Sidorkiewicz - Jak Molier i La Fontaine uratowali głowę swego protektora

W kwietniu 2018 roku przebywałem dwa tygodnie u córki i wnuczki we Francji. Zaproponowały mi wycieczkę do sławnego pałacu Vaux – le – Vicomte. Znajduje się on ok. 55 km na południowy-wschód od Paryża obok robotniczego miasta Melun, ongiś twierdzy wpływów francuskich komunistów, licznie zamieszkałego przez polskich emigrantów zarobkowych.

Pałac jak pałac, pomyślałem, pełno jest takich we Francji. Jak szybko zmieniłem zdanie! Toż to ten sławny kompleks pałacowy, o którym obiło mi się o uszy, pierwowzór Wersalu. Wiąże się z nim szalenie ciekawa historia, w którą wmieszani zostali komediopisarz Molier (Jean Baptiste Poquelin 1622-1673) oraz bajkopisarz  Jean de La Fontaine (1621-1695).

Jest połowa XVII wieku. Królem Francji od roku 1643 jest młodociany Ludwik XIV urodzony w roku 1638. W jego imieniu rządzą kardynał Mazarin (z włoskiego Mazarini 1602-1661) oraz matka Anna Austriaczka (1601-1666). Mazarin rządzi twardą ręką. Przygotowuje Francję do rządów absolutystycznych. Młody król ma kogo podpatrywać i na kim się wzorować. Mazarin umiera wiosną 1661 roku i  od tego wydarzenia rozpoczynają się rządy Ludwika XIV. To najwybitniejszy król Francji w historii. Rządził aż do roku 1715. Był wzorem monarchy absolutnego. „Państwo to ja” było jego słynnym powiedzeniem. Nazywany także Królem Słońce, doprowadził Francję do potęgi światowej. Kultura tego kraju osiągnęła apogeum swej świetności a język francuski został językiem urzędowym dyplomacji, dworów i arystokracji.

Mazarin w roku 1653 powołał na stanowisko nadintendenta (ministra) finansów Francji Nicolasa Fouqueta (1615-1680). Ten młody, bardzo zdolny arystokrata pochodził z Nantes, kształcił się w kolegiach jezuickich. Zdolnościami, a nade wszystko pieniędzmi (także z tytułu dobrego ożenku), piął się wysoko w karierze urzędniczej. W jego czasach można było kupować urzędy. Kupił więc urząd prokuratora generalnego, co chroniło go w działalności publicznej. A chronić było od czego! W ciągu paru lat Fouquet niebywale się wzbogacił. Machinacje z budżetem państwa, łapówkarstwo, bezkarność doprowadziły jego prywatną kasę do zenitu. Chciał się pokazać. Jego dotychczasową, skromną posiadłość w Vaux – le – Vicomte postanowił doprowadzić do takiej świetności jakiej we Francji nie było. W roku 1656 ruszył do prac. Wysiedlił kilkuset chłopów z sąsiadujących terenów (ich losem nikt  się nie przejmował), zatrudnił najsłynniejszych wówczas architektów i ogrodników. W ciągu zaledwie pięciu lat pobudował zespół pałacowy, który do dziś imponuje pięknem. Przy budowie  pracowała armia kilkudziesięciu tysięcy robotników i artystów. Jego pałac zaczęli odwiedzać przedstawiciele najwyższych warstw społecznych. Tego mu było za mało. Zechciał zaimponować przepychem młodemu  Ludwikowi XIV. W jego pałacu wybudowany został apartament dla króla. Tak na wszelki wypadek. Goszczenie królów było obowiązkiem a zarazem przywilejem arystokracji. W szale wzbogacania się nie dostrzegł wzbierającej się nań nawałnicy. Materiały dowodowe przeciw niemu zaczął zbierać inny wielki finansista Jean Baptiste Colbert (1619-1683) – późniejszy wieloletni minister finansów Ludwika XIV, twórca potęgi gospodarczej Francji.

17 sierpnia 1661 roku wybiła godzina zero. Szykowała się uroczystość  jakiego Francja nie widziała. Fouquet nie przewidział własnej zguby. O godzinie 18 przybył w orszaku  król. Po dwugodzinnym odpoczynku zaczęło się przyjęcie. Najpierw spacer po ogrodach. Potem uczta, muzyka oraz premiera sztuki samego Moliera „Natręci” (w Polsce prawie nieznana). Następnie wyjście na zewnątrz, pokaz sztucznych ogni i linoskoczków oraz imponującego oświetlenia posiadłości  dwoma tysiącami kandelabrów.Potem  ponownie kolacja przy złotych zastawach. Stoły uginały się od frykasów–kaczki, króliki, kapłony, wołowina, jagnięcina, cielęcina. Młody król robił dobrą minę, pozwalał czarować się luksusem. Lecz do czasu… Około drugiej w nocy, odmówił noclegu, wsiadł do karocy i pognał do Luwru. To był koniec Fouqueta. Rozwścieczył króla swą demonstracją siły i bogactwa. Oszołomiony i zdezorientowany minister, za kilkanaście dni podążył za władcą do Nantes, by się usprawiedliwić, lecz bez skutku. Tam właśnie 5 września 1661 roku został  aresztowany i dalsze jego losy były dla niego mało ciekawe acz interesujące.

Ludwik XIV nie krył swego upokorzenia. Mieszkał co prawda w Luwrze, ale pośród paryskiego plebsu z niewielkimi ogrodami Tuileries wśród całodziennego hałasu i możliwymi buntami ludu. A taki Fouquet, raptem jego minister i takie panisko! z najwspanialszą rezydencją we Francji!

Król zapragnął głowy ministra. Dowody korupcji były jasne. Rozpoczął się proces. Władca wyznaczył 21 sędziów, każdego prześwietlił. Wydawali się być posłusznymi jemu ludźmi. Coś jednak zacięło się w sądowej machinie. Król był jeszcze młody, nie tak bardzo silny jak w przyszłości. W sukurs Fouquetowi pospieszyli sławni pisarze: Molier i La Fontaine. Ich pozycja we Francji była już tak utwierdzona, że nie potrzebowali liczyć się z młodym władcą. Postanowili pomóc podsądnemu. A dlaczego? wobec niego ogromny dług wdzięczności. On przedtem pomagał im na potęgę, jeszcze w dawnych czasach kiedy zajmował inne ale wpływowe stanowiska rządowe. Pisarze dotarli do wielu sędziów. Król na pewno nie był zadowolony, ale zlekceważyć Moliera i La Fontaine’a  nie mógł. Proces wlókł się aż trzy lata i zapadł werdykt. Za ścięciem głowy było dziewięciu sędziów, za skazaniem na banicję dwunastu. Król jednak pokazał pazurki – nie zgodził się na wygnanie gdyż za granicami kraju Fouquet byłby bardzo niebezpieczny. Mógłby  wyśpiewać to i owo. A korupcja to dzieło  nie tylko tego podsądnego ale i wielu innych urzędników. Król zamienił wyrok na dożywotnie więzienie i nieszczęśnik został przewieziony do więzienia w  twierdzy Pignerol w dalekiej Sabaudii, w Alpach. Aresztant, jak przystało na arystokratę, miał do dyspozycji lokaja i kucharza. Cóż z tego, jak wszystko za kratami. Tam zmarł, być może został nawet otruty, w roku 1680. Jego przypadek  znakomicie ocenił wiele lat później sam Wolter (Voltaire, 1694-1778): o szóstej wieczorem Fouquet był królem, o drugiej nad ranem - nikim

Molier stworzył najwspanialsze swe dzieła zaraz po incydencie i dzięki temu  król przestał na niego pomrukiwać. Zmarł na scenie w roku 1673. La Fontaine’owi bardziej się dostało. Król Słońce pamiętał jego nieposłuszeństwo i długo blokował  mu awans do prestiżowej Akademii Francuskiej. Nie miało to na szczęście żadnego wpływu na rozwój literacki sławnego bajkopisarza.
Jaki morał, pożałowania godny, można wyciągnąć z tej historii? Ano: 1. Jak kradniesz, to rób to tak, aby nie wzbudzać zawiści otoczenia. 2. Jak już kradniesz, to staraj siędzielić łupem z otoczeniem, szczególnie ze znanymi ludźmi ze sfery kultury, bo możesz liczyć, że kiedyś się tobie zrewanżują.

A co dalej z królem? Upokorzony przez swego ministra, postanowił zafundować sobie i swym następcom pałac na miarę potęgi i prestiżu Francji. Na terenach Wersalu niedaleko Paryża, kazał wystawić wspaniałą rezydencję.  Za wzór wziął sobie…Vaux – le – Vicomte!  Do pracy zaprosił właśnie tamtejszych twórców, którzy znakomicie zdali egzamin u znienawidzonego ministra. Przypomnę ich nazwiska: Louis Le Vau – architekt, Charles Le Brun – architekt wnętrz i Andre Le Notre – ogrodnik. To oni właśnie stworzyli zespół pałacowy, którym słynie do dziś Francja. Prace trwały dwadzieścia lat. Po drodze król zrujnował chłopstwo podatkami: cały naród dawał wielką daninę na królewski pałac. W roku 1682 rezydencja zaczęła żyć. Wersal był synonimem potęgi Francji. Wielu władców na nim się wzorowało. Piotr Wielki też tam zaglądnął. Oszołomiony pięknem obiektu kazał niebawem budować stolicę Rosji godną Europy. W zapyziałej Moskwie nie było czym imponować. Na bagnach Newy, u wybrzeżu Bałtyku kazał wybudować miasto – Sankt Petersburg – na miarę ambicji wielkiego cesarstwa.Wzorem wielkiego Francuza, też zagonił do roboty setki tysięcy chłopów. Efekt podziwiamy do dziś.

Król Słońce udostępnił ludowi  swoją rezydencję  do zwiedzania i podziwiania. Chciał w ten sposób udobruchać Francuzów po uprzednim zrujnowaniu ich podatkami. A lud tego kraju zawsze był skory do buntu. Jednakowoż wielki ruch, hałasy przeszkadzały królowi. Nakazał zatem wybudowanie, niedaleko, bo około pięciu kilometrów od Wersalu, pałacu Trianon, w którym mógł już rezydować w spokoju. Pałac ten w przyszłości fatalnie zapisał się w historii Węgrów, gdyż tam już po I wojnie światowej podpisano traktat zabierający Węgrom zagarnięte kiedyś etnicznie wcale nie ugrafińskie, ziemie.

La Fontaine był świadkiem tych wydarzeń. Żył długo. Ludwik XIV wybaczył już pisarzowi dawne nieposłuszeństwo i często gościł go u siebie. Wielki władca, chcąc nie chcąc, musiał otaczać się sławnymi ludźmi. To dodawało mu blasku.

Wersal  odwiedzają turyści z całego świata. To żelazny punkt wszelkich wycieczek po Europie. Każdego roku Wersal odwiedza około 10 milionów ludzi. Nie zdają sobie sprawy, że pierwowzór  pałacu wersalskiego o nazwie Vaux – le – Vicomte w ogóle istnieje. Tam rocznie bywa sporo osób bo aż 300.000  zwiedzających, ale to mało w stosunku do Wersalu. A warto tam zajrzeć i zapoznać się z historią tego zabytku i jego urokiem.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora