Rafał Jaworski - Bunt bogatych i uprzywilejowanych

Właściwie to nie wiem, po kiego czorta, wstukałem w klawiaturę poniższe zdania motywowane zdrowymi poniekąd refleksjami. Wydaje się mej chromej podmiotowości, że nie jest to jednak parcie na słowo proweniencji mowy dla mowy. Taką sytuację trafnie ujął, niezaprzeczalnie autentyczny Mędrzec, Czesław Miłosz: „…istnieje szczególna lekkość nietroszczenia się, kiedy pracujemy na przepadłe”.

Funkcjonuje więc (zaświadczona autorytetem) specyficzna godność, a nawet euforia umysłu człowieka, który wie, że jest na pozycji już na starcie przegranej, ale jednak jego działania są wobec tego, dla niego, podwójnie ważne, choć obciążone balastem niefrasobliwości, a właściwie braku autocenzury i perspektywy zrozumienia w społeczności, a cóż dopiero w elitach.

Pisząc te słowa, przeczytałem, w tzw. międzyczasie, w pracy autorstwa ks. Konstantego Michalskiego, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, „Między heroizmem a bestialstwem” następujący passus wywodów: „Punktem wyjścia będzie ekstaza w dół, powstała za podmuchem tej miłości, która się rodzi w zmysłach i w ich wegetatywnym podłożu, w wyraźnym buncie przeciwko górnej strefie życia duchowego. Ekstaza w dół może objąć dziedzinę poznania zmysłowego, jak i dziedzinę zmysłowych uczuć i pożądań…” Uff… niezły pasztet. Co może znaczyć we współczesnym świecie ta „ekstaza w dół”? Jak się objawia w życiu indywiduum i zbiorowości. Posłużę się metodą egzemplifikacji, prosto (może nawet z domieszką prostactwa), najbardziej komunikatywnie.  

Zacznijmy od indywidualnego życia intymnego. Osoba, która jest związana z drugą osobą węzłem sakramentalnym, czy choćby honorowym zobowiązaniem wierności, prowadzi podwójne życie uczuciowe i seksualne, także nieuczciwe w wymiarze przejrzystości finansów. To daje jej satysfakcję, że potrafi tak efektywnie manewrować między nieświadomymi obiektami tego procederu. Ogarnia ją błogość wyższości wobec jałowej, jednostronnie zastygłej, pozornie kostycznej egzystencji. Jest w tym stanie szybowania nad innymi, mimo zaprzaństwa wobec osób i wymogów prawa naturalnego, przekraczanie w dół własnych ograniczeń moralnych.

Ktoś inny nastawił się na zrobienie kariery, dynamicznego rozwoju zawodowego czy choćby urzędniczego lub politycznego. W tym kontekście mnożą się osobnicy, którzy dla wysokiej pozycji w szczeblach hierarchii zrobią wszystko. I żadna niegodziwość przez nich popełniona nie zdegraduje ich subiektywnego poczucia wzrostu wartości, a wyższość nad innymi, mającymi więcej oporów etycznych nie będzie im obca, nie zdegraduje ich we własnych oczach. Nie neguję tutaj zdrowych walorów rozwoju zawodowego. Wskazuję na spory margines cwaniactwa i „chodzenia po trupach”. Czyż nie jest to typowa „ekstaza w dół”?

Złodziejstwo w wykonaniu eleganckich osób w „białych kołnierzykach” nie powoduje infamii – raczej środowiskowy podziw z materialnego wzrostu stanu posiadania (w tle np. podatkowe karuzele, ustawione przetargi publiczne, adwokackie przekręty w sferze własności). Zło zadowolone ze zła, świadome swej dominacji i bezkarności mnoży się we współczesnej cywilizacji post-industrialnej niczym przysłowiowe króliki. Zło z wierzchu eleganckie, z manierami „czystych rąk” i „wyczynami” miłosierdzia (vide: fundacje osadzone „swoimi”, charytatywne bale, wspomaganie niepełnosprawnych).

Podobne procesy występują w obrębie grup społecznych, które można potraktować jako osobę zbiorową. Nie jestem socjologiem, nie mam w tej dziedzinie doświadczenia i kwalifikacji, jedynie metaforyczne intuicje podpowiadają te gorzkie słowa i dość jednoznaczne opinie.

Podeprę się jeszcze autorytetem sprzed 25 wieków, cytatem z „Państwa” Platona. Tam rozmówca Sokratesa (Trazymach) rzuca mu w twarz płomienną mowę w obronie zła i wprost piramidalnych korzyści wręcz duchowych z procesu eksploatacji jego efektów: „…w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakowych dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten grubo zyskuje. (…) A najłatwiej się o tym przekonasz, jeśli weźmiesz pod rozwagę niesprawiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd dopuszczać nie chcą, skazuje na nędzę ostatnią. To jest dyktatura.” Tak obnażał sokratejskie, niby utopijne akcentowanie, że cnota jest sama w sobie nagrodą. W tych rozważaniach oponenta Sokratesa są dwa charakterystyczne akcenty wywołujące euforię: - elementarna wyższość, że potrafi się nie płacić podatków i to że w takim kontekście człowiek staje się najszczęśliwszy, czyli „ekstaza w dół”. Prowadzi to do refleksji, że nic się w naturze człowieka nie zmieniło, mimo niesamowitego postępu technicznego, nadzoru struktur próżniaczych agend praw człowieka i przeakcentowaniu jego nadzwyczajnych praw i pełnym zbiorowej hipokryzji rozbuchaniu iluzorycznej przestrzeni swobody. Trzeba też z goryczą zauważyć, że Sokrates w ujęciu Platona w tym fragmencie „Państwa” nikło przeciwstawia się swemu rozmówcy; mówi w odpowiedzi: „nie sądzę, żeby człowiek na krzywdzie ludzkiej wychodził lepiej niż na sprawiedliwości; nawet gdyby ktoś niesprawiedliwości puszczał cugle i nie przeszkadzał jej robić, co by chciała”. „Nie przeszkadzać co by chciała”, to właśnie kwietystyczne przyzwolenie na krzewienie się metafizyki i praktyki „ekstazy w dół”. Akurat w tym przypadku chrześcijańskie nadstawianie drugiego policzka nie licuje z godnością człowieka, bo wyraża zgodę na krzywdę całych grup ludzi „sprawiedliwych”, a przecież „błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości”.

Naiwnie, przyjmuje się powszechnie, że społeczny bunt to domena i wręcz przywilej biednych i skrzywdzonych, wykluczonych z udziału w wytworzonych dobrach i osób eliminowanych z procesu zajęcia odpowiedniej do ich predyspozycji pozycji społecznej. A ostatnie lata pokazują w cywilizacji atlantyckiej, ale i w naszej Ojczyźnie, zupełnie inny mechanizm. Nastąpił bunt sytych i pociągających za sznurki władzy, udrożniających dla siebie aorty przepływu pieniądza z puli tworzonej przez dziesiątki milionów podatników. Bunt zamkniętych środowisk w związku z demokratycznym odrzuceniem ich nieomylności i dominacji, bunt wobec legislacyjnych prób przewietrzenia ciasnych, politycznych, korporacyjnych domen. Bunt w jasnym celu: - „aby było jak było”, co jest trafnym określeniem rzuconym na jakimś wiecu „histerycznej opozycji” przez uznaną Panią Reżyser. Ma być jak było”, czyli swoi z kręgu zaplecza mogą kraść, swoi (tylko swoi) mają otrzymywać dotacje, stypendia, formować zarządy i rady fundacji, łykać subsydia, granty, zachować nieformalne wpływy, itp. Wystarczy spojrzeć na filmowo- dziennikarskie relacje z anty-demokratycznych demonstracji „za demokracją” z dwóch ostatnich lat, aby stwierdzić, że gro protestujących przeciw reformom to tzw. „tłuste koty”. Największy zapewne poeta XX-ego wieku pisał w „Neue Gedichte”:

„Bogaci i szczęśliwi mogą milczeć,
Nikt nie chce wiedzieć kim są.
Ale biedni nie mogą być niemi… (…)

A że wszyscy obok nich, jak obok przedmiotów
Przechodzą, każdy z nich śpiewać gotów.

I tak słyszy się niezgorszą pieśń. (…)

A tu we współczesnym świecie, ponad sto lat po tych słowach-wersetach R. M. Rilkego, zastajemy odmienną retorykę i karkołomne postawy osobowe: - to bogaci i uprzywilejowani zaczynają się skarżyć i walczyć na medialnych (i nie tylko) barykadach o swoje nad-prawa nad-obywateli. Ich pieśń stara się być tak pełna troski o prawa ogółu, że cuchnie fałszem hipokryzji. Walczą metodami, na pierwszy rzut oka, demokratycznymi w nośnych hasełkach i na okazałych bilbordach, co oczywiście uwiarygodnia tezę, że demokracja może być też orężem mniejszości, mniejszości niezaprzeczalnie zasobnej materialnie i odpowiednio zakotwiczonej w wyżynach społecznych naznaczonych nieomylnością (tylko czy to jeszcze demoracja czy walka o ustrój oligarchiczny. To nie tylko politycy opozycji, rozpieszczeni aktorzy, celebryci, aborcjoniści, LGBT, emerytowani SB-cy, profesura uczelni wyższych motywowana grantami, „nadzwyczajna kasta” prawników, urzędnicy mianowani przez uprzedni układ, którzy czuli się nienaruszalni w swych werdyktach i funkcjonowaniu w najwyższych sferach. To wiele osób z ich ideowego lewackiego zaplecza, którym propaganda wszczepiła nienawiść do sprawnie funkcjonującego państwa i elementarnej sprawiedliwości: to „bogaci i szczęśliwi”, a ponadto często uprzywilejowani bez obiektywnych przesłanek do tego stanu (szczególnie aksjologicznych). Ale nad tą ich „szczęśliwością” wisi cień ironii, ironii wyboru społecznego, sarkazm historii.

Ten proces zapewne fascynuje socjologa-tropiciela trendów zachowań grup interesu w całej zbiorowości, na ten temat łatwo napisać błyskotliwą pracę doktorską, tylko czy znajdzie się w wolnej Polsce Katedra, która wydeleguje do tej pracy odpowiedniego promotora? I czy ten ewentualnie wydelegowany nie będzie tchórzem. Po nagłaśnianych przypadkach zastosowania gilotyny ostracyzmu wobec niepokornie myślących młodych naukowców (w dziedzinie szeroko pojętej humanistyki) jest to wątpliwe. Nikt nie myśli o przewietrzeniu pomieszczeń uczelnianych decydentów i rozbiciu ich nepotycznych, skostniałych struktur. Ten proces dotyczy też najszczelniejszych ze szczelnych korporacji prawniczych.

„Bogaci i szczęśliwi” zarzucali nowym, demokratycznie wybranym władzom korupcję polityczną. To trzeci rodzaj korupcji po urzędniczej i komercyjnej (gdzie urzędnik jest przekupywany przez prywatnych przedsiębiorców w celu pozytywnej decyzji). Form korupcji jest niezliczona ilość, wciąż pojawiają się nowe, bardziej wyszukane i trudniejsze do obnażenia. Ale nie jest to już przekupstwo biednego wobec silniejszego dla odbicia się od dna – bogaci chcą innym bogatym kręgom ukraść ich bogactwo. Ohydna procedura. GAZPROM ma w Brukseli w pobliżu Parlamentu Europejskiego biurowiec, w którym jest zatrudnionych ok. 200 osób. Tam! Po co chyba wiadomo. Dla stworzenia bazy agentów wpływu. Zarzut politycznej korupcji dotyczy (w naszych warunkach) głównie programu 500+. Dotychczasowi uprzywilejowani tolerowali korupcję urzędniczą i komercyjną, panoszenie się korporacji prawniczych, buisnesowych, lekarskich, uczelnianych, a teraz zarzut starają się przerzucić na „prawych i sprawiedliwych”, no może do prawości i sprawiedliwości dążących, całe odium politycznych zaniechań i nieudacznictwa technicznego sprawowania władzy. Wydaje się, że głównym motorem braku akceptacji tego socjalnego programu jest zwykła zazdrość i chciwość. Pieniądze, które można było rozparcelować sprytnie dla swoich, zostały zadekretowane na nieporównywalnie większy obszar populacji. Dodam na marginesie (z autopsji), że nie dotarły do egoistycznych środowisk, nawet najprostsze i najbardziej oczywiste cele programu 500 +, albo zostały koślawo przedstawione i celowo wyszydzone. Po raz kolejny wyłuszczam: - zwiększenie populacji w celu uratowania Ojczyzny przed demograficznym uwiądem, co skutkuje również zapaścią gospodarczą; - zrealizowanie „strategii zrównoważonego rozwoju” zamiast realizowanego przez PO założenia, że to aglomeracje miejskie będą generować dynamiczny postęp ekonomiczny, czyli w języku technokratów-ściemniaczy, model „polaryzacyjno – dyfuzyjny”. To powodowało rozwarstwienie społeczeństwa i łatwe „kręcenie lodów” w mętnej wodzie skoncentrowanego kapitału na styku prywatne – państwowe- sądownicze; - pobudzenie rynku konsumpcyjnego poprzez zwiększenie mocy środków nabywczych. Te walory za poprzedniej ekipy rozpływały się w karuzelach vatowskich kręconych głównie przez firmy założone przez byłych żołnierzy służb specjalnych PRL-u, beneficjantów „układu” i najróżniejszych cwaniaków; - zlikwidowanie kompromitującej dla państwowości kraju, który aspiruje do grona państw jako tako rozwiniętych, strefy biedy rodzin wielodzietnych.

Wystarczyło uszczelnienie ściągalności podatku od obrotu i wpływy z tego tytułu wzrosły o 40% (także z innych znacząco). Można być przeciwnikiem egzekucji danin na rzecz dobra wspólnego jedynie w przypadku popierania złodziejstwa publicznych pieniędzy i braku wrażliwości na potrzeby struktur państwa, a więc i bezpieczeństwa szeregowego obywatela.

Europa, symbolicznie określana teraz mianem „Bruksela”, liberalno-socjalistyczna „elyta”, generowała i wręcz wymusiła rozwód z chrześcijaństwem. Ostatnio w belgijskich agendach Czerwonego Krzyża zarządzono przymusowe zdjęcie ze ścian Krzyża Chrystusowego. W tym miejscu przytoczę fragment Dziejów Apostolskich: „Gdy zaś ujrzał Szymon, że przez wkładanie rąk Apostołów otrzymuje się Ducha Świętego, przyniósł im pieniądze mówiąc: Dajcie i mnie taką władzę, aby każdy na kogo włożę ręce, otrzymał Ducha Świętego. Ale Piotr rzekł do niego: Pieniądze twoje niech idą na zatracenie, iżeś sądził, że dar Boży może być nabyty za pieniądze.” Pieniądz jest obecnie motorem i wyznacznikiem wartości, oczywiście tzw. „wartości europejskich”. Przenieśmy refleksje na teren rozminowany z wartości. Chyba, że są to tzw. „wartości” z nadania osób typu Verhofstadta, Timmermansa, czy Junckersa z Tuskiem i Sorosem w tle, które nie mają nic wspólnego ze spuścizną kręgu judeo-śródziemnomorskiego ukształtowanego ekspansywnym (kiedyś) chrześcijaństwem. W ramach tego „przeniesienia” przytoczę swój dość przystający tekst-wiersz bliski szczerej skardze:

Parataksa                             

Trochę, akurat dzisiaj, nie przystaję
- skarży się genius loci et saeculi.
Uchodzi mieć myśli, esencjonalne lęki
na osiedlu „T”., w socjalistycznym mieście Tychy Nowe?

Bo jeśli idee (rozciągłe w obszarach czasu)
są złożone współrzędnie i nie ma
wrodzonej hierarchii żaden umysł
(zbiorowy czy pojedyńczy najbardziej)
obojętnieją ręce na modlitewny układ:
- napięcie wobec tego, co jest.

Wtedy zaprzecza się
godności wiary, wierności i rozumu.
Względność odniesień
staje się fundamentem wartości.

Wtedy łatwo sile ciążenia
spomiędzy złożonych dłoni,
wysunąć druczek subskrypcji
na źdźbło wieczności i fakt
że coś bardzo nad nami
jest w nas

Taki wiersz napisałem dwadzieścia lat temu, w dziesięcioletnim okresie kiedy nie pisałem wierszy i tekstów o literackich albo refleksyjnych ambicjach. To znaczy, że ciśnienie wewnętrzne było we mnie tak silne, że te słowa przelałem na papier poprzez filtr niemocy. Należy jednak „promować” (ocalać) wymiar metafizyczny w funkcjonowaniu realnej rzeczywistości, należy o nim przypominać, walczyć z konsumpcyjnym spłaszczaniem wielokierunkowych wymiarów bytowania świadomego człowieka.

Oskar Miłosz, o którego głębi duchowej refleksji nikt nie ma prawa wątpić, pisał: „...najpierw konstatuję mój ruch i to czyniąc umiejscawiam już rzeczy w czasie i przestrzeni. Następnie robię wysiłek, aby objąć, więc umiejscowić, samą przestrzeń i sam czas, w których ułożyłem wszystkie rzeczy. I wtedy spostrzegam, że moje dwa skrajne pojęcia o naturalnym świecie, pojęcie nieskończenie wielkiego i nieskończenie małego, wypływają bezpośrednio z tego przymusu, który każe mi umiejscawiać wszystkie rzeczy w miejscu stałym.” Jest oczywiste, że czyniąc realny w dążeniu do, celów nieskażonych błędnymi znakami ostrzegawczymi i informacyjnymi, że jest miejsce, w którym to się stanie. Trzeba takich alchemicznych miejsc szukać, aby ozdrowieć, czyli obumrzeć od „starego człowieka”, do osoby w pełni otwartej na personalistyczne opcje zaistnienia. Myślę, że w takim miejscu nie ma „ekstazy w dół”, ani „ekstazy górę” – jest jednia.

Przenieśmy się znowu z obszaru jednostki na teren ponad narodowy. Mam własne odniesienia historyczne, rodzinne: - swą pamięć. Mój ojciec był niewolnikiem III Rzeszy. Musiał pracować na rzecz niemieckiej firmy IG Farben Industry w Kędzierzynie. Nosił tam butle z gazem za niemieckim spawaczem. Przeżył, choć wspominał, że w trakcie nalotów alianckich, bunkry „skakały nad głowami”. Firma ta produkowała m.in. osławiony, śmiercionośny gaz „Cyklon B” i dla oddziałów SS „metanol” służący do zabijania bezbronnych więźniów, a obecnie zgodnie ze swoją tradycją, pośrednio wytwarza wczesnoporonną pigułkę Ru 486, czyli ludobójstwo zawsze jest bliskie jej działaniom. Producent RU-486 jest kontynuatorem producenta „cyklonu” B, gazu, za pomocą którego dokonywano ludobójstwa w obozach koncentracyjnych Rzeszy; francuska firma Group Roussel-Uclaf – producent przedmiotowej pigułki to filia zachodnioniemieckiego giganta farmaceutycznego Hoechst. Ten drugi pierwotnie nazywał się I.G. Farben, a nazwę zmienił po II wojnie światowej, by zapomniano o złej reputacji firmy. Teraz spadkobiercy I.G. Farben zarabiają pieniądze na zabijaniu milionów nie narodzonych dzieci. Kapitał zbrodni jest zwinny i skuteczny, potrafi świetnie kamuflować swe korzenie. I.G. Farben formalnie została zlikwidowana w roku 2012 (po ogłoszeniu upadłości). Koniecznie trzeba mylić tropy aby realizować cele buisnesowe i rozkład tkanki społecznej, aby próbować stworzyć modernego, wyzwolonego człowieka, który jako: „nowego człowieczeństwa Adam,/ wieńczony będzie kwiatami/ z nieznanych dziś jeszcze planet”. Muszę, w ramach rzetelnej uczciwości, powiedzieć, że mój ojciec-niewolnik nie złorzeczył wojennemu losowi: cieszył się z życia, w obecnych warunkach określanego jako niewyobrażalnie koszmarna wegetacja (miał tą wolność, że mógł pojechać do Raciborza kupić sobie białe, świeże bułki).

Wróćmy do zasadzek demokracji wykorzystywanych wizerunkowo przez „uprzywilejowanych”. Są tak banalne i żerujące na efektach fałszu, że właściwie trudno o nich pisać. Sugerowana spontaniczność protestów przeciw, wolą świadomej i zainteresowanej losem ogółu części narodu, wybranego rządu jest manipulacją. Perfekcyjna organizacja ekscesów „ulicy i zagranicy” jest tego dowodem namacalnym, nawet dla pośledniej klasy intelektu jakim wyposażyła mnie natura.

„To, co możemy obserwować ostatnio, czego przejawem jest sukces Fideszu i PiS, zwycięstwo Trumpa czy Brexit, to bunt narodów w obronie swojej tożsamości i podmiotowości. Bunt przeciw dyktatowi elit, które demokrację stopniowo zastępowały oligarchią” - w przestrzeń sieci takie stwierdzenie wrzucił niedawno Bronisław Wildstein. Nie jest ono jednak, z pełnym szacunkiem dla jego zasłużonej osoby, szczególnie trafne tzn. nie kończy się opisem procesów zachodzących po „buncie narodów”. Czas płynie i akcja wywołała reakcję. Zasada termodynamiki. Reakcja krystalizującej się oligarchii jest wadliwa moralnie, szkodliwa dla naszej Ojczyzny. Ale co tam prawda, kiedy zabierają pieszczochom kradzione zabawki i trzeba łkać i łgać.

Jeszcze raz przytoczę na koniec rozważań słowa Platona, płodnego literacko ucznia Sokratesa: „Ta sama choroba, która tkwiła w oligarchii i gubiła ją, ta sama trawi ten ustrój, tylko tutaj sięga szerzej i głębiej, dzięki temu że tu wszystko wolno, i nakłada na demokrację kajdany. Istotnie wszelki nadmiar lubi się przemienić w swoje wielkie przeciwieństwo…  (…) nadmierna wolność, zdaje się, że w nic innego się nie przemienia, tylko w nadmierną niewolę – i dla człowieka prywatnego, i dla państwa.” Nic dodać, nic ująć. Czyżby Platon antycypował krytykę liberalizmu etyczno-gospodarczego jako szczebla do łagodnej tyranii, tyranii aksamitnej, przechodzącej w materię siermiężnego knebla? Jest w tym co napisałem wiele przeskoków od moralnej ohydy do metaforyczno-metafizycznego wyjaśnienia podłości. To jest przywilej i zarazem kara dla błądzących po omacku, nigdy nie rezygnujących z błąkania się w mroku ludzkich labiryntów. W tym błąkaniu nie ma żadnej ekstazy, trud i gorycz, z rzadka płomyk nadziei.   

grudzień 2017 r./styczeń 2018 r.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora