Lesław Czapliński - Komu służy Marzec 1968?

Mogłoby się wydawać, że komuś zależało na ożywieniu upiorów z przeszłości dokładnie w pięćdziesiątą rocznicę Marca 1968, aby można było wpisać go w rzekomo wrodzony, bo wyssany z mlekiem matki (Icchak Szamir) antysemityzm Polaków? Jako jeden z pięciu współzałożycieli krakowskich festiwali kultury żydowskiej pamiętam, jak podczas jednego z pierwszych z nich odbyła się dyskusja panelowa, w trakcie której odnotowano, że przybywające z Izraela wycieczki młodzieżowe z satysfakcją wyławiają na murach antysemickie napisy czy rysunki, pozwalające im utwierdzić się w stereotypach na temat kraju, w którym rzekomo nie przypadkiem miała miejsce Zagłada.

Nie trzeba szczególnej przenikliwości politycznej, aby oczekiwać, że  ingerencja obcego państwa w sprawy wewnętrzne, do których należy  proces legislacyjny drugiego, suwerennego podmiotu prawa międzynarodowego, niezależnie od obiektywnej oceny samej procesowanej ustawy, spowoduje wzrost niechęci względem tych, którzy te naciski stosują. Eskalacja tego procesu poprzez dołączenie się do niego supermocarstwa, jedynie może umocnić mniej lub bardziej urojone przekonania zwolenników hipotezy o istnieniu rządów nad światem.

W czerwcu 1967 roku Władysław Gomułka wspomniał o piątej kolumnie. Również i teraz w histeryczny sposób dała ona znać o sobie, całkowicie przejmując stanowisko skrajnych środowisk prawicowych i nacjonalistycznych w Izraelu i w diasporze, co zakrawa na paradoks, bo jednocześnie chce ona uchodzić za reprezentantów liberalizmu, a nawet lewicy, ale nie odwołuje się do swoich odpowiedników żydowskich czy izraelskich. Krytyczny głos tych ostatnich (np. Norma Chomskyego czy Daniela Barenboima) nie przedostaje się jednak do opinii publicznej, bo w mediach  wpływy mają przede wszystkim ich adwersarze, a więc ci pierwsi.

Dlaczego w dobie unijnego zalecania parytetów (np. jako mężczyzna miałem pierwszeństwo w dostępie do bezpłatnej pomocy prawnej, ponieważ częściej korzystają z niej kobiety i zgodnie z tymi dyrektywami należy na bieżąco wyrównywać szansy obydwu płci w tym względzie), uświęconych także przez polityczną poprawność, nie odnosi się tej zasady do występującej niekiedy nadreprezentacji pewnych grup etnicznych? Tak było przed Marcem 1968 w przypadku osób pochodzenia żydowskiego na kierowniczych stanowiskach w mediach, kulturze, sztuce i nauce, skądinąd bardzo często uwikłanych wcześniej  w represyjną działalność służb specjalnych. Absurdalność traktowania każdego zwolnienia takiej osoby jako przejawu antysemickiej dyskryminacji w odniesieniu do zmian popaździernikowych wykazywał już Witold Jedlicki w swym słynnym eseju „Żydy i chamy”, opublikowanym grubo przed wypadkami roku 1968 roku w paryskiej „Kulturze”, a swym tytułem nawiązującego do podziałów w łonie PZPR na frakcje puławską i natolińską, w których odpowiednio dominowali działacze o korzeniach żydowskich oraz ci pochodzący z powojennego awansu.

Rzecz jasna, co innego, jeśli pochodzenie staje się powodem nagonki czy masowych szykan (na przykład w czerwcu 1968 roku po upokarzającym zebraniu umiera na atak serca Jerzy Gert, założyciel i dyrektor Orkiestry i Chóru Polskiego Radia w Krakowie). Ale skutki  Marca 1968 dotykały w szerszym stopniu inteligencji jako takiej. Poza tym dziś całkowitemu zawłaszczeniu uległa pamięć o nim, zredukowana do krzywd tych, którzy opuścili wtedy Polskę, a w niepamięć popadły zupełnie protesty studenckie z tego okresu, szerzej wpisujące się w kontestację młodego pokolenie na świecie wobec wszelkich form opresji.

Pamiętać też należy, że syjonizmu nie zaczęła zwalczać PZPR, ale już przed wojną czyniły to żydowskie środowiska lewicowe związane z Bundem (partia socjalistyczna), do których należał Marek Edelman. Może dlatego nie zdecydował się w Marcu 1968 na emigrację, lecz pozostał w kraju, w przeciwieństwie do swojej żony Aliny Margolis. Nie wyjechali także Antoni Słonimski, Artur Sandauer czy Józef Heistein, mimo że szykany miały dotknąć w znacznej mierze środowisk akademickich. Innych nazwisk nie będę przytaczał, bo nie kieruję się przesłankami norymberskimi, a wiele z tych osób, mimo pochodzenia, mogły uważać się za Polaków, co należy uszanować, bo każdy ma prawo swobodnego wyboru własnej identyfikacji.

Skądinąd sam syjonizm przejawiał niekiedy cechy nacjonalistyczne i rasistowskie, zwłaszcza na gruncie propagandowym, o czym można się przekonać oglądając na przykład przedwojenną „Sabrę” (tak określano palestyńskie kaktusy, ale i Żydów urodzonych już w Palestynie), film Aleksandra Forda, w której poprzez równoległy montaż konfrontuje się cywilizacyjne i kulturowe zaawansowanie osadników wobec tubylczej ludności beduińskiej, zestawiając ze sobą kolonistów, czyszczących zęby i kładących się do snu w nienagannej czystości pidżamach, z umorusanym dzieckiem arabskim, bawiącym się zwierzęcymi odchodami, czy też przybyszów, wykonujących pomiary i kopiących artezyjskie studnie, z zabobonami miejscowej ludności, która w tym celu sprowadza derwisza-różdżkarza, odwołującego się do religijnych przesądów i rytuałów.  

Część środowisk żydowskich czy sił politycznych w Izraelu domaga się wzięcia przez Polskę współodpowiedzialności za dokonanie się Zagłady na jej ziemiach, same jednak nie rozliczyły się, jak dotąd, z przypadków współudziału jej niektórych przedstawicieli we wcześniejszych i późniejszych działaniach na szkodę polskich interesów.

Z jednej strony można przywołać chwalebne przykłady pułkownika Berka Joselewicza w dobie insurekcji kościuszkowskiej czy Michała Landego, przejmującego podczas demonstracji z 8 kwietnia 1861 roku krzyż z rąk zastrzelonego i ginącego niedługo potem, walczących za naszą i waszą wolność, a także wiceprezydenta Krakowa Józefa Sarego, który jako jedyny wytrwał na posterunku gdy jesienią 1914 wojska rosyjskie podchodziły pod dawną stolicę Polski, czy lwowskiego radnego i posła Emila Byka (skądinąd dwaj ostatni pominięci zostali w ekspozycji warszawskiego Muzeum Żydów Polskich „Polin”), ale z drugiej nie należy zapominać o żądaniach przeprowadzenia plebiscytu w Białymstoku w sprawie jego przynależności do Rosji po pierwszej wojnie światowej (akurat o tym dowiedziałem się z Radia TOK FM, należącego do koncernu Agory, a zatem trudno posądzać je o antysemityzm) czy udziału części żydowskich mieszkańców Lwowa we wspieraniu sił ukraińskich w listopadzie 1918 roku, co spowodowało późniejsze pogromy oraz instrukcję Józefa Piłsudskiego w sprawie wydawania na ich sprawców wyłącznie wyroków śmierci oraz natychmiastowego ich wykonywania, bo w ich przypadku nie przewiduje on skorzystania z przysługującego mu prawa, czym zaskarbił sobie niechęć miejscowych Polaków.

Nie lubię słowa antypolonizm, bo może ono mylnie kojarzyć się ze zwalczaniem polonistyki i polonistów. Wolę polonofobię. Nie jestem też zwolennikiem symetryzmu, ale skoro tyle się mówi o antysemityzmie, to należy także przyjrzeć się uprzedzeniom drugiej strony. Obydwa są równie szkodliwe i tylko reprodukują i pielęgnują historycznie utrwalone niechęci i urazy, nie służąc autentycznemu, wzajemnemu zrozumieniu, opartemu wszakże na równorzędności, a nie jednostronnym dyktacie. Stara łacińska maksyma brzmi: Nemo judex in causa sua. O antysemityzmie nie mogą arbitralnie wyrokować sami zainteresowani, podciągając pod niego wszelki krytycyzm wobec siebie bądź niepodzielanie przez innych własnego stanowiska, czy też używając go jako instrumentu szantażu dla wymuszania podporządkowania własnym interesom. Już demokracja ateńska powołała w tym celu bezstronne instytucje rozjemcze, rozsądzające spory.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora