Alojzy Michalski - Wizyta u Mirona

O tym Poecie czytałam sporo, ale nigdy przedtem nie  dane mi było poznać go człowieka.  Przyszła na to jednak pora, kiedy zaprzyjaźniłem się z Tadeuszem, który wybrał mnie na swojego przyjaciela, już wtedy podczas swojego szczęśliwego dnia. Tym dniem była projekcja filmu opartego na jego książce.

Właśnie tamtego roku, na letnich spotkaniach z filmem, w uroczej odizolowanej od wielkiego świata, otoczonej pięknymi jeziorami miejscowości, Tadek przeżywał swoje szczęśliwe dni. Wtedy właśnie poznaliśmy się w szczególnych okolicznościach.

Podczas jednego z wieczorów, kiedy błądziliśmy w pobliżu jeziora, niepostrzeżenie nadeszła noc. Byliśmy wtedy dobrze podchmieleni, kiedy towarzyszący mi Marek, który zniknął mi z oczu jakiś czas temu, podbiegł z nienacka z zapytaniem:

- Chcesz poznać pisarza, który napisał scenariusz do wczorajszego filmu?
- Chętnie go poznam i porozmawiam z nim, ponieważ obchodzi mnie los ludzi podobnych bohaterowi. Mam dla nich sporo sympatii i zrozumienia – wymamrotałem, kierując się w stronę jeziora.
- Spójrz w tamtym kierunku. Na tle  drzew zobaczysz sylwetkę w jasnej koszuli. To właśnie on - powiedział Marek.
Postanowiłem wyjść    naprzeciw. Rozpocząłem nieśmiałą rozmowę.
- Gratuluję . Stworzyliście z reżyserem film, o którym będzie się wiele mówiło.
- Dziękuję za uznanie - odpowiedział niski, uśmiechający się człowiek z włosami spadającymi na czoło i charakterystycznym łagodnym tonem głosu.
- Bohater waszego filmu żyje pośród nas - starałem się ciągnąć rozmowę .
- Tak, staraliśmy się aby pokazać go realistycznie - mówił młody pisarz.

Wtedy nie wiedziałem, że człowiek, którego poznaję, zachowa naszą przyjaźń przez lata, na przekór wszelkim przeciwnościom. Nie przypuszczałem, że rozmowa ta rozpocznie naszą znajomość, którą zakończyć może jedynie śmierć jednego z nas.

Wypada mi przyznać się, że od pierwszego pokazu, byłem zagorzałym zwolennikiem tego filmu. Jestem nim zresztą do dzisiaj, mimo że tyle minęło lat i tyle powstało nowych interesujących obrazów. Nie chcę jednak powiedzieć, że wpływ na to miała właśnie znajomość zarówno z Tadziem jak i reżyserem, który zadebiutował właśnie filmem według jego nie wydanej powieści. Tyło w tym coś bardzo pięknego i niekonwencjonalnego. Oto dwaj młodzi twórcy postanowili wspierać się ze wszystkich sił. Obaj byli debiutantami. Reżyser, znany był już z ciekawych filmów telewizyjnych. Pisarz, który złożył książkę w wydawnictwie, gdzie czas wydania powieści odwlekał się o miesiące i lata, miał szansę poprzez film spopularyzować i przyspieszyć wydanie edycji.

Poznałem ich obu. Byłem wtedy dziennikarzem pisującym filmowe felietony. Wiedząc, jakie oboje mieli kłopoty, postanowiłem  wspierać ich na wszelkie możliwe sposoby. Poświęciłem temu kilka sporych esejów, wywiadów, a nawet zorganizowałem ankietę na temat ich filmu i jego odbioru wśród młodych.

Okazało się, że moje oddanie i poparcie zaowocowało wkrótce uroczym spotkaniem w klubie i sowicie zakrapianą dyskusją, zakończoną w prywatnym mieszkaniu.

Jednak wszystko zaczęło się tamtej czerwcowej nocy. Następne dni spędzone do zakończenia festiwalu  scementowały naszą znajomość. Rozmowy prowadzone w różnych sytuacjach pozwoliły nam poznać się lepiej, obiecując naszej przyjaźni długie trwanie.

Tadek przyjeżdżał do mnie w odwiedziny, kiedy tylko znajdował się w pobliżu mojego miasta, Bydgoszczy.

Później stwierdziłem, że dbał o to, abym każdą jego książkę otrzymał z jego dedykacją, pisaną w mojej obecności. Mam je wszystkie i zawsze spoglądam na jego pismo z sentymentem.

Nasza przyjaźń trwała przez lata. Pisaliśmy do siebie listy, w których ja starałem się pisać, o tym co mnie bieżąco zajmuje. Każdy z nas żył jednak swoim życiem. Ja w powiększającej się rodzinie, Tadek w orbicie swoich kłopotów wydawniczych i egzystencjalnych.

Było to w okresie, kiedy organizowałem sporo imprez kulturalnych w moim mieście, które wydawało się nie mieć nigdy za dużo kontaktów z głośnymi artystami. Na jednej z takich imprez, uzyskałem od wybitnego reżysera animacji i plastyka, tudzież filozofa niezbyt dokładny adres Wielkiego Poety, o którym często myślałem. Będąc w odwiedzinach u Tadeusza, zaskoczyłem go, mówiąc w pewnej chwili.

- Mam adres do Mirona. Możemy go odwiedzić, tylko trochę trzeba będzie szukać.
- Wiem, że u Mirona, każdego dnia są drzwi otwarte - powiedział.

Dane otrzymane od filozofa-plastyka nie zawierały, jakichś konkretów. Były to raczej enigmatyczne wskazówki przydatne bardziej tajniakowi, niż ludziom parającym się literaturą.

- Mirek powiedział, że jest to za Świętokrzyską, na jednej z ulic biegnących w stronę Placu Dąbrowskiego - starałem się ukierunkować poszukiwania.
- Tak, ale to stanowczo za mało - powiedział Tadek, ubierając płaszcz i czapkę.    

Stolica była zasypana śniegiem. Autobusem dostaliśmy się w okolice Świętokrzyskiej. Na chodnikach leżały sterty brudnego śniegu.

- No, rozpoczynamy poszukiwania - powiedział z uśmiechem Tadek.

Wędrowaliśmy ulicami zaglądając do klatek schodowych w nadziei ujrzenia nazwiska na spisie lokatorów. Poszukiwania okazywały się bezskuteczne.

- Nie damy rady odszukać Mirona-stwierdził Tadeusz.

I wtedy wpadłem na pomysły żeby zadzwonić do Mirka.

Z najbliższej budki telefonicznej wykręciłem zapisany w kalendarzyku numer.

- To ja - przedstawiłem się jakiejś kobiecie odbierającej telefon. - Chciałbym rozmawiać z Mickiem, jeżeli jest w domu.
- Chwileczkę, proszę poczekać - usłyszałem.
- Tak - powiedział znajomy głos.
- Jestem w stolicy, ale mam trudności ze znalezieniem domu Mirona- wyjaśniłem.

Po kilku minutach rozmowy otrzymałem dodatkowe uściślenia. Podziękowałem i ponownie pośród ulic i hałd brudnego śniegu kontynuowałem poszukiwania.

- Mirek powiedział, że wzdłuż szpaleru domów wyższych, są domy niższe, to musi być tam - tłumaczyłem Tadkowi.
- Tu prawie wszędzie są dwa rzędy domów. Wzdłuż wysokich są domy niższe - mówił zrezygnowany przyjaciel.

Od rozpoczęcia naszych poszukiwań minęły niemal trzy godziny. Sprawdzaliśmy klatkę po klatce w niskich trzypiętrowych budynkach. Na próżno. Nigdzie na spisie nie było tego nazwiska. Nie dawaliśmy wiary przypuszczeniom, że może mieszka pod innym nazwiskiem podanym w spisie. Nadzieja na sukces zaczęła nas powoli opuszczać.

- Jeszcze tylko tu zobaczę - powiedziałem i zniknąłem za kolejnymi drzwiami.

Po chwili na spisie zobaczyłem znajome nazwisko, obok napisano: 11 piętro.

 - Znalazłem! To tutaj! - krzyknąłem z radości.

Tadek uśmiechnął się.

- Tyle szukania i wreszcie go mamy .
Powoli wchodziliśmy po schodach. Nie wiedząc, czy drzwi będą otwarte, zastanawialiśmy się, co będzie gdy nikt nie otworzy. Wtajemniczeni, a wśród nich Tadeusz, wiedzieli, że Wielki Poeta nie czuje się najlepiej. Prawie wcale nie wychodził z mieszkania. Z obawą szliśmy w górę . Stanęliśmy przed drzwiami Mirona.

Tadeusz  już szykował palec, zginając go do pukania w drzwi, kiedy okazało się, że są one uchylone. Pchnęliśmy je lekko.

Po chwili znaleźliśmy się w otoczeniu dwóch starszych kobiet. Zaprowadziły nas do pokoju.

- Ja powieszę płaszcze – zaproponował młody człowiek, który był także w mieszkaniu

Podaliśmy w milczeniu okrycia. Starsze kobiety podeszły z butelką wina.

- Który z panów otworzy butelkę?

Tadek chwycił butelkę i skierował dnem do góry. Uderzył silnie trzy razy. Korek wysunął się z szyjki. Reszty dokonał młody człowiek.

Postawił na stole pięć kieliszków.

W rogu obszernego pokoju leżał na posłaniu Wielki Poeta. U wezgłowia stała niska szafka a na niej adapter z nastawioną płytą. Była to muzyka klasyczna.

Nastrój w mieszkaniu był ciepły i naturalny. Nie było w nim ani krzty sztuczności. Ot, wizyta jakich wiele. Spotkanie sześciu osób, których trajektorie życia zetknęły się właśnie w tym miejscu, w mieszkaniu Mirona, który leżał w łóżku z wysoko postawionymi poduszkami.

- A kto mnie dzisiaj odwiedził? – zapytał.

Postanowiliśmy się wraz z Tadkiem przedstawić się.

Tadek mówił o swojej pierwszej książce, którą wydały "Iskry".

Miron zaciekawił się:

- To Pan też żyje z pisania ,tak jak ja?
- Napisałem niewiele, ale pracuję nad nową powieścią - Tadeusz spokojnie opowiadał o swoich zamiarach.
- Nie czytałem tej powieści – stwierdził Miron.

W mieszkaniu panował półmrok i trudny do opisania nastrój. Dominował spokój i zrozumienie. Cicha muzyka sączyła się ze starego adapteru. Okna były zasłonięte grubymi, aksamitnymi zasłonami. Rozproszone sprzęty, słabo oświetlone lichą żarówką, były jak świadkowie tego spotkania.

Popijaliśmy wino na stojąco, patrząc na leżącego Poetę. Nie wierzyliśmy, że jesteśmy u niego w mieszkaniu, że odnaleźliśmy tak niepełnie określone miejsce zamieszkania.

Staraliśmy się podzielić z pisarzem naszym niepokojem, który towarzyszył nam w poszukiwaniach.

- Skąd panowie wiedzieliście, gdzie mieszkam? - zapytał Miron.

Jedna z kobiet podeszła do adaptera i zmieniła płytę, wyjmując ze schowka nagrania Mozarta.

Atmosfera mieszkania u Mirona była zupełnie zwyczajna, niewyobrażalna w swojej prostocie. Panowała harmonia pogodzenia się z życiem.

Nikt tu się z niczym nie spieszył. Mówiono o rzeczach zwykłych i codziennych.    

Postanowiłem odezwać się z dokładnie przemyślaną informacją.

- W teatrze zielonogórskim wystawili pańskie  „Donosy rzeczywistości" - powiedziałem.
- Tak? Nie wiedziałem, że to nadaje się do teatru - powiedział spokojnie Miron, unosząc się i siadając na posłaniu.
- Jak to ?- zapytałem. -  To nawet nie powiadomili pana o tym, że wystawili pańską sztukę?
 - Jak chcą wystawiać, to ja nie mogę im zabronić - powiedział Miron. - Widocznie taka była potrzeba.

Potem tłumaczył, że ludzie często informują go, że gdzieś w kraju wystawiają jego rzeczy.

- A jak jest z prawem autorskim? - pytałem zaciekawiony.
- Nie staram się o tym myśleć. Chcą, to wystawiają. Nie mogę im tego zabronić. Czasem dostaję jakieś przekazy pieniężne, sam nie wiedząc za co.

Poeta wydawał się być całkowicie obojętny na wszelkie działania mające zabezpieczyć jego  egzystencję. Nie interesowało go to wcale. Wydawał się być głuchy na zdarzenia wokół swojej osoby. Trudno powiedzieć, czy było to jego siłą, czy też zupełnym zobojętnieniem. Był twórcą wolnym, poza wszelkimi koteriami i protektorami. Wydawało się, że zapracował sobie na miano twórcy osobnego.

Obie starsze panie znały jego codzienne sprawy, omawiając je.

Brzmiało to mniej więcej tak:

- Jak tu był, to ja mówię jemu, żeby tak zrobił jak uważa, że powinien, a on na to, że dobrze mówię,  bo on tak samo myśli.

Jednak z tej rozmowy nie można było wywnioskować o czymś szczególnym, ani też kimś konkretnym.

W pewnej chwili powróciło pytanie Poety o to, jak znaleźliśmy drogę do niego.

Wytłumaczyłem, kto nam pomagał tu trafić i jak długo to trwało.

Miron pokiwał głową. Był wyraźnie zadowolony,  że gości u siebie ludzi, którzy stracili wiele czasu, aby z nim porozmawiać. Trudno powiedzieć, by schlebiało mu to, ale wyraźnie był uradowany, że są jeszcze w Polsce ludzie, którym nie jest obojętna jego osoba. Kiedy dowiedział się, że przyjechałem z Bydgoszczy ,starał się wykorzystać ten motyw w pięknej dedykacji, którą wpisał mi w stronie „Donosów rzeczywistości".

Miron  mówił o swoim pobycie w sanatorium w Inowrocławiu i o tym jak bardzo chciał znaleźć się w dzielnicy Kapuściska. Wiedziałem wtedy, że prawdopodobnie miałby tyle samo zainteresowania dla Szwederowa, gdyby ktoś z kuracjuszy opowiedział mu o tej równie interesującej dzielnicy jak Kapuściska.
Postanowiłem uczynić wszystko, żeby kiedyś mógł znaleźć się w Bydgoszczy, zobaczyć Szwederowo i Kapuściska.

Wizyta u Poety uzmysłowiła mi, że nawet sławny człowiek może mieć zwykłe życie, codzienne sprawy, którymi dzieli się z innymi, że prawdziwy twórca dzieli się swoimi spostrzeżeniami i nie chowa wszystkiego dla siebie, mówi innym o sobie bez obawy, że ktoś zechce wcześniej od niego to opisać to wszystko,  i ukraść temat.

A ja jednak coś ukradłem, pisząc tę relację.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież