Janusz Gryz - W tramwaju

Wsiadła na przystanku w Cristalu. Przeszła przez wagon kołysząc się lekko w biodrach, z tym nieświadomym wdziękiem młodości w fazie wczesnego rozkwitu, w stadium powabu bez kokieterii, gracji bez pretensji do podobania się. Cały tramwaj patrzył na nią z ciekawością, z zachwytem. A ona zdawała się tego nie dostrzegać, usiadła na krzesełku i założywszy nogę na nogę, pochyliła głowę nad telefonem. Pisała szybko, zręcznymi palcami zakończonymi perłowymi ładnie zaokrąglonymi paznokciami.

I w całej jej postaci była jakaś nieokreślona łagodność, dobroć, chciało się wierzyć, że to młodziutka mniszka, która z jakiegoś tam powodu, zapewne ważnego, na kilka godzin zdjęła habit i wyruszyła z tajną misją w przewiewnej letniej sukience w duże czerwone kwiaty, tak doskonale dopasowanej do jej smukłej dziewczęcej figury. Ale jednocześnie wyraźnie widziało się, że wszystko tej wierze przeczy. Nie było w niej bowiem tej płochliwej trwożliwości, tej nieśmiałości istoty nie z tego świata, która spogląda na rzeczy wokół siebie z tym niezrozumiałym zaskakującym zdziwieniem kogoś widzącego po raz pierwszy. Nie, wszystko wiązało ją z ziemią, z jej cielesnym, zmysłowym czarem: i to jak uniósłszy nieco skraj sukienki drapała się machinalnie po niezrównanie gładkiej skórze uda, i to jak jednostajnie kołysała się jej wąska stopa w płytkim prunelowym pantoflu ze złotymi sprzączkami, i to jak jej kobieco młode wargi czasem lekko rozchylały się czytając bezwiednie to, co pisała.

Niekiedy podnosiła głowę, w krótkim zamyśleniu patrzyła w okno na przesuwające się fasady piętrowych domów, na rwący strumień samochodów, na przykurzoną zieleń zalanych czerwonym słońcem drzew i wtedy widziało się tę śliczną, delikatnie opaloną twarz, antracytowy aksamit nieco skośnych oczu pod łagodnie, miękko zarysowanymi brwiami, ku którym na skroniach, zwijały się czarne połyskujące kosmyki, błyskawice diamentowych kolczyków, niczym płomyków świec wzdłuż policzków.

Nagle go olśniło, rozpoznał ją. Jakiś miesiąc temu, gdy wysiadł z samochodu na podziemnym parkingu podeszła dziewczyna i oparłszy rękę na drzwiach pochyliła ku niemu rozpinając jednocześnie skórzaną kurtkę ze stojącym kołnierzem. W rozchyleniu ukazały się jej nagie piersi.

- Chcesz mnie? - łagodnie, grzesznie jarzyły się nad nim jej czarne niczym sadza oczy.

Udając obojętność lakonicznie odmówił. I potem chodząc po galerii, w ścisku, w ożywionym, radosnym tłumie – było sobotnie popołudnie, pora handlowego szczytu – miał ciągle przed oczami jej piersi, perły między nimi i wprawione w kołysanie kolczyki, iskrzące się świetliście okruchami brylantów. Słyszał mimo głośnego gwaru, lejącej się zewsząd muzyki, te poufałe, bezwstydne słowa, które wciąż krążyły mu po głowie. Widział ciągle jak odchodzi między samochody, z zatykającym oddech wdziękiem, w sięgającym kolan szaro-popielatych kozakach, w spódniczce w szarej flaneli, w lśniącej, oleiście czarnej, podkreślającej talię skórzanej kurtce.

Wysiadła przy politechnice, której masywną ceglaną fasadę widać było u końca alei. Cały tramwaj parzył z zachwytem jak utrzymując chybotliwą równowagę w zwalniającym wagonie i przytrzymując się ręką poręczy zstępuje na chodnik, z rzadko spotykaną gracją i naturalnością ruchów, idzie do przejścia i tam zatrzymuje się koło grupy ludzi.

A on ze swą chorą z pożądania wyobraźnią, patrząc na nią przez zakurzoną szybę widzi, wyłożone popielato-czerwonym szlaczkiem chodnikiem, kręte sosnowe schody w pensjonacie, gdzie na zakręcie, na niewielkim podeście, przywarłszy grzbietem do kąta stoi na dwóch łapach jakiś zamierzchły, ogromny brunatny niedźwiedź z jantarowymi ślepiami. Widzi ją, która wchodzi po tych schodach tuż przed nim, lekko pochylając się, swobodnie prężąc giętkie ciało. Wyobraża sobie wszystko to, co za chwilę się może wydarzyć się w półmroku różowego pokoju. Zacisnął powieki.

Tramwaj ruszył miękko sprężynującym ruchem, zwalniając i przyspieszając sunął w nieuchwytną niepamięć powszedniego dnia.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież