Irena Batura - Pani Larysa

Perły. W dawnych sennikach oznaczają smutek i żal. Dotyczy to chyba jednak wytworów perłopławów. A jeżeli są to szklane koraliki Jablonexu? Ściskam je w kieszeni kurtki, ogrzewam w dłoni i zastanawiam się, co o nich myśleć. Dostałam ową ozdobę od starej znajomej za różne przysługi. Wyraz „starej” trzeba traktować dosłownie. Owa pani, ofiarowując mi dowód wdzięczności, dzieliła się czymś dla siebie cennym, może podarunkiem od kogoś ważnego, może pamiątką wydarzenia z jej życia? Była samotna, chociaż nie była wolna. Trzymał ją tutaj własny obszerny dom, duży ogród i wiele grobów na cmentarzu, zaczynającym się nieopodal.

Osiągając osiemdziesiąty rok życia była jeszcze sprawna, ale ów wiek mógł być pretekstem do proszenia znajomych o różne usługi i rozważania przy nich sytuacji obecnej i dawnej z różnych punktów widzenia. Pani Larysa nie nadużywała wolontariuszy. Kolega z pracy w liceum i zarazem dawny lokator – Wacław B. – geograf, biolog i krajoznawca - przynosił węgiel do pieców , drugi – Zdzisław P. – polonista - rąbał drewno na opał. Aptekarz Zygmunt S.  dowoził rowerem zakupy. Nadleśniczy Franciszek W. służył samochodem do wypadów za miasto, najczęściej w poszukiwaniu informatorów, a kiedy go nie stało – zastąpił go sąsiad – lekarz Józef W. Wszystkim starała się zrewanżować w miarę możliwości swoich i swojego sadu. Dbała o to, by nie zawracać jej głowy zbyt często i by przypadkiem nie schodzili się goście w jednym terminie. Prawa tego domu pojęłam dość szybko, a moim zadaniem było zaopatrywanie jej w lektury, a obowiązkiem mego męża, szkolnego  wychowanka – prowadzenie konwersacji, do których się specjalnie przygotowywała pod kątem zainteresowań gościa. Dbałam o to, by jak najsolidniej wywiązać się ze swej roli, chociaż było to trudne w małym miasteczku. Nasz całkiem spory domowy księgozbiór został szybko rozpoznany, a niezbyt zasobne biblioteki publiczne były nastawione na mało wymagającego czytelnika. Znajoma, wykształcona przed drugą wojną światową, była znawczynią klasycznej literatury światowej, ze szczególnym uwzględnieniem dzieł nagrodzonych Noblem, np. zajmował ją personalizm chrześcijański. Późniejszą pracą w Liceum Ogólnokształcącym, przez ostatnie lata w bibliotece szkolnej, była zmuszana do stałego uzupełniania wiadomości o treści bieżące. Pasjonowała ją fizyka, a nawet wskutek deficytu wykładowców tego przedmiotu tuż po „wyzwoleniu” przez kilka lat (nie mając uprawnień) uczyła i to z powodzeniem tego przedmiotu, wypełniała też lukę w nauczaniu języka niemieckiego.  Dawni uczniowie wspominali ją jako bardzo dobrą doradczynię przy wyborze lektur, pomimo tego, że nie miała ani pedagogicznego, ani bibliotekarskiego przygotowania zawodowego. Ot, taki talent i obycie w świecie książek z różnych dziedzin.  

Zdarzyło się, że pan (prawie dziewięćdziesięcioletni), odpowiedzialny za zakupy, musiał wyjechać na dłużej. O chorobie pani Larysy dowiedziałam się późno, gdyż – jak zawsze – czekałam na jej wezwanie telefoniczne. Nie miałam odwagi sama zadzwonić. Dostałam instrukcje wypowiedziane płaczliwym głosem w sprawie potrzeb żywnościowych. Wstydziła się swej niemocy przed sobą samą i tym, że zmuszona jest prosić nas o przysługi. Zanieśliśmy z mężem pełne torby produktów dla niej i ogromnego psa, którego kilka lat wcześniej sprowadzili jej lokatorzy i nigdy o niego nie zadbali.  Pani długo nie mogła wydobrzeć. Za kolejnym pobytem zostaliśmy jak zwykle ugoszczeni herbatą, ciastkami, rozmową i … sznurkiem perełek wyjętych z nabożeństwem z szafki. Najwyżej jednak ceniłam snute opowieści z jej życia.

Ostatnią pasją naszej znajomej było prowadzenie wywiadów na tematy wojenne z wieloma osobami. Tworzyła na ich kanwie osobne artykuliki, których wiele udało się jej opublikować w lokalnej prasie, ale jej własne przeżycia nie ujrzały druku.  Wsłuchiwałam się w powody, dla których tego nie zrobiła. Ponoć zraziła się do kilku czasopism, bo pokazywały fotografie, które uznała za pornograficzne, a to znów redakcja za daleko poszła w skrótach i poprawkach…  

Toczy się opowieść przy ciepłym piecu i dopitej już filiżance napoju.

- Wojnę przeżywałam w różnych miejscach. Z Wilna przez Grodno dostałam się do Warszawy, gdzie przeżyłam bombardowania. Do Augustowa przez nowe granice (Generalnego Gubernatorstwa i niedawnej okupacji sowieckiej) przedostałam się nielegalnie za drugim razem, przez Wołkowysk, Grodno i Białystok. Kilkakrotnie mnie i mojej towarzyszce podróży pomogli Niemcy, prości ludzie, jacyś kolejarze, młodzi, wystraszeni chłopcy z patroli. Długo by o tym opowiadać.  W Augustowie zamieszkaliśmy tu gdzie teraz (Ręką zatacza po rozległym ogrodzie za domem, ojcowiźnie). W 1942 roku wyrzucono nas. Zarzecze wydzielono jako dzielnicę nur fűr Deutsche. Przeprowadzaliśmy się siedem dni konnym wozem do drewnianego pożydowskiego domu przy ulicy Hożej. Naszą sadybę zajął dygnitarz hitlerowski z Suwałk von Ammon.

Ze sterty albumów i wycinków wyjmuje fotografię wyniosłego, szczupłego jegomościa i nijako wyglądającej kobiety – jego żony.

- Owa pani była osobą kulturalną i wykształconą, o czym miałam okazję przekonać się wówczas, gdy w pośpiechu opuszczali nasze siedlisko. Von Ammon zdążył dostatnio się urządzić, ale zabrał wszystko z wyjątkiem pięknego ogromnego fortepianu, zajmującego trzecią część dużego pokoju. (Ręka pani Larysy pokazuje  miejsce po instrumencie).

- Kiedy wróciliśmy, prócz niego w dużym domu niczego nie było, a szyby w oknach prawie wszystkie wybite. Sprowadziliśmy się cichcem do piwnic. Groziła nam za to kara śmierci. Byli ze mną moi osiemdziesięcioletni dziadkowie, matka, młoda Rosjanka z dzieckiem, która została od czasu pierwszego Sowieta.  Mąż – oficer – uszedł wraz ze swoim oddziałem przed Niemcami, a ona – będąc w zaawansowanej ciąży, pozostała. Po urodzeniu syna usiłowała się z małżonkiem skontaktować. On był prawdopodobnie w partyzantce niedaleko Augustowa. Przyplątała się jeszcze do nas jakaś stara kobieta.  Przez miasto prawie pół roku przebiegał front a ludność zmuszono do jego opuszczenia. Brudni, obdarci i głodni spędzaliśmy czas w ciemnej piwnicy szopy, położonej od strony cmentarza żydowskiego, zamykanej na dzień od zewnątrz przez mego dziadka (Tu znajoma pokazała miejsce szopy w ogrodzie). Na świeże powietrze wychodziliśmy nocą. Mówiłam do Rosjanki – nu dawaj pajdiom w czużyje sady worowat'…  Wyrywałyśmy spośród chwastów zasadzone wiosną jarzyny i ziemniaki.
- Pewnej jesiennej nocy wypuścił nas dziadek z piwnicy. Przeszłam przez ogród i zauważyłam ze zdumieniem światło w oknie dużego pokoju (znajoma zaczęła rozważania o dziwnej jasności tego światła). Jednocześnie zza drzew dociera do mnie muzyka. Są to pierwsze takty preludium Chopina. Staję znieruchomiała. Od tak dawna nie widziałam blasku świecy, nie mówiąc już o słyszeniu dźwięków muzyki, w dodatku w bardzo dobrym wykonaniu! Zaciekawiona idę w kierunku domu, otwieram jedne, drugie, trzecie drzwi i staję w progu oświetlonego pokoju. Przy fortepianie siedzi żołnierz niemiecki, gra z ogromną wprawą i znawstwem. Po kilku minutach wykonawca czuje się obserwowany, odwraca głowę, dostrzega drobną, zamorzoną, brzydką dziewczyninę. Jest zdumiony. Odzywam się ze strachem w jego języku. Pytam, jakim cudem się tu znalazł i skąd umie tak dobrze grać Chopina. Żołnierz jest młody, przystojny, ma delikatną i myślącą twarz. Ochłonął z zaskoczenia.

– Co pani tu robi?
– To jest mój dom, przed przyjściem frontu nie zdążyłam uciec.

Tłumaczę z rezerwą.  Rozmówca wraca do klawiatury. Spod jego palców sypie się sznur perełek zamieniających się w tony koncertu. Do pokoju – jak ćmy do światła – ściągają pozostali nielegalni mieszkańcy. Gdy żołnierz po raz drugi odwraca głowę ma przed sobą  podobnych do mnie słuchaczy. Cała moja rodzina znała języki – rosyjski i niemiecki. Zaczynamy rozmowę. Pod wpływem muzyki strach i obawa opadły. Nawet fakt, że okna nie są zaciemnione, nie wzbudza paniki. Żołnierz przedstawia się:

 – Nazywam się Hans Woltaire. Jestem muzykiem zawodowym. Grałem w stołecznym radio. Mieszkamy z żoną i matką pod Berlinem. Żona była nauczycielką wychowania fizycznego w szkole średniej. Pewnego razu wytrącona z równowagi wypowiedziała się przeciwko „dobrej” decyzji władz oświatowych. Wyrzucono ją z pracy, a mnie jako partnera życiowego zdegradowano  vom Oberleutnant zum einfachen Soldat i wysłano nach Ostfront. Wracam spod Moskwy…  Jak udało mi się przeżyć? – Do tej pory nie pojmuję.

Rozglądamy się po oświetlonym pomieszczeniu z wybitymi szybami w oknach i też dziwimy się, jak udało się przeżyć człowiekowi, który chyba nie posiada instynktu samozachowawczego.

Przez kilka następnych nocy odbywały się w naszym domu koncerty. Muzyk już niewiele mówił o sobie. Dziwił się mojej dobrej znajomości języka i orientacji w filozofii niemieckiej. Byłam po czwartym roku prawa na Uniwersytecie Wileńskim, a języków uczono w naszej rodzinie od kolebki. W ciągu tych kilku posiedzeń przyzwyczailiśmy się do obecności "wroga" w naszych pustych i samotnych nocach. Po kilku tygodniach od pierwszego spotkania przyszedł on głęboko zadumany i już nie usiadł do fortepianu, tylko poprosił moją matkę i mnie na bok. Z kieszeni wyjął kartkę, chemiczny ołówek i zaczął pisać. Podał notatkę mojej matce.

- Mam prośbę, by na ten adres napisać, że w tych dniach byłem w Augustowie i że stąd wyrusza mój oddział na zachód w kierunku Wybrzeża. Wiem, że zginę i swojego domu nie zobaczę nigdy. Ja to czuję i nawet nie buntuję się przeciwko wyrokom Opatrzności.

Żołnierz odwrócił się tak szybko, że powzięłam podejrzenie, że nie chciał, by w jego oczach dojrzano łzy. Wyszedł. Wzięłam kartkę z ręki matki. Zapisana była pięknym gotyckim pismem, którego nawet nie próbowałam odczytać. Matka włożyła ją do książeczki do nabożeństwa.

- W ostatnich dniach października gospodarzyły już wojska radzieckie. Wyszliśmy na powierzchnię upiorni, obdarci i zmarznięci. Kazano wynosić się do Lipska. Zjawiliśmy się na miejscu dopiero po ofensywie styczniowej. Przysłoniliśmy powybijane szyby, czym się dało. Napaliliśmy w piecach drewnem z lasu, rozciągającego się za płotem. Po kilku miesiącach życia w brudzie, ciemności i niepewności rozsiadłam się w pustym pokoju, rozłożyłam książeczkę do nabożeństwa i tu... przykra niespodzianka: pod wpływem wilgoci w piwnicy ołówek chemiczny rozmazał się. Znałam dobrze pismo gotyckie, ale drukowane, z odręcznym miałam pierwszy raz do czynienia. Po kilku dniach ślęczenia przepisałam domniemany adres antykwą. Matka napisała list do innej matki: „Był żywy i zdrowy, pięknie grał, bardzo tęsknił i odszedł…” Po kilku miesiącach jeszcze ja napisałam list o podobnej treści. Nie było odpowiedzi...

Stara kobieta zadumała się. Patrzyłam na jej twarz. Właściwie nie wyglądała staro, a nawet gdy przez jej usta przemknął uśmiech, a siłą wyobraźni jej szyję ozdobiłam sznurkiem pereł z Jablonexu, to zobaczyłam przez chwilę, że czas się cofnął prawie o pięćdziesiąt lat. Jej oczy jeszcze mocniej błyszczały niż zwykle, nawet bardziej niż wtedy, kiedy obmyślała intrygi, z których w miasteczku słynęła. Spojrzałam szybko w kąt pokoju, gdzie stał wtedy fortepian. Teraz tam było pianino a za oszklonymi oknami jaśniało słońce…

Gdy przyszliśmy z mężem następnym razem, pani Larysa trzymała jakiś świstek w palcach jak relikwię. Nie pozwoliła mi wziąć go do ręki. Zauważyłam tylko, że był zamazany na fioletowo.

Augustów, 1994 r.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora