Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA. Mankamenty antologii

Antologii jest tak wiele, że sporo z nich można otrzymać za darmo. Podaż od lat przewyższa popyt. Cóż jednak z tego, że otrzyma się za darmo, skoro wypadałoby im poświęcić czas, a przecież czas to pieniądz. Zawsze szukałam KRYTERIÓW, według których można by te antologie podzielić na warte poświęcenia mojego czasu i na niegodne tej łaski.

Zauważyłam, że w selekcji poetyckich antologii odbiorcy kierują się (oczywiście poza Własnym uczestnictwem!) głównie trzema kryteriami. 1) Jeśli są w nich znane nazwiska, to czytać warto. Niby racja, ale mnie akurat interesują utalentowani nieznani (lub mało znani). 2) Jeśli są tam nasi koledzy i znajomi, to sobie poczytamy. Za komuny faktycznie tak postępowałam, bo wtedy nad książką pracowali kompetentni krytycy, redaktorzy i recenzenci, a nie każdy, komu do łba strzeli! Owszem, etatowcy ci mogli czasem najoryginalniejszych dzieł nie pojąć, najważniejsze jednak, że nie schodzili poniżej pewnego poziomu i wiadomo było z góry, że jeśli znajomek w ferworze twórczym mimo pokaźnej ilości nie sprostał elementarnym wymogom jakości – to usłyszał popularną formułę: Na druk jeszcze za wcześnie. Obecnie na druk za wcześnie nie jest nigdy, za to na naukę dla masowo wydających, oceniających i kwalifikujących do druku zdecydowanie już za późno (bo wydane buble są faktem).

Teraz najważniejszym kryterium selekcji pozostaje 3) sprawdzenie, KTO konkretnie podjął inicjatywę wydania antologii i Z JAKICH MOTYWACJI. Jeśli dla osobistego zysku, to po dzieło nie ma co sięgać, bo wydawcy zarobić mogą tylko na grafomanach! Im więcej autorów, tym zarobek lepszy, ale jakość gorsza. Często też trafia się maniak-aktywista (piszący!), który ma ambicje uchodzić za mecenasa tzw. kultury z najwyższej półki. Taki potrafi całe dnie biegać za sponsorami, podlizywać się władzom, pielęgnować znajomości i natrętnie promować swe inicjatywy, tyle że przy tego rodzaju „walorach” nie ma czasu na ŻADNE czytelnictwo, nie mówiąc już o  wymagającym umysłowego wysiłku. Ktoś taki jednak zawsze ma ambicje do „swej” antologii utwory wybierać. Rangę własnej inicjatywy znów widzi w wielkiej liczbie uwzględnionych „artystów”. Trudno przy tym wymagać, by prezentował takich, z których twórczości NIC A NIC nie może zrozumieć. Jeśli akurat nie jest oszustem i zgodnie z prawdą mówi, że nic na tym nie zarabia, to nagrodą są dla niego kadzenia i hołdy demokratycznie opublikowanych.

Czasem się zdarza, że na pytanie, KTO antologię wydał, odpowiedzieć nie możemy, bo osoby nie znamy. Nie jest to jednak sytuacja częsta, bo cechą tych osób jest właśnie dzika chęć zaistnienia poprzez zarządzanie KOLEKTYWEM („artystycznym”), pchanie się wszędzie i gadanie o tym, co zdziałali. Jeśli więc wiemy, kto wydał i dlaczego (motywacja), należy jak zgniłe jajo omijać antologie, do których teksty wybierały osoby o widocznej choćby jednej z następujących cech: skrajni i nieprzejednani prawicowcy bądź lewicowcy, fanatycy religijni, wojujący ateiści, pochlebcy, kłamcy, oszuści, oportuniści, bufony, chciwusy, zawistnicy. Tacy indywidualistów (czyli prawdziwych artystów) nie znoszą i też nie promują!

Na koniec dodam dawne, śmieszne zdarzenie, na którego przykładzie pewien dowcipny krytyk nauczył mnie brać pod uwagę mankamenty osobowościowe (jak też biologiczne) antologisty przy ocenie opracowanej przez niego antologii. Przed laty, ale już na fali wydawniczej „odnowy”, wieloletni redaktor i rzeczywisty znawca literatury wydał trzytomową antologię od Kochanowskiego aż do najmłodszych współczesnych mu poetów. Z uznaniem przyjąwszy informację o tak obszernym wyborze klasyków, wyraziłam typowe dla siebie zainteresowanie, jakich to najmłodszych z ogromnej rzeszy piszących wyodrębnił ten ekspert? Na to mój znajomy krytyk roześmiał się i powiedział: – Z wyborem klasyków ten ekspert problemów nie miał, jednak przy „badaniu” najmłodszych rozłożył go ciężki kryzys wieku średniego. Zajrzyj na końcowe strony ostatniego tomu, a zobaczysz, jak to działa. Pierwszym, co od razu rzuciło mi się w oczy, był brak przedstawicieli płci męskiej wśród przedstawionych najmłodszych. Grupę tę reprezentowały cztery dwudziestoletnie grafomanki, ledwie coś tam w języku polskim słodko dukające. Poza tą antologią nazwiska te nie pojawiły się nigdy i nigdzie, z czego wnioskuję, że panienki od razu miały inne priorytety życiowe niż działalność poetycka. Jednak pan redaktor w kryzysie wieku średniego głównie druk wśród klasyków mógł im zaoferować, przy czym historia literatury milczy co do jego wynagrodzenia w naturze. Choć wydał kilkaset stron antologii całkiem niezłej, i tak z tej publikacji pamięta się głównie ośmieszający koniec, pamiątkę ewidentnej pomroczności jasnej.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora