Ileż to razy my, poeci, pisaliśmy o nadmiarze słów w poezji? Ileż razy my pisarze narzekaliśmy na nadmiar literatury, której nikt nie czyta, albo którą choćby nie wiem jak się starać, trudno sobie przyswoić, bo przerasta możliwości czytelnicze. Ile też razy napominałem młodych uczniaków sztuki pisarskiej, że nie należy liczyć dzisiaj na to, że jeśli cię nie docenią za życia, to na pewno, nie łudź się, po śmierci tym bardziej ci to nie grozi. Nie te to już czasy, literatura nie jest rarytasem,jest raczej chlebem na tyle powszednim, że jak czerstwe pieczywo może posłużyć jedynie jako surowiec wtórny.

Bardzo ostrożnie podchodzę do jednoznacznych określeń. Tym bardziej jeśli chodzi o o tak kluczowe zagadnie. Wspomniałem w eseju Wokół wiary że, cytuję: „(...) będąc swego czasu zakochanym w Bogu mogłem tyle o tych sprawach napisać (…).” Nie byłoby to możliwe, gdyby relacje były inne. I czy teraz są inne? Nie sądzę, tym niemniej warto o tym wspomnieć. To podejście uzmysłowiły mi Dzienniki Witolda Gombrowicza, a konkretnie tam, gdzie pisze on o rodzaju relacji pomiędzy Georg Sand a Bogiem, gdy ten, bywa często że wnikliwy analityk ludzkich dusz, chociaż czasem groteskowy, zauważa tam właśnie taki rodzaj asocjacji. To rozróżnienie: na – zakochanie i – wiarę przypadło mi do gustu. Czy ja czasem po prostu nie uległem stanowi „zakochania”? Stanowi jak najbardziej chwalebnemu. Coś w tym z pewnością jest.

W ośrodku opiekuńczym dla przewlekle chorych plątanina obłożonych brudnobrunatną boazerią, zalanych mętnym światłem korytarzy.

Na ścianach przypadkowe krzywo wiszące obrazki: surowe zimowe pole, ogołocona jesienna aleja, Oksywie – port…

Pachnie tu starczym oddechem, zimnymi wyziewami jedzenia, lizolem. Demencja w spranych szlafrokach poskrzypuje balkonikiem, postukuje laską, uśmiecha się nieśmiało, bezradnie potrząsa siwą głową.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org