Archiwum

Stefan Pastuszewski - Rewolucja postsolidarnościowa czyli populistyczna – etap pierwszy

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

W 297 numerze z 2017 roku „Gazety Wyborczej” (s. 4) Marcin Król zamieścił rozmyślanie-pytanie pt. „Po co to wszystko?”

Aby wprowadzić w temat przytoczę kilka istotnych fragmentów przywołanego tekstu. Nie będę ich omawiać, aby nie zniekształcić myśli autora.

Pesymizm mój sięgnął dna. Tyrania większości będzie – czas jakiś – jedynie się pogłębiła. Tylko jedna kwestia budzi moje zastanowienie. Po co? (…) Na wszystkich poziomach życia publicznego wprowadza liczne zmiany, które na razie, poza 500+, powodują straszny bałagan. Oczywiście, wszystkie te zmiany mają zapewnić większe poczucie bezpieczeństwa, ale tak nie jest. (…) Ludziom zaś myli się wszystko – uchodźcy z obcymi, nocne ceny energii elektrycznej z dziennymi, prokuratura z policją. (…) Słowem: zamiast bezpieczeństwa jest totalny bałagan. Może to jest jakiś tajny pomysł. Im więcej bałaganu, tym więcej ludzie zgłupieją i w ogóle przestaną protestować. Pomysł z późnego imperium otomańskiego. (…) Suweren rządzi krajem. A kto tego suwerena widział? (…) Bałagan jest pogłębiony przez nieustające kłamstwa. To jest chorobliwe, Każdy z nas czasem skłamie, ale żeby tak bez przerwy i bez ładu i składu? (…) Bezmyślność jest zaś ogromnie przydatną cechą, bo pozwala mówić sprzeczności bez śladu wewnętrznego niepokoju.(…) Bo przecież z wyjątkiem nielicznej grupy krewnych i znajomych, nikt na tym finansowo nie korzysta. Nie są realizowane też jakieś dalekosiężne ideowe cele, bo o nich nie słyszeliśmy. Władza nie ma żadnej ideologii

Diagnoza Marcina Króla jest w znacznym stopniu celna, ale tylko na poziomie świadomości i to świadomości klerków, do których M. Król od dziesiątków lat należy (filozof i historyk idei). Rzeczywiście, z punktu widzenia myśliciela, który zawsze musi wszystko w myślach poukładać, po co to wszystko?

Kiedy jednak zbada się rzeczywistość (real), która nas otacza, czyli kursującą według rozkładów komunikację miejską, dobrze zaopatrzone i mające klientów sklepy, szkoły starające się uczyć mądrych i wychować dobrych, przyzwoitych ludzi, to widać, że  rzeczywistość się jednak nie rozprzęgła. Działa jak zawsze, to znaczy z problemami i oporami, ale działa. Nie tylko 500+ i system wsparcia osób starszych działają. Bałagan natomiast jest taki jak zawsze w środkowo-europejskim słowiańskim kraju, dotkniętym w swych dziejach prawie 200-letnią niewolą… Chyba jednak nie, bo trochę już mniejszy, gdyż po 1989 roku czegoś nauczyliśmy się – czy to sami przez się, czy ktoś nas (Unia Europejska, zachodni inwestorzy) nauczył. My może efektów tej nauki nie widzimy, ale widzą je robotnicy przyjeżdżający do Polski z Ukrainy i Mołdawii (po upadku komunizmu na Białorusi bałaganu z racji przyjęcia quasi-napoleońskiego autorytaryzmu w zasadzie nie było).
Ja też od pewnego czasu stawiałem pytanie: Po co to wszystko?

I po pewnym, dość długim namyśle, ale w odróżnieniu od M. Króla, połączonym z obserwacją realu, doszedłem do wniosku, że pytanie o sens zachodzących zmian powinno brzmieć: Dlaczego tak się dzieje? Bo procesy, którym podlegamy, w znacznym stopniu nie zależą bezpośrednio od woli rządzących, ani od tzw. suwerena. Są to procesy obiektywnych przemian, wynikłe z takich a nie innych warunków wyjściowych i takich, a nie innych procesów je poprzedzających. Warunki wyjściowe już określiłem: słowiański (silnie emocjonalny) kraj środkowo-europejski po 200-letniej niewoli. Kraj na dorobku. Kraj, który przeszedł z systemu socjalistycznego do kapitalistycznego bez żadnego przygotowania i okresu przejściowego, bo rozkradanie majątku narodowego przez PZPR-owskich cwaniaków w latach osiemdziesiątych XX wieku nie było żadnym okresem buforowym.

Proces poprzedzający obecne procesy, to rewolucja antykomunistyczna lat 1980-1981, zwana u nas solidarnościową, która objęła, choć w różnym stopniu, całą sferę postradziecką. Na rewolucję tę nałożył się jednak po kilku latach gorset neoliberalny, spreparowany głównie w interesie obcego kapitału, który potraktował wyzwolone z komunizmu kraje jako swój łup. To on spowodował światowy kryzys gospodarczy lat 2007-2009, którego główną przyczyną była niepohamowana żądza zysku. Gorset ten został utkany z perfidnego prawa, modelu życia bezmyślnego acz wygodnego, pokus konsumpcyjnych związanych z niepohamowaną inwazją przeróżnych towarów i usług. Tak więc rewolucja ku wolności i pomyślności każdego człowieka z lat osiemdziesiątych XX wieku nie została dokończona i obecnie mamy do czynienia z jej kolejną, przynajmniej na tym etapie dziejowym, fazą. Być może będzie to nawet (w tym zakresie) faza końcowa, o ile po dokonanych zmianach zanikną podstawowe przyczyny rewolucji solidarnościowej i odsunięte dotąd na margines warstwy społeczne zostaną włączone w główny obieg.

Rewolucja postsolidarnościowa zrodziła się w kręgach zmarginalizowanych osób mających poczucie krzywdy i nie widzących przed sobą perspektyw. To oni, bardzo konsekwentnie skupiając wokół siebie kolejne pokolenia bez szans, bo szanse te odebrało im także zakonserwowane na najważniejszych pozycjach pokolenie „trzymających władzę i pieniądze”, a także transformacja ekonomiczno-polityczna spychająca Polskę w sferę neo-kolonialną, demokratycznie w 2015 roku doszli do głosu. I to nie tylko wyborczego. Słusznie twierdzi Henryk Samsonowicz, że „geneza tego typu ruchów jest taka, że są ludzie, którzy uważają się za skrzywdzonych (…), chcą rekompensaty. Tak było w dziejach zawsze. Światem kieruje poczucie krzywdy”.    

Zmiana… Dobra czy nie dobra, ale zmiana. Zmiana, czyli w istocie moderowana przez wykonawców rewolucyjnego dzieła przemiana. Innymi słowy proces obiektywny, uchwycony w pewne ramy, w tym reguł (jednak) systemu demokratycznego. Bo w XXI wieku człowiek nie tylko ujarzmia przyrodę, ale też moderuje obiektywne procesy społeczne, głównie za sprawą rozbudowanych systemów społeczno-politycznych. Mamy więc do czynienia nie z bezpośrednim rewolucyjnym ruchem niezadowolonych mas, ale z wykonawstwem pośrednim. Wykonawstwo takie nazywa się niezbyt precyzyjnie, a od pewnego czasu nawet pejoratywnie, populizmem.

Lud za sprawą populistycznych mechanizmów wynajął pośredników rewolucyjnych do załatwiania swoich spraw. Po prostu uzależnił ich od siebie drogą kartki wyborczej, która na dodatek nie jest rzucona raz na zawsze. Dotąd też padała kartka wyborcza, ale po wyborach głos tych, którzy tą kartkę rzucili, zazwyczaj nie był słyszany. Władza liberalno-demokratyczna wyalienowała się ze społeczeństwa (narodu), podobnie zresztą jak władza komunistyczna w końcowym stadium Polski Ludowej. Po prostu wiedziała lepiej i miała ślepe zaufanie do „doskonałych” mechanizmów wolnorynkowych. „Głupiemu ludowi” na każdym kroku dowodziła jego głupoty.

Obecne masy partycypują w obecnej rewolucji bez większego wysiłku, bowiem pośrednicy rewolucyjni „spijają z ich ust” ich oczekiwania, a nawet marzenia. Dotyczy to zarówno sfery materialnej jak i niematerialnej. Ta druga też jest ważna, co wykazały badania socjologiczne w legendarnym już Miastku.

Większość wyborców z 2015 roku zintegrowała się nie wokół ewidentnego rozwoju gospodarczego i wzrostu PKB, tylko wokół wartości i idei zaproponowanych przez PiS. Taka jest bowiem prawidłowość społeczna, że ludzi łączy sfera symboliczna, podczas gdy sfera materialna dzieli. Wyznawane przez pośredników rewolucyjnych wartości i idee, utworzyły w miarę spójny system, którego bazą jest społeczne nauczanie Kościoła rzymskokatolickiego, będącego przecież – niezależnie od stosunku do wiary – istotnym elementem polskiej tożsamości. Tożsamość tę wzmacniają hasła narodowe, w formie nacjonalizmu zachowawczego (sprzeciw wobec globalizacji), a nie agresywnego (dominacja nad innymi narodami).

Przegrani liberalni demokraci też dysponowali katalogiem wartości i idei, ale już mniej konkretnymi, na niższym poziomie abstrakcji, pozostającymi często w sprzeczności. To: „wolność, sprawiedliwość, przyzwoitość, jawność, patriotyzm oparty na otwartości i dbaniu o swoje otoczenie, postępowa polityka społeczna, powszechny sprawny system opieki zdrowotnej, edukacja równych szans i możliwości, zrównoważony rozwój gospodarczy, wzmacnianie ochrony przyrody i praw zwierząt, jak najszersza partycypacja obywatelek i obywateli”. Część tych wartości i idei brzmiała utopijnie. Odległa była od codziennych doświadczeń przeciętnego człowieka, ale przede wszystkim – podobnie jak w przypadku państwa socjalistycznego – nie były one realizowane. Społeczeństwo rozwarstwiało się, rosła sfera ubóstwa i wykluczenia, władza cechowała się pychą i arogancją, przekazy medialne pełne były fałszu i niedomówień. Tym, którzy nie rozumieli, tego co się dzieje wmawiano, że są głupi. Władza, klerkowie, większość mediów wyalienowała się, tak jak w latach siedemdziesiątych XX wieku liderzy i beneficjenci realnego socjalizmu.    

W tym momencie jawi się pytanie, czy pośrednicy rewolucyjni właściwie odczytują oddolne oczekiwania i czy udaje im się realizować zamierzenia wynikłe z tych oczekiwań? A skoro są pośrednikami i mają w ręku środki społecznego oddziaływania, to czy przypadkiem nie wykorzystają tych środków do manipulowania masami? Obserwując tę rewolucję, ale mając też na nią wpływ, choćby poprzez media, trzeba wciąż na te pytania odpowiadać. Bo to rewolucja nie jest niekontrolowaną rewoltą.

Skoro rewolucja, to bałagan. To kwestionowanie, zasadne czy nie zasadne, tego co jest. To piętnowanie pasożytniczych, w tym obcego pochodzenia, struktur i osób. To w efekcie znów jedni przeciw drugim. To dramatyczne próby reformy aparatu sprawiedliwości, którego według mnie, bez przeobrażeń umysłów i dusz funkcjonariuszy tego aparatu, raczej na tym etapie przemian nie da się jeszcze zreformować.
„Kosmos liberalnego porządku powoli zmienia się w chaos, podając w wątpliwości największe osiągniecie polityczne ery nowoczesnej – syntezę społeczeństwa obywatelskiego” – celnie opisuje obecne procesy rewolucyjne w Polsce Agata Brelik-Robson, lecz wyciąga z tej diagnozy błędny, ba, nawet histeryczny wniosek, że cofa to nas do epoki przednowoczesnej. Błąd w analizie, bowiem w procesach społecznych, czy społeczno-politycznych nigdy nie ma cofania się, choć pozornie wydaje się, że mamy powtórkę z rozrywki. Historia nie powtarza się wbrew popularnemu sloganowi.

Ewa Siedlecka to przekształcanie liberalnego porządku nazywa metaforycznie i też histerycznie „wysadzeniem państwa prawa dynamitem”. Nie dość, że prowincjonalizuje ten znacznie szerszy, ponadnarodowy ruch, choćby tylko częściowego demontażu liberalizmu w całej Europie, ale błędnie go diagnozuje. Państwo prawa wcale nie jest niszczone, gdyż dotychczasowe przepisy prawa są rygorystycznie, szczególnie na niższych szczeblach przestrzegane. Jedynie prawo jest przebudowywane oraz modernizowane są mechanizmy stosowania tego prawa. Na bardziej sprawiedliwe, ale też neutralne zarazem, niezależne od pozycji obywateli, co wykazała, skądinąd źle rozegrana sprawa Władysława Frasyniuka (14 lutego 2018 roku).  

W czasie rewolucji nowe zderza się ze starym i nie zawsze nowe zwycięża, ale zawsze powstaje nowa jakość. Całe szczęście, że rewolucji solidarnościowej ciąg dalszy jest bezkrwawy, choć są ofiary, czy to odsunięte od władzy, czy pozbawione czci, czy wreszcie „odcięte od koryta”, lecz przy tym nie pozbawione jednak środków dalszej egzystencji, choćby tylko skromnej. Z subiektywnej perspektywy ofiary te cierpią, ale z punktu wiedzenia obiektywnego są one koniecznością. Nie, nie wcale wyższą koniecznością (pojęcie skompromitowane w stanie wojennym lat 1981-1983), tylko wynikają z prób przeobrażenia struktur, w których owe osoby-ofiary odgrywały dotąd wiodące role. Bo struktury społeczne to przecież osoby. Ktoś, kto je wymyślił i ktoś, kto je realizował. Większość z nich traktowała władzę nie jako służbę, ale jako prywatny łup. Ta mentalność przeniosła się na tzw. liberałów i ich dokańczająca się rewolucja też usiłuje okiełznać.

Nie wiem, czym ów ciąg dalszy rewolucji się zakończy, bo przecież trudno wróżyć z chaosu i bałaganu, ale póki co real, czyli nasza codzienność pokazuje, że zagrożeń dla ludzkiej egzystencji nie ma, a wiele jej pierwszych owoców jest raczej pozytywnych, choćby wskazać na 500+, konkretną pomoc osobom starszym i uszczelnienie systemów podatkowych. „Duża część społeczeństwa, która była marginalizowana, zyskała nie tylko poprawę bytu, ale też poczucie godności i podmiotowości”. Nie interesuje się ona jednak zbytnio dokonującymi się procesami, a także ich nie rozumie. Chce, aby jej nie było gorzej niż dotąd i aby nie żyła pod zagrożeniem, utraty środków do życia, a takie przecież stwarza kapitalizm korporacyjny.

Chaos, na który utyskuje M. Król zdaje się być nieodłącznym elementem owej rewolucji postsolidarnościowej, która zamiast terrorem wynikłym z wyznawania takiej czy innej ideologii, posługuje się metodą prób i błędów, próbując – czasem po omacku – to, co jest poprawić. Według oddolnych („populistycznych”) oczekiwań, ale też według ogólne przyjętych reguł moralności, w przypadku Europy przecież opartych na wartościach chrześcijańskich. Obserwuję bezpośrednich i to z różnych szczebli, wykonawców dokańczającej się rewolucji i choć widzę pewne niewłaściwości, czy niezgrabności w ich postępowaniu, to jednak zazwyczaj nie przekraczają oni granic moralnych. W przeważającej większości przypadków są wierni ideom i wartościom, najogólniej ujmując etosu praktycznego chrześcijaństwa. Choć działania ich nie zawsze są zbyt słodkie, to jednak wydaje się, że są lepsze niż brutalne, a często też krwawe wdrażanie zasad konkretnej ideologii, którą mimowolnie chce wywołać dla klerkowskiego porządku umysłowego M. Król. Takiej ideologii w tej rewolucji nie ma. Rozeznanie to zresztą w wywiadzie z Justyną Pochanke objawił sam M. Król: „PiS nie ma żadnej ideologii”.

Dla owego historyka idei jest to zarzut, ale dla mnie jest to zjawisko pozytywne. W dokańczającej się na naszych oczach rewolucji są idee i wartości zespolone delikatną siecią praktycznego dwudziestopierwszowiecznego chrześcijaństwa, a nie ma spójnej wizji idealnego stanu, która to wizja zazwyczaj prowokuje do siłowych prób jej realizowania, co wykazały różne XX-wieczne totalitaryzmy. Jest metoda prób i błędów; coś się uda, coś się nie uda, ale zawsze pozostaje ów nadrzędny drogowskaz idei i wartości. Poza tym w obecnym czasie przy wysokiej dynamice procesów jakakolwiek ideologia bardzo szybko okazałaby się kagańcem dla tych, naturalnych, w znacznym stopniu, spontanicznych przecież procesów. Doświadczenia historyczne wykazały, że ideologia rewolucyjna prowadzi zazwyczaj do tyranii.

Zresztą M. Król tego pojęcia używa, lecz nie jako tyranii jednostki czy grupy (oligarchii), jak to było w monarchiach i w państwach totalitarnych, tylko jako tyranii większości. Ma rację Ewa Siedlecka pisząc, że o ile konstytucja z 1997 roku opierała się „na jednostkowych prawach i wolnościach, o tyle Polska PiS odwołuje się do zbiorowości”, zwanej hasłowo i publicystycznie suwerenem.

9 stycznia 2018 roku podczas uroczystości wręczenia nowym ministrom nominacji w Pałacu Prezydenckim premier M. Morawiecki odciął się od ideologii. Zapewnił, że jego rząd „nie jest rządem dogmatycznym, doktrynalnym ani rządem jednych skrajności – socjalizmów – ani drugich – neoliberalizmów”.   

No cóż, rewolucja ma to do siebie, że masy, a więc większość dyktują swoje oczekiwania. Tak, oczekiwania, ale nie prawa, bo te w omawianym przypadku wykuwają pośrednicy rewolucyjni, miejmy nadzieję, że rozsądni. I że nie wprowadzą „rządów miękkiego autorytaryzmu”, którymi straszą socjalliberalni publicyści.

Takie pośrednictwo w rewolucji wynika z niezaprzeczalnego faktu, ze po 2015 roku nie zdemontowano formalnych instytucji demokratycznych, zachowując cały system przedstawicielski, jednak w praktyce zrezygnowano z instytucji debaty publicznej, stosując w mechanizmach demokracji przedstawicielskiej metodę dyktatu większości.  A to już jest typowe rozwiązanie rewolucyjne.

O tym, że procesy, które mają miejsce w Polsce od 2015 roku można nazwać rewolucją przekonany jest nawet publicysta „Polityki” Jacek Żakowski, pisząc o „brnięciu w PiS-owską rewolucję”. Stanisław Skarżyński używa z kolei pojęcia „nacjonalistycznej kontrrewolucji”. Kontrrewolucja też jest rewolucją, tylko ma inny zwrot, zależny oczywiście od poglądów i wizji oczekującego. Rewolucja to po prostu gwałtowne i gruntowne przemiany mające szerokie poparcie mas.

Zresztą PiS ma świadomość, że przemiany w Polsce od 2015 roku to „solidarnościowa rewolucja przywracająca milionom Polaków (…) godne życie na co dzień”. I jakby zakreślał ramy pierwszej fazy tej rewolucji: do wyboru Mateusza Morawickiego na premiera RP 11 grudnia 2017 roku. Napór i chaos rewolucyjny nie może bowiem trwać wiecznie, bo może doprowadzić do rozprzęgnięcia się państwa, a nawet do anarchii. Główny sprawca rewolucji lud, będzie wobec tych zjawisk bezradny, bo lud potrzebuje przecież władzy, prawa i państwa.

Zadaniem nowego premiera jest usunięcie chaosu i bałaganu pierwszej fazy. Póki co czyni on to werbalnie. „Podczas inauguracyjnego posiedzenia Komitetu Społecznego Rady Ministrów stwierdził, że jego gabinet buduje państwo 4 „S”: silne, spójne, społeczne, sprawiedliwe i solidarne (…) Powołują się na art. 20 Konstytucji, podkreślił, że Polska musi być krajem solidarnym, ale także ze społeczną gospodarką rynkową. - Taką gospodarkę budujemy. Takiej gospodarki brakowało (…) przez 25 lat, pierwszych po transformacji – dodał”. Interesujące to, ale w przypadku M. Morawieckiego tracące neoliberalizm.

S. Skarżyński precyzyjniej w odróżnieniu od J. Żakowskiego lokuje dzisiejszą rewolucję na osi historycznych  przemian, choć niepotrzebnie, ideologicznie wręcz nazywa ją „epilogiem historii” i przypisuje jej nacjonalistyczne cechy. Publicysta ten za sprawców ma „postsolidarnościowe elity”. W istocie owe „postsolidarnościowe elity” artykułują jedynie idee i wartości, które wykluły się w latach 1980-1981, a stłamszone przez liberalny kapitalizm i powszechny ruch dorobkiewiczowski, biednego i zniewolonego dotąd narodu, tliły się gdzieś w zakamarkach umysłów, podsycane przez trzeźwy ogląd rzeczywistości inspirowany „praktycznym chrześcijaństwem”. Opisany przez Pawła Sztompkę etos solidarności jest bowiem w znacznym stopniu zjawiskiem obiektywnym, coś jak prawo moralne we mnie Immanuela Kanta. „Siłą sprawczą ruchu „Solidarności” było jego etyczne nacechowanie. Ruch upominał się bowiem o takie wartości jak wolność, równość, prawa człowieka, sprawiedliwość, wspólnota. Demokracja stała się jakby polityczną wypadkową tych wartości, a zarazem instrumentem ich realizacji i kultywowania”. Objawiło się też typowo już polskie przywiązanie do chrześcijaństwa, głównie jego formuły rodzinno-wspólnotowej.

Kategoria pisowskiej rewolucji, choć lokująca to wydarzenie w chronologii historycznej, nie jest jednak precyzyjna. Wprawdzie PiS artykułuje rewolucyjne dezyderaty, to jednak w większości powstają one oddolnie, będąc często niezbyt wyraźnie określone. Są bowiem przede wszystkim oczekiwaniami i pragnieniami. O tym, że tak jest świadczy chociażby wysoki wskaźnik  poparcia dla PiS w sondażach opinii. W 1980 roku większość Polaków, podobnie jak obecnie, nie interesowała się polityką, ale intuicyjnie stwierdziła, że rewolucja solidarnościowa jest czymś potrzebnym dla ich i kraju przyszłości. Skali poparcia wówczas nie zmierzono, ale wydarzenia późniejsze wykazały, że było ono bardzo wysokie. Obecnie tę skalę mierzy się dość niezbyt precyzyjnie sondażami opinii. To wyniki sondaży obok werdyktu wyborczego są owym terrorem większości, jeśli już posługiwać się tym szokującym nieco terminem.

Rewolucja po 2015 roku jest buntem klas niższych przeciw dominacji klas wyższych, w tym warstw nuworyszowskich, które oczywiście w większości przypadków wyszły z klas niższych. Po 1989 roku, ale już w zasadzie od połowy lat osiemdziesiątych XX wieku, w ramach rozpaczliwej próby wyciągania z kryzysu socjalistycznej gospodarki nakazowo-rozdzielczej, a przede wszystkim utrzymania władzy, rozpoczął się proces zawłaszczania, czy to przez pospolite oszustwa, czy różne machinacje formalno-prawne, znacznej części majątku narodowego. Mniej lub bardziej brutalne mechanizmy rynkowe dały szansę wzbogacenia się i zawładnięcia obszarami gospodarczymi przez ludzi operatywnych i bezwzględnych. Wytworzyła się warstwa nowych posiadaczy, która odpowiednio modelując system prawno-państwowy stała się w istocie decydentami, pośrednio wyzyskującymi i zniewalającymi inne warstwy. Skorzystano z modeli zachodniego korporacjonizmu, który notabene, poprzez rozpaczliwe wówczas „poszukiwanie kapitału” wdarł się do Polski, włączając ją automatycznie w sferę globalizacji, która wywołała z kolei falę taniej imigranckiej siły roboczej. Społeczno-politycznym instrumentem sprawowania władzy przez wielkie, globalne konsorcja finansowe stał się system demokracji liberalnej, której istotą jest atomizacja społeczeństwa wynikająca z rozszerzenia praw niewielkich grup interesu pod hasłem obrony praw mniejszości. Zaprowadzony chaos przykrywa istotne zmiany  stratyfikacji społecznej oraz ułatwia manipulację. „Gąszcz przepisów prawnych zalewających wszystkie dziedziny aktywności, których interpretacja jest dostępna jedynie specjalistom, wywołał efekt społecznej bezradności (…) Narzędziem utrzymania spokoju stało się uzależnienie ekonomiczne polegające na powszechnym uwikłaniu w zależności kredytowe. Ma miejsce finansowanie przez wielki kapitał dezorientacji społecznej za pośrednictwem instytucji kształtujących opinię publiczną”.     

Jednym z instrumentów owego wyzysku i zniewolenia stał się terror pieniądza. Przeciętny obywatel musi dziś płacić za wszystko, w tym za to, co tradycyjnie było dotąd bezpłatne, lub względnie tanie, czyli za usługi urzędnicze i sądowe, posługę religijną i pomoc medyczno-opiekuńczą. Aby utrzymać się na powierzchni musi pozyskiwać dodatkowe środki finansowe, sam przez to stając się czynnym i po części też drapieżnym udziałowcem obłędnego łańcucha terroru pieniądza. Sytuacja taka dręczy większość społeczeństwa, ale realizatorzy dezyderatów rewolucyjnych (pośrednicy rewolucyjni) póki co nie reagują na to. Zmodernizowany aparat państwowy nawet zwiększa swą opresyjność finansową, co na zasadzie łańcucha wzmaga terror pieniądza w innych dziedzinach. Bo na mandaty, opłaty sądowe i urzędowe, a nawet coraz droższą  komunikację, skądś trzeba wziąć pieniądze.

Przez 2 lata dodano mnóstwo nowych podatków lub quasi-podatków, opłat. Wprowadzono podatek bankowy, za który zapłacili i wciąż płacą wszyscy klienci banków. Wprowadzono podatek od towarzystw ubezpieczeniowych, w rezultacie czego zapłacili ci, którzy kupują polisę na samochód, dom czy na jakąkolwiek nieruchomość. Wprowadzono podatek od wkładów pieniężnych wnoszonych do firm, podatek od fuzji i przejęć finansowych kredytem. Wprowadzono podatek od przychodów z majątku dziedziczonego lub otrzymanego jako darowizna. Wprowadzono nowe, nieznane dotąd opłaty, jak ostatnio opłatę przesyłową, przez co wszyscy zapłacimy w rachunkach za energię elektryczną znacznie większe kwoty. Wprowadzono nowe opłaty za przesył wody, za śmieci, nawet za torebki foliowe. Wprowadzono dodatkową składkę emerytalną i rentową dla najlepszych miejsc pracy i do zera obcięto koszty uzyskania przychodów. Rygorystycznie wzrosły różne kary, zapowiada się 5000 zł za brak dowodu osobistego. Usiłowano wprowadzić podatek handlowy, powstrzymany jednak przez Komisję Europejską. Uszczelniony system podatkowy dobija psychicznie drobnych przedsiębiorców i to nie dlatego, że dotąd oszukiwali, tylko dlatego, że obecnie toną w morzu biurokracji.

Przeniesiony z UE terror biurokratyczny nie zmniejsza się, przede wszystkim dlatego, że w otoczeniu chaosu zwarta biurokracja ratuje państwo przed rozkładem. Trzeba też wziąć pod uwagę zrozumiały z punktu widzenia psychologicznego fakt, że pośrednikom rewolucyjnym, z których część sprawuje władzę, nie chce się ograniczać liczby miejsc pracy w biurokracji. Bo są one czyste, ciepłe i bezpieczne. Bo są dla nich samych, a także rodziny i znajomych, ale też wiernych wykonawców, cóż że karierowiczów. W rezultacie powstają nowe instytucje budżetowe, różne agencje i ośrodki. Rewolucja zmienia ich strukturę i nazwy, a nie wolumen tego typu biurokratycznych przyssawek.

Nowe państwo zachowało liberalno-kapitalistyczną opresyjność dotychczasowego państwa. Paradoks, że opresyjność ta jest dziś bardziej dotkliwa wobec najsłabszych i najbiedniejszych, którzy nie mają wystarczająco tłuszczu finansowego i bardzo często w płaceniu rachunków wystawionych im przez państwo i akceptowane, bądź tolerowane przez państwo różne instytucje, w tym zaspokajające ich elementarne potrzeby, mają debet. Ów system opresyjny oparty jest na trzech filarach: dura lex sed lex, nienaruszalność własności, doktryna głosząca, że za wszystko trzeba płacić. Bezwzględność ściągania podatków należy zaakceptować, bo z nich przede wszystkim utrzymuje się sfera publiczna realizująca dobro wspólne, ale już do dyskusji pozostają opłaty za czynności urzędowe, horrendalne opłaty sądowe, coraz wyższe mandaty i różne kary, a wszystko to obarczone bezwzględną ściągalnością odsetek. Samorządy terytorialne, będące też przecież funkcją państwa, postępują podobnie i zachowują się podobnie jak ono, przypominając przedsiębiorstwa kapitalistyczne, w których zysk jest głównym celem. Przykładem takiej praktyki mogą być rozbudowane do monstrualnych rozmiarów strefy płatnego parkowania w miastach. Podobnie postępuje aparat prawny, którego wyroki często nie mają wiele wspólnego ze sprawiedliwością, bowiem mają one na celu ściągnięcie jak największej kwoty pieniężnej z tych, którzy wpadną w jego ręce. Pozyskane środki nie idą w całości na utrzymanie owego aparatu, bowiem główny jego windykator czyli komornik działa jak przedsiębiorca prywatny. Liberalno-kapitalistyczną opresyjność państwa tłumaczy się górnolotnymi hasłami bezpieczeństwa i porządku, a tym samym odbiera się szansę jakiejkolwiek dyskusji, bowiem bezpieczeństwo i porządek w świadomości przeciętnego obywatela pozostają poza dyskusją. Lud po prostu nie jest w stanie funkcjonować w chaosie, gdyż wtedy może spowodować anarchię.

Opresyjny liberalno-kapitalistyczny model działania państwa poprzez stanowione prawo (głównie ustawy parlamentarne) ułatwia działanie korporacjom finansowym. Bezwzględność i pazerność banków oraz ubezpieczalni wynika w znacznym stopniu z ram prawnych ustalonych przez państwo. Hipokryzją jest więc odżegnywanie się polityków od krzywd czynionych przez instytucje finansowe.

Ta liberalno-kapitalistyczna opresyjność państwa i sfery działającej według państwowych reguł jest istotnym elementem zniewolenia współczesnego człowieka. Zmusza go do określonych zachowań i pracy na utrzymanie tegoż segmentu rzeczywistości. Ucieczką od powyższych zniewoleń może być bierność, jak na przykład niekorzystanie z prywatnego samochodu czy sieci mediów bytowych, lecz tego typu rozwiązanie, choć dorywczo realizowane przez niektórych, zakrawa dziś na absurd.

Nowe państwo obok bagażu opresyjności, obciążone jest typowymi, niezależnymi już od walorów programowych wadami każdej, nie dzielonej z nikim władzy. To buta, brak pokory „pazerność na władzę, skok na instytucje i pieniądze publiczne, tolerowanie przemocowców”, nie są jednak w obecnej rewolucji tak rażące jak w liberalno-kapitalistycznej Rzeczypospolitej czy w Polsce Ludowej, bowiem większość obecnych ludzi władzy ma jednak kręgosłup moralny, ideowość i postawę służebności. Nie są więc wolni od wartości w kategoriach światopoglądu libertyńskiego.   

Czy mamy w tym właśnie przypadku do czynienia ze zdradą rewolucji? Po części tak, ale dla przyzwyczajonego już do terroru biurokratycznego (jedno z wielu „osiągnięć” Unii Europejskiej) ludu jest ona jeszcze dopuszczalna. Poza tym gorset biurokratyczny jest mimo wszystko pewnym antidotum na rewolucyjny chaos. Stwarza pozory porządku. Rygor państwowy gwarantuje bezpieczeństwo, a jest to jedna z dwóch fundamentalnych (obok wspólnotowości) potrzeb człowieka. Dla zaspokojenia tej potrzeby przeciętny człowiek jest w stanie zapłacić każdą cenę, nawet cenę wolności.

Pośrednicy rewolucyjni w pewnym, akceptowalnym jednak stopniu, naciągają strunę. Zainfekowany przez demokrację liberalną efekt społecznej bezradności wyzwala w ludzie postawę pogodzenia się z utratą wolności.

Gorzej, gdy zdrada ta przerodzi się w budowę prywatnych imperiów finansowo-prawnych, gdy państwo, będące póki co oczkiem w głowie rewolucjonistów (pośredników rewolucyjnych) stanie się, przynajmniej w niektórych zakresach, wasalem światowych czy krajowych korporacji. Raczej tych światowych. A. Bielik-Robson twierdzi bowiem, że „mamy dziś wielkie korporacje, wobec których demokratycznie wybrana władza polityczna coraz częściej okazuje się zupełnie bezsilna”.

Żyjemy w przeszczepionym z Zachodu korporacyjno-bankowym kapitalizmie, który oparty jest na reklamie. Jądrem tego systemu jest konsumpcja, do której i to intensywnej i ciągłej, wciąż trzeba obywateli zachęcać. System ten buduje bardzo specjalny typ satysfakcji, a nawet szczęścia: kupuj, posiadaj, używaj! Tego to żadna rewolucja nie zmieni, chyba że ewolucja lub globalna katastrofa typu potop, wielkie zlodowacenie.   

Czy zatopionej w światowym globalizmie, małej polskiej kapsułce uda się zachować choć pewien stopień suwerenności w stosunku do globalistycznych korporacji?

O tym, że jesteśmy sprzedani zachodniemu biznesowi i podlegamy korporacyjnemu wyzyskowi świadczą wypowiedzi banksterskiego medium, jakim jest Bloomberg, który twierdzi już bez ogródek, że polska gospodarka została skolonizowana przez zachodni biznes. „Takie głosy dobiegające z samego centrum dowodzenia światowymi finansami, któremu przez lata na rękę było nie tylko konsekwentne przejmowanie polskiego przemysłu, ale wręcz jego tłamszenie – choć nam mogą wydawać się oczywiste – w szerokim świecie stanowią jednak nowość”. Wydaje się więc, że owi „finansowi władcy świata” idą jednak po rozum do głowy i chcą nam, a może też innym gospodarczym koloniom nieco pofolgować. Zapowiedział to nie kto inny, tylko M. Morawiecki, uczestnik (tak, tak) bankstersko-gangsterskich rozmów w restauracji „Sowa i Przyjaciele”, w latach 2013-2014 w Warszawie, kiedy to, choć knajackim językiem, trzeźwo oceniono sytuację w Polsce, choćby wspomnieć szyderczą kategorię „państwa teoretycznego” wprowadzoną przez Bartłomieja Sienkiewicza, A. Morawiecki, wówczas dzieląc świat na „ludzi”, czyli tych z pieniędzmi i (chyba) „robotów”, wyrzekł następujące słowa: „To dobrze, jeżeli my ludzie «we the people», prawda, a zwłaszcza «we the people» w Niemczech, w Hiszpanii, i tak dalej, we Francji, zrozumiemy, że musimy obniżyć nasze oczekiwania. Bo jak obniżymy, to w ślad za tym wszystko pójdzie dobrze, da się zreperować”.

Pytanie, tylko czy „ów człowiek”, obecnie w randze premiera średniego państwa na dorobku, rzeczywiście potrafi przełożyć swoje teorie i liczne, a nawet zbyt liczne jak dotąd deklaracje, na język praktyki? I czy na to pozwolą inni „ludzie”?
 
Przedstawiona w schemacie dynamika procesów dokańczającej się rewolucji solidarnościowej unaocznia wektory sił sprawczych, ale też siły zwrotne. Wprawdzie to masy rewolucyjne za sprawą pośredników rewolucyjnych wyzwalają nową jakość w sferach prawa, władzy, finansów i gospodarki, ale w efekcie też zaczynają podlegać oddziaływaniu owych nowych jakości. Czasem są to jakości korzystne dla najsłabszych obywateli, choćby wspomnieć 500+, lecz czasem są one niezbyt korzystne, choćby wspomnieć ów gorset opresji finansowo-administracyjnej nakładany od 2015 roku, na wcześniejsze, nie zlikwidowane jednak neoliberalne gorsety pieniądza i biurokracji. Lud wprawdzie pozostaje w korespondencji z pośrednikami rewolucyjnymi, ale już nie z państwem, prawem, gospodarką i sektorem finansów. Strefy te mniej lub bardziej ów lud uciskają.

Niewątpliwie owe dwa, a raczej trzy terrory częściowo nawzajem się redukują. Systemowy przecież terror pieniądza oraz cywilizacyjny terror biurokracji przyhamowywane są przez spontaniczny, nie zawsze jednak samoograniczający się  terror większości.

W schemacie tym szczególną rolę pełnią pośrednicy rewolucyjni, którzy – jak widać – mogą przez pewien czas nie podlegać zmodernizowanemu systemowi państwowo-ekonomicznego. Pozostaje więc poleganie na ich wewnętrznych regulacjach ideowo-moralnych. Dla dobra państwa muszą przepuścić populistyczne oczekiwania i żądania przez filtr idei i wartości. Dobrze jest wierzyć, bowiem są oni obecnie przy władzy, tworzą prawo, częściowo opanowują finanse i biorą do ręki ster gospodarki uspołecznionej, że owi pośrednicy rewolucyjni cały czas wsłuchiwać się będę w oczekiwania mas i zaspokajać będą ich żywotne potrzeby, po części jednak – dla rozsądku i równowagi – moderując te oczekiwania, czyli w istocie będą służyć, a nie władać.  

Wkrótce jednak, gdy pierwsza faza dokończającej się rewolucji solidarnościowej dobiegnie ostatecznie finału, czyli zapanuje względna stabilizacja to i oni zostaną poddani terrorowi pieniądza i biurokracji. Chyba, że cynicznie nie dopuszczą do względnej stabilizacji i wciąż stymulować będą rewolucyjną większość, co wieszczy M. Król: „Im więcej bałaganu, tym więcej ludzie zgłupieją i w ogóle przestaną protestować. Pomysł z późnego imperium osmańskiego”.

W państwie rewolucyjnego wrzenia objawiającego się terrorem większości mniejszość nie ma istotnego wpływu na dokonujące się procesy. Pośrednicy rewolucyjni lekceważą ją, większość przeklina, także za pomocą internetowego hejtu, a zmodernizowany system państwowo-ekonomiczny zmusza do określonych zachowań. Mamy więc do czynienia nie tylko z marginalizacją ilościową, ale też jakościową. To rzeczywiście jest nowa forma demokracji, tak, demokracji, bowiem nie zawieszone zostają podstawowe prawa człowieka i obywatela, w tym wolność słowa. Systemy wyborcze są teoretycznie dostępne dla każdego, nikt nikomu nie zamyka ust, co wcale nie znaczy, że póki co uszy mas i pośredników nie są zamknięte na głosy dobiegające z marginesów. Ma miejsce dyktat pośredników rewolucyjnych, cały czas powołujących się na wolę większości, czyli suwerena.

Z permanentnie toczącej się w państwach demokracji debaty o państwie włączone jest nie tylko demokratyczno-liberalna mniejszość, ale także centrum. Znaczna część klasy ludowej, będąca trzonem elektoratu PiS , też jest wyłączona, bowiem uczestniczyć w tego typu debacie nie potrafi.   

Objaśnienie: Polityka jest procesem dynamicznym, podczas gdy prawo i państwo stanowią w miarę, okresowo przynajmniej, stabilny segment rzeczywistości społeczno-politycznej. Współzależność między tymi segmentami są weilostronne, lecz w wielu przypadkach można wyodrębnić wektory dominujące, a więc tylko je zaznaczono na powyższym schemacie. Między innymi wykazano małą zależność finansów od polityki, ale wyraźny wpływ finansów na politykę.
 
W swoisty sposób na marginesie procesów rewolucyjnych pozostają samorządy terytorialne, ale mają one ściśle określone, gospodarczo-socjalne zadania i ograniczony zasięg. Ponadto są z natury zbyt rozproszone, aby stanowić liczącą się w tych procesach siłę. Niemniej to one stanowią swoiste oparcie dla mniejszości liberalno-demokratycznej, która usiłuje doprowadzić do pewnego stopnia integracji w skali państwa lokalnych struktur samorządowych, co wydaje się być zadaniem niewykonalnym z uwagi na naturę samorządności terytorialnej (określone interesy, prawa i kompetencji).

Nie ulega wątpliwości, że pośredników rewolucyjnych kusi możliwość oddziaływania na rewolucyjne masy za pomocą posiadanych środków społecznego przekazu, w tym przy stosowaniu jakże modnej dziś na całym świecie, a wynikłej ze zjawiska wirtualizacji świadomości (tzw. fakty prasowe zamiast faktów rzeczywistych) metody postprawdy. Pewna część pośredników ulega tej pokusie, lecz póki co (początek 2018 roku) nie jest to zbyt nagminne. W wielu przypadkach zakusy te powściąga doświadczenie, że często naród głupi nie wszystko kupuje, parafrazując cyniczną regułę ukutą przez Jacka Kurskiego.

Dla klarowności wykładu przedstawię schemat struktur społeczno-politycznych czyli, posługując się terminem A. Brelik-Robson, kosmosu liberalnego porządku, głównie tak propagowanych przez demokrację demokratyczno-liberalną grup dobra wspólnego, spełniając rolę rezerwuaru idei i wartości. Sporządziłem go w 2014 roku, poszukując w tym kosmosie miejsca dla partycypacji społecznej. Jakież marginalne było wówczas usytuowanie mas (ludu), który choć ustawicznie wyłaniał z siebie różnych przedstawicieli, to nie miał większego wpływu na rzeczywistość społeczno-polityczną. W istocie milczał. Po 2015 roku mówi, wprawdzie głosem pośredników rewolucyjnych, ale mówi.

Wyjaśnienie: Współzależność między tymi segmentami są wielostronne, lecz niektóre są dominujące, co zaznaczono na powyższym schemacie

Nie ulega wątpliwości, że także i ta rewolucja prędzej czy później „pożre własne dzieci”, ale taka już jest prawidłowość (biblijna), że „ziarno musi obumrzeć, aby wydać plon”.

 

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok