Ryszard Długołęcki - Jak złapać Szekspira

W recenzji teatralnej "Chwytanie uciekającego Szekspira" Stefan  Pastuszewski  pisał: "Z roku na rok, a raczej z dekady na dekadę coraz trudniej jest inscenizować Williama Szekspira. Wraz z przyspieszeniem tempa życia przyspieszają się nasze myśli, a już na pewno "aparaty" recepcji. Bodźce, które do nas docierają muszą być krótkie, mocne, szybko-zmienne. Skraca się fraza języka, obraz wyabstrahowuje  niemal do symboliki, znaków, lekko zarysowanych sygnałów. Autor Hamleta i Burzy oraz wielu, wielu innych klasyków coraz bardziej nam się oddala w przeszłość. Trudno go chwycić dzisiejszymi zmysłami i myślami".

Bardzo istotne i celne spostrzeżenie. Gdyby stało się tematem szerszej dyskusji w profesjonalnym gronie - i ja, i zapewne wielu - chciałoby przysłuchać się takiej debacie.

Problem istnieje i był podnoszony już przed laty. Wprawdzie – jak autor stwierdził: "...Jean-Philippe Salério inscenizując Komedię Omyłek na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy odniósł sukces w tej trudnej pogoni za uciekającymi cieniami szekspirowskiej klasyki" ale - zda mi się - może miał nieco łatwiejszą sytuację, bo Komedia ta była, jak wiadomo, jednym z pierwszych dzieł młodego, zabiegającego też o popularność Szekspira (George Sampson, The Concise Cambridge History of English Literature, Cambridge University Press, 1942, str. 259) - obok trzech części Henryka VI; chyba w pisaniu był wówczas jeszcze Tytus Andronicus, może też Ryszard III i Dwaj Panowie z Werony. Szekspir zapewne i w tej Komedii próbuje już nam uciekać, ale co powie Pan na problem z wystawieniem - ot - choćby Króla Leara? Czemuż to słyszy się często, że to arcydzieło wyrasta ponad Hamleta, czy Makbeta, a tak niewielu bierze się do jego inscenizacji?

Chyba właśnie Król Lear jest najlepszym punktem wyjścia do rozważań nad tym umykaniem Szekspira naszej zmienionej i wciąż zmieniającej się percepcji. Przed ponad pół wiekiem problem ten podnosił już Jan Kott (Szekspir Współczesny, PIW 1965, str. 159-203). Pisał, że  w czasach, gdy w teatrze królował romantyczny styl gry - Król Lear miał się najświetniej. Pozwalał - pisze Kott - na wielkie gesty, wypowiadane wielkim głosem monologi i na sceny, które miały budzić grozę i litość. I budziły. Miały wstrząsać widzami. Wstrząsały. Nasza percepcja wyrastała z romantyzmu, była weń wrośnięta. Nieszczęścia oczyszczały Leara, czy Glostera i przywracały im  wielkość, no - może choć godność. Ale później, "w czasach Szekspira historycznego, realistycznego, muzealnego" a wreszcie "autentycznego" - zauważono, że sztuka ta nie mieści się w takim teatrze, okazuje się być niesceniczną. Co więcej - stało się oto, że Lear i Gloster już nie byli tragiczni. Nagle stali się śmieszni. Nasza percepcja już była inna.

Wówczas też zauważono - pisze Kott - jak często pada słowo: "szekspirowski", kiedy mówi sie o teatrze Brechta, Dürrenmatta czy Becketta. A tam - główną cechą była groteskowość. To nie była pisana na nowo dawna komedia obyczajowa. To pisana na nowo tragedia. Ta groteska - pisze Jan Kott - "stawia te same fundamentalne pytania co tragedia, ale daje inne odpowiedzi". Ta groteska nie boi się śmieszności. Sama może budzić śmiech, ale na początku a wkrótce okazuje się, że choć pozornie wyparła tragizm, sama okazała się okrutniejsza i bardziej bezwzględna. To może tu dopiero Król Lear odzyska swój dawny blask i trafi do nas, budząc najpierw uśmiech, później jakiś dyskomfort, jakiś świąd umysłu, a wreszcie może i głęboką, a niewesołą refleksję.

Tak, tylko, że tragedia to teatr kapłanów. Groteska to teatr błaznów. Wkraczamy więc na teren " trwałego, ciągle żywego konfliktu dwóch filozofii, dwóch stylów myślenia, dwóch postaw (Leszek Kołakowski: Kapłan i Błazen, Twórczość nr 10 z 1959 r., Mini-wykłady o maxi-sprawach, Znak, Kraków, 2004 r.)Toczy się między nimi stały spór za lub przeciw eschatologii, za lub przeciw wierze w absolut, za lub przeciw nadziei na rozwiązanie sprzeczności między porządkiem moralnym a porządkiem działania".

Kiedy zaś porządek wartości ulega zniszczeniu - wracam tu do Jana Kotta - centralną figurą staje się błazen i jego szydercza, bezlitosna filozofia, obnażająca wszystkie słabości utartych i przyjętych pojęć i uznanych oczywistości. Wyszydza absolut, ale nie daje rozwiązań; nie daje wyjścia z danej sytuacji, pozbawia nasz byt sensu i godności. Leszek Kołakowski pisze w swych Mini-wykładach: "Nasza myśl, usiłująca ogarnąć całość bytu i nasza wola ładu i pragnienie sensu - instynktownie poszukują tego, co jest zwornikiem i korzeniem bytu i wprowadza do tego bytu sens. Wiedzieli o tym nawet ateiści (wśród nich Nietzsche): ład i sens są z Boga. Jeżeli On umarł, to na próżno wmawiamy sobie, że sens może ocaleć; obojętna próżnia wsysa nas i unicestwia, nic z życia i trudu naszego nie ocaleje, żaden ślad nie zostanie po nas w bezsensownym tańcu atomów, wszechświat niczego nie chce, do niczego nie dąży, o nic się nie troszczy, nie nagradza, nie karze"

Wtedy okrutna w swej groteskowości, samobójcza  próba Glostera jest tylko pociesznym, błazeńskim i ośmieszającym go fikołkiem na płaskiej scenie.

A zatem - Król Lear i pewnie parę innych jeszcze dzieł Szekspira - nie dadzą się już przedstawić w szatach tradycyjnej tragedii. "Uciekają" przed naszą zmienioną, "nowoczesną" percepcją. Więc może - groteska? Ale tu wkraczamy na rozległy teren spraw, które szybko wymykają się spod wszystkowiedzącej kontroli nowoczesnego, wspaniale wytrenowanego rozumu ludzkiego, wspartego szeregiem technicznych gadżetów. Tu sami musimy dokonywać wyborów, a pomimo nich - nie wszystko będzie nam proste i jasne.

A jednak - oby wspomnianą recenzją rozpoczął się pewien nowy etap dyskusji nad tym wszystkim, o czym wyżej. Ileż dałbym za możliwość jej posłuchania...
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież