Janusz Gryz - W ośrodku opiekuńczym dla przewlekle chorych

W ośrodku opiekuńczym dla przewlekle chorych plątanina obłożonych brudnobrunatną boazerią, zalanych mętnym światłem korytarzy.

Na ścianach przypadkowe krzywo wiszące obrazki: surowe zimowe pole, ogołocona jesienna aleja, Oksywie – port…

Pachnie tu starczym oddechem, zimnymi wyziewami jedzenia, lizolem. Demencja w spranych szlafrokach poskrzypuje balkonikiem, postukuje laską, uśmiecha się nieśmiało, bezradnie potrząsa siwą głową.

W saloniku ogłuszająco ryczy telewizor. Na przytwierdzone do foteli letargiczne staruszki, na ławę z talerzykiem z herbatnikami, na fikusa spada grad przekleństw, klaszczą wystrzały.

W niedoświetlonej wnęce obok drzwi do sali szkoleń przywiązany do kaloryfera łaciaty szczeniak. Obok granatowe legowisko i dwie miski. Poszczekuje na przechodzących, opiera się łapami o parapet, odchyla pyskiem firankę i patrzy na wychodzące ze szkoły dzieci. Też chciałby się z nimi pobawić, powęszyć, pobiegać po zielonej trawie.

Może ja też kiedyś trafię do tego domku bez klamek. Gdzie ucieknę przed gangsterskim filmem, przed herbatnikami? Może tu, do głaskania, przytulania tego psa, do wyglądania przez okno na zastawiony samochodami osiedlowy parking, na skrawek wydeptanego trawnika, na dzieci. Może we włożoną w usta lufę.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież