Jan Stanisław Smalewski - Słowa, słowa, słowa…

Ileż to razy my, poeci, pisaliśmy o nadmiarze słów w poezji? Ileż razy my pisarze narzekaliśmy na nadmiar literatury, której nikt nie czyta, albo którą choćby nie wiem jak się starać, trudno sobie przyswoić, bo przerasta możliwości czytelnicze. Ile też razy napominałem młodych uczniaków sztuki pisarskiej, że nie należy liczyć dzisiaj na to, że jeśli cię nie docenią za życia, to na pewno, nie łudź się, po śmierci tym bardziej ci to nie grozi. Nie te to już czasy, literatura nie jest rarytasem,jest raczej chlebem na tyle powszednim, że jak czerstwe pieczywo może posłużyć jedynie jako surowiec wtórny.

Tak, Czytelniku. Nadmiar słów jest uciążliwy nie tylko dla nas piszących, jest także od dłuższego już czasu i twoją zmorą. Tym większą, jeśli do tego dołączysz te lawiny słowo-mowy, płynące wartkimi strugami z popularnego Internetu.

Tam też, nie łudźmy się, słowo na wieki nie pozostanie. Za kilka lat wejdą nowe komputerowe firmy, zaleją rynek nowe mody, dyski nawet te twarde ktoś wyczyści. Ostaną się perły, jeśli już w ogóle zostaną, a o ich wydobyciu zadecydują nie wartości, jakie dzisiaj uznajesz, ale nowe, często nieoczekiwane nawet trendy.

Co do wartości, jakimi kieruje się literatura, wątpliwości mam dzisiaj wiele, gdyż człowiek zaniża je w sobie, społecznie i medialnie mocno ubożeje. Tracąc z pola widzenia autorytety moralne z najwyższej półki, zarówno te od Boga jak i człowieka pochodzące, sam niejako dewaluuje się w oczach innych. Staje się „obywatelem gorszego sortu”, a to oznacza, że można się z nim nie liczyć, zlekceważyć go, sponiewierać.

Moja matka powiedziałaby: Jan Paweł II w grobie się przewraca, widząc jak naród podchodzi dzisiaj do dekalogu, jak szukając dróg wyjścia z kryzysu, sięga po nienawiść, podąża szlakiem pogardy dla współbraci, jak wtapia się w strumienie płynącego zewsząd zła, tonie w mętnej wodzie fałszu i obłudy. Jak z kryzysu politycznego przemieszcza się w kryzys moralny.

A pamiętam czasy, gdy było naprawdę ciężko, gdy groziła nam interwencja z zewnątrz, wojna domowa, gdy poruszaliśmy się po krawędzi. I kiedy trzy przeciwstawne sobie siły potrafiły ze sobą się spotykać, rozmawiać. Znajdowały wspólną drogę porozumienia oddalającą tragedię walki ulicznej, dramat wojny. Kiedy Prymas Polski z przywódcą robotników i zwierzchnikiem „jedynie słusznej wówczas partii”, od słów siejących zamęt w umysłach i sercach, potrafili przechodzić do prostych gestów pojednania, tłumić gniew buntowników, ale też znajdować wyjścia z beznadziejnych wydawałoby się często sytuacji.

„Przekażcie sobie znak pokoju”, przestrzegajcie nakazów dekalogu – słów wyrytych na wieki w kamiennych tablicach, które Mojżesz zniósł z góry Synaj i przekazał chrześcijanom, by stanowiły dla nich fundament ich wiary. – Nie bluźnij, nie zabijaj, nie kradnij, nie dawaj fałszywego świadectwa, kochaj bliźniego swego, jak siebie samego… itd., etc. – przecież to tylko słowa. Słowa- nic więcej, ale na nich budowano świątynie, na ich fundamentach opierają się kultury narodów, w ich mocy utrwala się porządek świata, trwa pokój, buduje się szczęście i dostatek społeczeństw.

Przepraszam za mentorstwo tego wywodu, ale nie mogąc milczeć, nie mogę też nie mówić prawdy. Prawdy, która się przecież nie na ideologii opiera. Na prawach boskich i od wieków przez człowieka stanowionych, ale zgodnych z nauką, z wiedzą mędrców i uczonych. Mędrców i uczonych! – powtarzam. Nie panów posłów – urzędników doraźnie zarządzających naszym krajem.

Nie ma gorszej rzeczy od nienawiści. Nie ma większego zła, niż zło wyrządzane sobie przez nas samych. Gdy poprzez słowa siejące nienawiść, burzące pokój w ludzkich sercach, czynimy wojenne gesty, gotujemy sobie zagładę.

Czy chcemy tego? Czy w tę stronę naprawdę powinniśmy podążać? Spójrzmy na świat wokół. Rozejrzyjmy się uważnie wokół siebie. Komu zależy na tym, byśmy pogrążyli się w międzynarodowych waśniach, w zamęcie, niepokoju? Komu chcemy zaimponować my – naród, który ćwierć wieku temu zburzył mury pomiędzy czerwoną Europą i Zachodem? My – naród, który ćwierć wieku później usiłuje na nowo stawiać płoty na granicach z naszymi sąsiadami?

Jako pisarz unikam jak ognia wszelkich deklaracji. Pisarz nie jest politykiem. To obserwator, który bacznie słucha innych, obserwuje i opisuje. Zresztą jak inni żyjący kiedyś w PRL byłem w sposób naturalny w politykę wplątany. Kto raz się sparzył, temu trudno się przemóc, by znowu zaufał.

Myślę, że właśnie takie stanie z boku, nieaktywne obserwowanie uprawnia mnie do tego, bym tym tekstem zaprotestował przeciwko temu, co dzieje się na forach internetowych. A dzieje się jak nigdy dotąd źle, wręcz zatrważająco. Nasz piękny język ojczysty stał się tak odległy od prawdziwej polszczyzny, że aż serce się trwoży, że potrafimy być tak nieobliczalni, plugawi w obelgach wobec innych. Tak się dzieje po każdej zaistniałej sytuacji politycznej w kraju. Ludzie wzajemnie opluwają się najgorszymi słowy na face booku, w komentarzach pod informacjami prasowymi, w publicystycznych programach telewizyjnych, wszędzie tam, gdzie ktoś odważy się wyrazić swój odmienny polityczny pogląd, osąd jakiejś sytuacji.

A tak na marginesie pytanie: Czy szatan może nosić cegłę na budowę świątyni? Otóż, nie może. Bo szatan jest symbolem zła i nigdy innym nie będzie. Zatem nawet gdyby ową cegłę nosił, gdyby brał udział w budowaniu fundamentów świątyni, to tylko po to, by czynić zło. By za jego udziałem się mury owej świątyni kiedyś rozpadły.

Tak. Słowa, burzące umysły ludzi słowa płyną zewsząd…