Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka

7 stycznia 2018 roku.  Po rocznej przerwie wróciłem do „Zapisków starego sceptyka,” bo brakowało mi tych rozmów z sobą i –  teraz to wiem – również z Czytelnikami. Wprawdzie poprzednie odcinki nie wzbudzały nadmiernego zainteresowania (może z tego powodu, że starałem się unikać pisania o problemach kontrowersyjnych , albo nie było kontaktu z odbiorcami i nie znałem ich zdania), ale dziś jestem pewien, że nawet jeden  Czytelnik, który w „Zapiskach” znajdzie myśl go interesującą, zdanie z którym się zgadza, sąd jemu bliski – będzie powodem mojej satysfakcji. Chciałbym, żeby powodów tych było więcej.

Rok minął, jak zawsze; po starym idzie nowe i tak jest od wieków : nowe idzie – nie starzejąc się. Nawet śpiewamy o tym w piosence, że choć lat nam przybywa (zmarszczek, doświadczeń...) „wciąż jesteśmy tacy sami”. Tu jednak odzywa się we mnie „stary sceptyk”, który szepce: choć herbowych nam przybywa, wciąż powoli... chamiejemy. Przynajmniej tak to wygląda w życiu publicznym.

Przykładów na to dość, każdy może wskazać  ich tysiące. Na pytanie, czy coś się zmieni, odpowiem: tak, z lepszego na jeszcze lepsze.

Witanie Nowego Roku fajerwerkami i szampanem, dokonywanie indywidualnych i zbiorowych podsumowań oraz planów i zobowiązań, stało się powszechnym zwyczajem, niemal obowiązkiem. Ale w tym wspólnotowym szaleństwie warto zdać sobie sprawę, że czas nie zna podziałów wyznaczających jego bieg, zaś te, które są, wyznaczyliśmy sobie sami, jako umowę. Na dodatek w wielu kręgach kulturowych i państwach owe umowy, a więc lata są liczone inaczej a postępująca unifikacja nie zdołała zawłaszczyć jeszcze tej sfery. Jednak czas tym się nie przejmuje i pędzi po swojemu. A postęp, który ponoć niesie? Sceptyk - ironista zacytowałby taką maksymę: „Postępowi cywilizacyjnemu nie sposób zaprzeczyć, bo przecież w każdej kolejnej wojnie zabijają nas w jakiś nowy sposób”.

Mimo wszystko: Do Siego Roku!


21 stycznia, niedziela. Na dworze sucho i ciepło, chociaż mgła. Huragan FRYDERYKA szczęśliwie ominął Pomorze Zachodnie. Ale nie ominęła nas polityka i to w takiej formie, której wielu z nas ma już dość. Problem nazywa się dekomunizacja. Tym razem w kręgu zainteresowań polityków znalazły się nazwy ulic, placów, także pomników, tablic pamiątkowych i innych znaków, upamiętniających ważne dla nas wydarzenia.

W listopadowym „Akancie” (2017, nr 11 ) ukazał się tekst mojego autorstwa, zatytułowany „Plac 18 Marca w Kołobrzegu – ogród Heinricha  Martensa”. Jest to część większej całości, nad którą pracuję, opowiadająca o ulicach i placach Kołobrzegu, ich historii, ale też o moich spotkaniach w ciągu niemal sześćdziesięciu lat z ludźmi i zdarzeniami w tych miejscach. Nagle jednak, ku mojemu zaskoczeniu okazuje się, że IPN (oddział w Szczecinie), a za nim Wojewoda Zachodniopomorski, kwestionują nazwę placu, jako niezgodną z treścią „ustawy dekomunizacyjnej”! Czyżby nowa polityka historyczna podważała fakty, które zostały nazwane w tytule mojego szkicu? Przecież prawdą jest, że niemiecki ogrodnik, pochodzący z Meklemburgii, o nazwisku Martens  zaprojektował ten plac, wytyczył aleje, posadził drzewa, które rosną tam do dziś – widać to na starych i nowych fotografiach. A w marcu 1945 roku miasto zdobyli żołnierze I Armii Wojska Polskiego  i 18 marca dokonali zaślubin Polski z morzem. Temu faktowi ustawą nie da się zaprzeczyć, dla kołobrzeżan to dzień świąteczny. A pamięć o poległych, którzy są pochowani na Cmentarzu Wojennym w Kołobrzegu - Zieleniewie, a nasze mozolne podnoszenie z ruin miasta i przywiązanie do jego ulic, placów i ogrodów to się nie liczy? Takie działania to zwykła „głupota polityczna”, gdy zamiast stabilizacji, wrastania, przywiązania do miejsc, pamiątek i grobów, zmusza się nas do niepewności i fałszu. Szczególnie tu, na Ziemiach Zachodnich i Północnych, w polityce potrzebna jest trwałość, rozwaga i rozsądek. Inaczej czeka nas oburzenie lokalnej społeczności, sprzeciw władz samorządowych, protesty środowisk naukowych, co w opisanej wyżej sytuacji przyniosło ( na szczęście ) oczekiwany skutek i Plac 18 Marca utrzymał swoją nazwę.
Przy tej okazji mocno zarysował się proces stopniowego zmniejszania roli samorządu terytorialnego, jego uzależniania od władz państwowych. Kiedyś ratusz, gmach Urzędu Miasta i rynek były przestrzenią wspólną, miejscem spotkań i uroczystości. Wszystkie decyzje dotyczące miasta i jego mieszkańców podejmowali oni sami poprzez wybrane przez siebie władze. Chyba, że system totalitarny im to uniemożliwiał, ograniczał w mniejszym lub większym stopniu. Dziś widzę, że władze samorządowe starają się ograniczyć same swą działalność jedynie do administrowania, zaś kształtowanie opinii, programów i idei zostawiają partiom, kościołom, mediom. A władze centralne kolejnymi ustawami także ochoczo ograniczają zasadę samorządności. Czy jest sens, aby nazwy ulic zależały od gustów i upodobań przedstawicieli państwa i były regulowane przez ustawy sejmowe? Nie dajmy się zwariować.


3 lutego, sobota. Czytam książkę Przemysława Czaplińskiego pod tytułem „Poruszona mapa”, Wydawnictwo Literackie 2017. Przybliżanie sylwetki autora byłoby brakiem  szacunku dla Czytelników, tak znakomitego i wszechstronnego krytyka współczesnej literatury znają wszyscy miłośnicy książek. A zawartość publikacji wyjaśnia informacja umieszczona poniżej tytułu: „Wyobraźnia geograficzno – kulturowa polskiej literatury przełomu XX i XXI wieku.”

We wstępie autor stawia tezę, którą będzie udowadniał, analizując bogatą literaturę (powieści, reportaże, eseje) poczynając od „Imperium” Ryszarda Kapuścińskiego, poprzez utwory Andrzeja Stasiuka, Manueli Gretkowskiej, Jacka Hugo - Badera, Ziemowita Szczerka, Doroty Masłowskiej, Mariusza Szczygła i wielu innych, bardzo różnych w swych ocenach  autorów. A teza Przemysława Czaplińskiego brzmi: „Polska nie leży tam, gdzie dotąd leżała. Zmiana naszego położenia wynika z poluzowania więzi z większymi – takimi jak Unia Europejska czy Europa Środkowa – całościami. Znajdujemy się w fazie wyprowadzki z dotychczasowej mapy, a ruch ten odbywa się w niewiadomym kierunku i w niewiadomym celu.”

Polecam lekturę „Poruszonej mapy”. Można ją czytać wielokrotnie, powracać do co celniejszych fragmentów, odkrywać nowe znaczenia znanych już utworów literackich. A przy tym język, pełen swady i wyrazistości, czyni czytanie przyjemnym poznawaniem nowej rzeczywistości literackiej, ale i geopolitycznej. Z satysfakcją czytam np. taki fragment: „Nie jest więc tak, że wystarczy zbudować info - i autostrady oraz podpisać umowy handlowe, by osiągnąć płynną integrację. Zmieniona kartografia musi uwzględniać wszystko, co we wzajemnych relacjach polsko – niemieckich rozlewa się po obu terytoriach. W skład owych substancji wchodzi mazista breja, w jaką zamieniły się ciała pomordowanych, rozbieżne potoki opowieści przesiedleńczych, coraz bardziej wspólne wody rzek i fekaliów, fale migrantów, strumienie samochodów i towarów, przepływ niebezpiecznych rzeczy i groźnych ludzi. Płynna forma - tak przedstawia się ruchomy fundament komunikacji polsko – niemieckiej, rzeczywiste wyzwanie i krystalizujące się wyobrażenie powiązania z Europą. Na stwarzaniu owej formy polega rysowanie nowej mapy.”

Nie tylko stosunki polsko – niemieckie, czy szerzej : Polaków z Europą Zachodnią, albo -  równie intensywne i Znaczące -  z Rosją są tu opisane poprzez pryzmat powieści, esejów i innych gatunków literackich. Także coraz intensywniejsze kontakty na osi północ – południe powodują nowe spojrzenie na naszych sąsiadów i wzajemne oddziaływanie na siebie. Warto przemyśleć skutki tego procesu podczas uważnej lektury, bo chociaż ostatnio stawiamy w Polsce opłotki, by odgrodzić się od „globalnej wioski”, to jednak materiał na opłotki jest zwykle nietrwały i trzeba liczyć się z poszerzaniem  i przenikaniem kultur, systemów politycznych, idei. Na to także zwraca uwagę prof. Przemysław Czapliński.


5 lutego, poniedziałek. Wczoraj za oknem szaro i buro, niby zima, chociaż temperatura prawie jak na przedwiośniu, dzisiaj śnieg. Na pozór beznadziejnie, ale w życiu publicznym aż wrze. Najpierw zaprzątały nam głowy informacje o tym, co działo się na szczytach Himalajów; informacje te (internet, telewizja, gazety) spowodowały tyle sprzecznych opinii, walki na słowa i niemal na noże, że długo nie mogłem wyjść ze zdumienia nad przyczyną wrzawy. Bo co przeciętny Polak wie o wspinaczce i motywacji do tak wielkiego wysiłku? Że poszli na własną odpowiedzialność i nie trzeba za nasze pieniądze spieszyć im na ratunek? A jeśli kierowca – po pijanemu – uderzy w drzewo, to trzeba go ratować, czy nie ?  A inne pasje, choćby wyczyn Aleksandra Doby i jego podróż kajakiem przez ocean, warta  była „hejtu”? Przyglądałem się wpisom na internetowych stronach i było mi wstyd. Dobrze, że to się skończyło, szkoda tylko, że powodem zmiany zainteresowań stała się nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej i wstyd zrobił się jeszcze większy. Niestety, na tym się nie skończyło. Stała się rzecz gorsza – odsłoniły się, lub powstały na nowo, całe pokłady nienawiści, podziały jakich nie było od 1968 roku. Chcę wierzyć, że tym razem była to nieudolność naszej polityki zagranicznej i brak rozwagi , a nie jak przed laty rozgrywki wewnętrzne w kręgach władzy. Efekty takiego działania są coraz bardziej widoczne : osłabienie sojuszy międzynarodowych, utrata wiarygodności w Unii Europejskiej, skłócenie wewnętrzne. Komu potrzebny jest spór Polaków o prawdę o Holokauście, kiedy prawda o nim jest nam znana od tylu lat? Czy potrzebne są nam spory o to, kogo było więcej: tych, którzy pomagali Żydom, czy „szmalcowników”? Ile krzywd wyrządzili nam żydowscy funkcjonariusze UB i MO w latach powojennych, a ile my im, zmuszając wielu obywateli polskich żydowskiego pochodzenia do emigracji do Izraela? Takimi oskarżeniami żyje dziś opinia publiczna i fala ta wpłynie źle na pamięć i poglądy młodych ludzi, którzy z tym problemem się nigdy nie zetknęli, jesteśmy już przecież tyle lat po wojnie ! A jakie będą straty w stosunkach międzynarodowych?

Polityki zagranicznej nie robi się krzykiem i wrzawą, lecz w zaciszu gabinetów. Szczególnie jeśli się jest państwem średniej wielkości, potrzebującym współpracy z innymi krajami. Także w polityce wewnętrznej lepsze rezultaty daje budowanie wspólnoty, a nie podziałów. To są prawdy znane i nie powinno się ich nikomu przypominać. Dobrze, że niedługo Igrzyska Olimpijskie, odetchniemy od kłótni, ale na jak długo?

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież