Anna Błachucka - Zabawa w wieś

Najpierw „w wieś” zaczęły się bawić dzieci: i te miejskie, i te mieszkające na wsi. Zabawy w doktora, nauczyciela, sprzedawcę, zeszły na dalszy plan. Żadna już atrakcja. Do lekarza chodzi się często, sprzedawców całe rzesze, nauczyciele bez szacunku…

Cała gama gier o farmerach cieszy się teraz ogromnym powodzeniem. Dzieci instynktownie szukają kontaktu ze zwierzętami, garną się do przyrody. Toteż przy hotelach, w gospodarstwach agroturystycznych widać zwierzęta, zwierzęta-wabiki. Rodzice dłużej pobędą, coś kupią, za coś zapłacą.

Dzieci lgną do tych kózek, owieczek, gąsek, choć czasami nie wiedzą nawet, jak się dany gatunek nazywa. Na obrazku wszystkie zwierzęta jednakowej wielkości. Toteż na kozę dzieci mówią – krówka, na indora – dzięcioł, na białą kaczkę – gęś…Do jednego gospodarstwa związanego z turystyką zakupiono sztuczną krowę. Kosztowała pięć tysięcy złotych. Można ją nawet doić. Za takie dojenie oczywiście się płaci. Obok krowy tabliczka: „Mleko nie nadaje się do picia”.  Pewnego razu byłam świadkiem takiej rozmowy:

– Panie, napisał pan w ogłoszeniu, że posiada pan krowę. To ja po to jechałem z dziećmi tyle kilometrów, żeby zobaczyć sztuczną? To nabijanie klienta w butelkę. Drogo, jak nie wiem co, a z tych cycków leje się zabarwiona woda.
–  Dójki, nie cycki. Krowa ma dójki. No, wie pan, a jak pan sobie  wyobraża bezpieczeństwo z prawdziwą krową, a jak zasady higieny? Pozwoliłby pan synkowi na zabawę z prawdziwą krową? A jakby go pobodła, a jakby go kopnęła, osikała i jeszcze zaczęła sadzić „placki”?
– To chociaż niech jej pan do środka tego sztucznego wymienia naleje prawdziwego mleka.
– Nie da rady. Bardzo trudno później umyć te przewody, mleko szybko się psuje i taka krowa zaraz śmierdzi. Wapienna woda jest najlepsza. Spraktykowałem…

Gdzie te czasy, kiedy takie dzieci, jak synek tego pana już się wprawiały do obrządku krów, gęsi, owiec?

Za przykładem dzieci poszło starsze pokolenie. Dorośli bawią się w „folklor”. Za grube pieniądze kobiety szyją sobie spódnice z bistoru, bluzki z nylonu, kupują buty ze sztucznej skóry. Takie spódnice się nie gniotą, a że sztywne jak derka, że w tańcu odstają od ciała jak blacha, odsłaniając, co nie powinny.… Takiej bluzki się nie prasuje, a wypocić się można w nich do woli. Oczywiście, dla uwiarygodnienia wizerunku wiejskiej urodnicy, sztuczne kosy (warkocze) i sztuczne wianki. Mężczyźni odziewają się podobnie. Koszule z byle jak naszywanymi ozdobami, spodnie z niegniotącego się materiału…

Za godziwe pieniądze przyjeżdżają instruktorzy od kultury wiejskiej – z miasta! Efekt niekoniecznie dobry. Obserwuję właśnie poczynania artystyczne takiego miejskiego instruktora. Bezduszne to wszystko. Rykowisko, a nie śpiewanie. Rozhukanie, a nie taniec. Byle głośniej, byle jurniej, byle rubaszniej.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież